Spółki Growth
Growth to spółka, w której prawie cała wartość biznesu leży nie w tym roku, tylko wiele lat w przód. Rośnie szybko, siedzi w młodej, dopiero rozkręcającej się branży, i, co najważniejsze, nikt jej nie zarządza pod kątem zysku tu i teraz. To jest świadomy wybór, nie przypadek.
Firma robi 100 milionów przychodu i mogłaby dziś spokojnie wycisnąć z tego kilkanaście milionów zysku. Nie robi tego. Zamiast tego wydaje wszystko, co zarobi, a czasem dokłada jeszcze z gotówki, na sprzedawców, wejścia na nowe rynki, rozwój produktu, sprzedaż itp. Zysk księgowy na koniec roku wychodzi zerowy albo ujemny, mimo że biznes wcale nie jest w słabej kondycji. On po prostu w tej chwili nie chce zarabiać, tylko chce rosnąć.
Zarząd zakłada, że złotówka włożona dziś w skalowanie jest warta więcej niż złotówka wypłacona dziś jako zysk. Cała gra polega na tym założeniu.
Dlaczego growth wygląda jak najdroższy faktor na giełdzie?
I tu dochodzimy do sedna. Wskaźnik cena do zysku dla takiej spółki potrafi wyglądać kosmicznie, czasem w ogóle nie istnieć, bo mianownik, czyli dzisiejszy zysk, jest sztucznie mały albo ujemny. Rynek nie wycenia tego, co firma zarabia dziś, tylko to, co według niego zarobi, kiedy skończy fazę reinwestycji.
To nie znaczy, że growth zawsze jest naprawdę drogi. Znaczy, że klasyczny mnożnik oparty na bieżącym zysku po prostu źle mierzy biznes, który świadomie nie jest zaprojektowany pod bieżący zysk.
Najważniejsze elementy w ocenie spółki growth
Pierwsze pytanie, na które musisz znać odpowiedź, to jaka była rentowność spółki, zanim weszła w obecny cykl inwestycyjny. Jeśli firma pompuje dziś pieniądze w logistykę, R&D czy sprzedaż, sprawdź, jakie marże pokazywała, zanim zaczęła to robić na taką skalę. To daje orientacyjny obraz tego, ile biznes mógłby zarabiać, gdyby przestał inwestować we wzrost. Patrz na te wydatki jako procent sprzedaży, śledź zmieniający się miks biznesowy w czasie i szacuj, jaki poziom tych kosztów byłby dla spółki naturalny, gdyby przestała gonić za skalą.
Zaraz potem pojawia się pytanie ważniejsze. Ile z tej reinwestycji to realny wzrost, a ile to obrona obecnej pozycji rynkowej. To rozróżnienie rzadko wychodzi wprost ze sprawozdania finansowego, bo potrzebny jest kontekst biznesowy, którego same liczby nie dadzą.
Tu pomaga rozbicie CapExu na wzrostowy i utrzymaniowy. Chodzi o oddzielenie pieniędzy wydawanych po to, żeby biznes był większy, od pieniędzy wydawanych po to, żeby biznes po prostu przetrwał w obecnym kształcie.
Kolejny krok to spojrzenie na przyrostowe zwroty z zainwestowanego kapitału, czyli ile dodatkowej wartości generuje każda nowa złotówka wpompowana w rozwój, nie tylko ile zarabia cały kapitał już zaangażowany w biznes. Jeśli rachunek zysków i strat jest pełne księgowego szumu, lepszym punktem odniesienia bywają wolne przepływy pieniężne, chyba że one również są zniekształcone przez sam cykl inwestycyjny. Uniwersalnego przepisu tu nie ma, wszystko zależy od konkretnej spółki i modelu biznesowego.
Docelowo inwestor growth musi umieć odpowiedzieć sobie na kilka pytań naraz :
(1) Czy spółka reinwestuje po to, żeby rosnąć, czy po to, żeby utrzymać status quo.
(2) Czy poprawia się jej ekonomika jednostkowa. Czy biznes ma dużą dźwignię operacyjną, która na pewnym etapie skali istotnie poprawi marżowość.
(3) Czy rynek, na którym działa, rośnie na tyle mocno, że dynamika nie spowolniłaby drastycznie, gdyby spółka przestała reinwestować.
(4) I wreszcie, jaki jest kontekst konkurencyjny, czy firma inwestuje z pozycji siły, czy z konieczności nadążania za rywalami.
Pułapki, na które trzeba uważać
Wzrost przychodu to nie to samo co jakość wzrostu. Firma może rosnąć 40% rocznie i jednocześnie tracić coraz więcej na każdej sprzedanej sztuce. Sam procent bez spojrzenia na jednostkową ekonomikę niczego nie mówi.
Reinwestycja nie zawsze buduje coś trwałego. Ma sens, kiedy tworzy realną przewagę, udział w rynku, markę, efekt skali. Jeśli tylko pali gotówkę bez budowania niczego, to nie jest growth, tylko drogie palenie kasy bez planu.
Odrzucanie spółki na podstawie samego P/E. Ten wskaźnik dla growth po prostu nie działa tak jak dla dojrzałej firmy. Zanim wydasz wyrok, że „za drogo", sprawdź, co stoi za tą reinwestycją.
W skrócie
Growth to spółka, która świadomie rezygnuje z dzisiejszego zysku, żeby maksymalizować wartość za wiele lat, dlatego wygląda optycznie drogo, bo klasyczne mnożniki jak P/E często po prostu źle mierzą taki biznes. Zanim ocenisz taką spółkę, sprawdź, jaka była jej rentowność przed cyklem inwestycyjnym, ile z reinwestycji to realny wzrost a ile obrona pozycji, oraz jakie są przyrostowe zwroty z kapitału. Dobry growth poprawia ekonomikę jednostkową i działa na rosnącym rynku, zły tylko pali gotówkę pod ładną narracją.
Growth nie jest drogi, bo rynek oszalał. Jest drogi na papierze, bo firma zrezygnowała z dzisiejszego zysku na rzecz czegoś większego. To tutaj nieraz leży największa alfa.