Rule of 40
Prosta reguła oceny spółek, zwłaszcza z branży software/SaaS, która mówi, że suma tempa wzrostu przychodów i rentowności powinna wynosić co najmniej 40%. Pozwala szybko ocenić, czy firma zdrowo balansuje między wzrostem, a zarabianiem.
To jeden z ulubionych skrótów myślowych inwestorów patrzących na spółki technologiczne. Nie zastępuje analizy, ale w trzy sekundy mówi, czy w ogóle warto się firmie przyjrzeć.
Wzrost albo zysk
Młode spółki software'owe stają zwykle przed wyborem, aby rosnąć szybko, paląc gotówkę, albo zwolnić i zacząć zarabiać. Rule of 40 godzi te dwa światy w jednej liczbie.
Wzór jest prosty. Patrzysz, czy wzrost przychodów (%) + Marża (%) ≥ 40%
Jako "marżę" najczęściej bierze się marżę FCF albo marżę EBITDA. To akurat bywa różnie definiowane, o czym za chwilę opowiemy.
Spójrz na początku na trzy firmy:
Firma A rośnie 40% rocznie, ale ma 0% marży. Wynik to 40. Test zdany. Może i przepala całą gotówkę, ale w zamian rośnie jak szalona.
Firma B rośnie 15% i ma 25% marży. Wynik to 40. Test też zdany. Rośnie wolniej, ale za to solidnie już zarabia.
Firma C rośnie 20% i ma 5% marży. Wynik to 25. Test oblany. Ani specjalnie nie rośnie, ani porządnie nie zarabia. Najgorszy ze światów.
Kluczem do zrozumienia jakości jest, że można rosnąć wolno, jeśli zarabiasz. Można też nie zarabiać, jeśli rośniesz szybko.
Nie wolno jednak robić obu rzeczy słabo jednocześnie.
Po co w ogóle ta reguła?
Rozwiązuje odwieczny spór "wzrost kontra rentowność" w branży, w której wycena jest często oderwana od bieżących zysków.
Inwestor patrzący na spółkę SaaS z dużym wzrostem i ujemnym zyskiem zawsze ma dylemat. Czy to przyszły gigant czy maszynka do palenia kasy? Rule of 40 daje pewien punkt odniesienia.
Firma rosnąca 60% rocznie ma prawo notować ujemną marżę, bo z nawiązką nadrabia tempem. Firma rosnąca 10% takiego prawa już nie ma. Jeśli przy tym nie zarabia, coś jest fundamentalnie nie tak.
To narzędzie do szybkiego oddzielenia "drogo, ale z sensiem" od "drogo i bez sensu".
Dlaczego inwestorzy to lubią?
- Prostota. Dwie liczby i jedno dodawanie dają szybki obrazek. W świecie, w którym wycena SaaS potrafi przyprawić o ból głowy, Rule of 40 jest orzeźwiająco prosta. Małpa to zrobi na ślepo.
- Jednakowa miara dla różnych modeli. Pozwala porównać dojrzałą, zyskowną firmę z młodą, paloną od wzrostu rakietą na jednej skali. Obie da się sprowadzić do jednej liczby i porównać.
- Ffiltr jakości wzrostu. Sam wzrost przychodów łatwo pochwalić w prezentacji. Rule of 40 wymusza odpowiedź na pytanie: ile ten wzrost kosztuje?
Pułapki, na które trzeba uważać
Którą marżę liczymy. Tu zaczyna się klasyczne naciąganie. Jedni biorą marżę FCF, inni EBITDA, jeszcze inni adjusted EBITDA wyczyszczone z wszystkiego, co niewygodne łącznie ze Stock Based Compensation. Ta sama spółka potrafi "zdawać" Rule of 40 na jednej definicji i oblewać na innej. Zanim uwierzysz, że firma spełnia regułę, sprawdź, co dokładnie wrzucili do marży.
Magiczna granica 40 to umowna, okrągła liczba, a nie aksjomat. Firma z wynikiem 39 nie jest nagle zła, a ta z 41 nie jest automatycznie świetna. Traktowanie progu 40 jak świętości to prosta droga do głupich decyzji.
Działa głównie dla SaaS. Reguła powstała dla spółek software'owych o wysokich marżach i powtarzalnych przychodach. Przyłożona do firmy produkcyjnej, banku czy spółki cyklicznej daje wyniki bez sensu. To narzędzie do konkretnej branży, a nie uniwersalny wskaźnik dla każdego.
Nie mówi nic o trwałości. Spółka może zaliczyć Rule of 40 dzięki jednorazowemu skokowi przychodów albo cięciu kosztów, którego nie da się powtórzyć. Jedna liczba z jednego okresu to za mało. Liczy się, czy firma trzyma poziom przez kilka kwartałów z rzędu.
W skrócie
Rule of 40 to świetny pierwszy filtr, ale nie ostateczny werdykt. Mówi, czy spółka zdrowo gospodaruje napięciem między wzrostem a zyskiem, ale nie powie, czy jest tania, czy ma fosę, ani czy ten wynik się utrzyma. To pewien wstęp do analizy, a nie jej zakończenie.
Rule of 40 nie mówi, czy spółka jest dobra. Mówi, czy jej wzrost jest wart tego, co kosztuje.