Wstęp
W minionym kwartale spółka odnotowała dwucyfrowy wzrost ARPU przy stabilnym NRR, RPO osiągnęło rekordowy poziom, a skorygowana EBITDA non-GAAP, po wyłączeniu SBC, przekroczyła konsensus. Take rate pozostał jednak bez zmian.
I co? Kupujecie? Jeśli po tym zdaniu macie ochotę zamknąć kartę i wrócić do oglądania kotków, to jest materiał dla Was. To zdanie nie jest trudne. Ono jest w innym języku. ARPU brzmi jak Pokémon, EBITDA jak lek na nadciśnienie, a SBC jak partia polityczna z lat dziewięćdziesiątych.
Sam przez to przechodziłem. Czytasz analizę, trafiasz na akapit wypchany skrótami, nic nie dociera, a potem okazuje się, że chodziło o to, że zamówienia urosną. Czasem żargon jest trudniejszy niż sama analiza i to on, a nie brak inteligencji, zatrzymuje większość ludzi przed czytaniem raportów finansowych spółek.
Dziś druga część Słownika inwestora. Kolejne dziesięć haseł. Z bełkotu na ludzki. Zrozumiecie każde słowo. Lecimy.
Tłumaczę finansowy bełkot. 10 pojęć, które mówią więcej niż zysk! | Słownik inwestora #2
Zasada tej serii jest prosta: nie uczę Was definicji, bo definicje są w internecie. Uczę, co dana liczba znaczy, kiedy ją widzicie w raporcie finansowym i kiedy kłamie. Każde pojęcie z dzisiejszej dziesiątki zostało wymyślone po to, żeby coś pokazać, i każdego da się użyć tak, żeby coś ukryć. Dlatego po każdym haśle dostaniecie jedno „ale”. Przykład, w którym wskaźnik mówił jedno, a działo się drugie. Kto zapamięta same definicje, wyjdzie stąd mądrzejszy. Kto zapamięta „ale”, wyjdzie bogatszy.
W pierwszej części tej serii wzięliśmy na warsztat między innymi alfę, betę, buyback, capex i ARR. Dziś z nowymi pojęciami pójdziemy w kolejności, w jakiej pieniądze płyną przez spółkę. Zaczniemy od klienta i tego, ile firma na nim zarabia.
ARPU – średni przychód na użytkownika
Pierwsze hasło to ARPU. Pewnie słyszeliście gdzieś już, że ARPU rośnie, ARPU spada, ale nikt nie raczył wyjaśnić, czym to ARPU jest. ARPU to Average Revenue Per User, czyli średni przychód na jednego użytkownika. Liczy się go tak, że bierzesz przychody i dzielisz je przez liczbę użytkowników. Wychodzi kwota, jaką firma zarabia przeciętnie na jednej osobie w miesiącu, kwartale albo roku. Tego wskaźnika używają różne aplikacje, serwisy streamingowe, producenci gier mobilnych i media społecznościowe, czyli wszyscy, którzy mają ogromną bazę klientów i chcą wiedzieć, jak dobrze na niej zarabiają.
Najlepiej widać to na przypadku Mety. W drugim kwartale 2026 roku firma zarobiła średnio 16,86 dolara na każdej osobie korzystającej z jej aplikacji. To o 24 procent więcej niż rok wcześniej. Meta po prostu coraz lepiej sprzedaje reklamy tym samym ludziom.
Jeszcze więcej mówiły dane w podziale na regiony, które spółka publikowała kiedyś, do końca 2023 roku. Użytkownik z USA i Kanady był wtedy wart dla niej 68 dolarów na kwartał, a użytkownik z Azji i Pacyfiku 5,5 dolara. Ponad dwanaście razy mniej. Dlatego milion nowych użytkowników w Indonezji znaczy dla wyników Mety zupełnie co innego niż milion nowych użytkowników w Stanach.
Haczyk? ARPU może rosnąć, bo firma umiera od dołu. Jeśli serwis traci najbiedniejszych użytkowników, np. tych z Indonezji, za 5 dolarów, a zostają najbogatsi, to średnia na użytkownika idzie w górę, choć biznes się kurczy. Rosnące ARPU przy spadającej liczbie użytkowników to nie sukces. Zawsze patrzcie na obie liczby naraz.
NRR – wskaźnik utrzymania przychodów od klientów
Drugie hasło do wyjaśnienia to popularny wskaźnik NRR, czyli Net Revenue Retention, który pokazuje, co dzieje się z przychodem od tych samych klientów po roku. Bierzesz grupę klientów sprzed dwunastu miesięcy (ale tylko tę, bez nowych klientów zdobytych w trakcie ostatniego roku) i sprawdzasz, ile płacą dziś. Czyli odejmujesz przychody utracone przez tych, którzy odeszli albo przeszli na tańszy plan, i dodajesz to, co pozostali dokupili. Jeśli wychodzi powyżej 100 procent, to znaczy, że ta sama baza klientów wydaje w firmie coraz więcej kasy z roku na rok.
Żeby lepiej sobie to wyobrazić, spójrz na to z perspektywy klienta. Załóżmy, że masz wykupiony najniższy pakiet Netflixa z reklamami. Tak bardzo jednak podoba Ci się Netflix, że po pół roku dokupujesz jakiś dokoksowany pakiet bez reklam, z lepszą jakością obrazu i innymi wodotryskami.
Wtedy liczba klientów Netflixa się nie zmieniła. Ty dalej jesteś jednym klientem, który płaci, ale zamiast płacić najniższą cenę, dostarczasz Netflixowi na przykład dwa razy więcej pieniędzy. W ten sposób NRR Netflixa może urosnąć.
Ten wskaźnik pokazuje, czy produkt, który dostarcza firma, jest dla klienta wartościowy. Jeśli tak, klient jest gotowy dokupywać kolejne moduły i pakiety oraz płacić coraz więcej, bo czuje, że jest tego wart. Jeśli NRR spada poniżej 100%, to znaczy, że przychody od dotychczasowych klientów maleją, bo część klientów odchodzi albo płaci mniej. Być może produkt jest słaby albo cena jest po prostu za wysoka i nieadekwatna do tego, co produkt oferuje. NRR na poziomie równo 100% oznacza po prostu, że klienci płacą łącznie tyle samo, co rok temu.
Najbardziej znanym przykładem jest Snowflake, firma, która przechowuje i analizuje dane firm w chmurze. Na początku 2022 roku jej NRR wynosiło 178 procent. Klient, który rok wcześniej płacił 100 dolarów, płacił już 178. To był jeden z głównych powodów, dla których rynek wyceniał spółkę na kilkadziesiąt rocznych przychodów.
NRR ma też jednak swoją ciemną stronę. Pokazuje wynik netto, więc potrafi zamaskować odpływ klientów. Firma może tracić co piątego dolara przez odejścia i jednocześnie mieć NRR na poziomie 115 procent, jeśli ci, którzy zostali, mocno dokupują. Do tego jeden wielki klient, który podwoił zamówienie, potrafi przykryć odejście stu małych.
NRR to pierwszy wskaźnik, który psuje się przed kursem. Pamiętacie SaaS-apokalipsę? Asana miała NRR 120 procent w 2021 roku i 97 dziś. Stopniowy spadek tego wskaźnika był sygnałem wyprzedzającym. NRR powyżej 100 to definicja fosy, bo firma rośnie z zerem nowych klientów. NRR spadający kwartał po kwartale to definicja fosy, która wysycha.
Take rate – ile zarabia platforma na transakcjach?
Trzecie hasło dotyczy firm, które łączą kupujących ze sprzedającymi. Allegro, Uber, Airbnb czy App Store chętnie chwalą się wartością wszystkich transakcji, które przez nie przechodzą. Jednak większość tych pieniędzy trafia do sprzedawcy, kierowcy albo właściciela mieszkania. Platforma zatrzymuje tylko prowizję i opłaty. Take rate to właśnie ten procent, czyli przychód platformy podzielony przez wartość wszystkich transakcji.
Allegro w pierwszym kwartale 2026 roku zatrzymywało w Polsce 12,65 procent wartości sprzedaży. Z każdych 100 złotych wydanych przez klienta niecałe 13 zostało w Allegro, a reszta poszła do sprzedawcy. Airbnb bierze dla siebie około 13 procent wartości rezerwacji, a Apple przez lata pobierał 30 procent od większości płatności w aplikacjach. Im bardziej platforma jest niezastąpiona, tym większy kawałek może sobie wziąć. Ma to jednak granice. Apple pod naciskiem sądów w USA i Komisji Europejskiej musiał poluzować swoje zasady, a sprzedawcy na każdej platformie odchodzą, gdy prowizje przekraczają „próg bólu”.
Z perspektywy analizy spółek giełdowych lubię patrzeć na take rate trochę odwrotnie. To znaczy, kiedy take rate jest bardzo wysoki, istnieje duże ryzyko, że właśnie regulator, nowy konkurent albo jakaś zmiana w branży czy na rynku doprowadzą do presji na ten take rate, czyli do jego spadku.
Jeśli z kolei take rate jest niski, to znaczy, że istnieje bardzo duża przestrzeń do tego, żeby go poprawić. Jakiś nowy prezes, nowa strategia albo po prostu korzystna sytuacja na rynku może doprowadzić do wzrostu tego take rate’u, co poprawi wyniki danej spółki w przyszłości.
Haczyk? Najlepszy biznes świata ma take rate… 0,2 procenta. Visa i Mastercard zatrzymują z każdej transakcji ułamek procenta i są jednymi z najbardziej rentownych firm na planecie, bo ułamek procenta razy biliony dolarów to więcej niż 30 procent razy sklep z aplikacjami. Wysoki take rate to nie zawsze jest wielka siła. Często to zaproszenie dla regulatora i konkurenta. Apple przekonał się o tym w sądzie z Epic. Niski take rate przy gigantycznym wolumenie to siła, której nikt nie zaatakuje tak łatwo.
Backlog i RPO – portfel przyszłych przychodów spółki
Czwarte hasło to backlog, czyli portfel zamówień, oraz jego księgowy kuzyn RPO, Remaining Performance Obligations. Obie liczby pokazują przychód, który firma ma już zakontraktowany na przyszłość, ale jeszcze go nie zarobiła. Klient podpisał umowę, ale usługa nie została jeszcze wykonana, więc w rachunku wyników tych pieniędzy nie ma. Backlog spotkasz w budownictwie czy w zbrojeniówce. Budimex na koniec czerwca 2026 roku miał w portfelu kontrakty za prawie 18 miliardów złotych. RPO jest trochę węższe, bo liczy się je według standardów księgowych i obejmuje zobowiązania do wykonania wynikające z umów z klientami. Podają je głównie amerykańskie spółki technologiczne.
Koniec końców backlog i RPO to bardzo dobry prognostyk tego, jak mogą wyglądać przyszłe przychody spółki. Jeśli backlog rośnie dziś, to prawdopodobnie przychody urosną jutro.
Weźmy na warsztat taki Oracle. W sierpniu 2024 roku spółka miała 99 miliardów dolarów RPO. Rok później już 455 miliardów. Oracle podpisał gigantyczne kontrakty na moc obliczeniową dla firm, które budują sztuczną inteligencję, głównie OpenAI. Stąd 36 procent wzrostu kursu akcji 10 września 2025 roku.
Dlaczego więc kurs Oracle potem zaczął spadać? Bo RPO nigdy nie jest pewne. Liczy się, kiedy te pieniądze wpłyną. Z 664 miliardów Oracle spodziewa się rozpoznać w ciągu najbliższego roku tylko 13 procent, a połowa całej kwoty to przychody dopiero po trzecim roku, czyli portfel jest duży, ale rozłożony na wiele lat do przodu, więc pewność jego realizacji spada.
Po drugie liczy się, od kogo są to zamówienia. Według Wall Street Journal około 300 miliardów pochodzi z jednej umowy z OpenAI. Jeśli to prawda, blisko połowa portfela zależy od jednego klienta, który sam wciąż generuje straty. Jeśli OpenAI będzie mieć problemy finansowe, to te RPO się nie zmaterializują.
Haczyk? Nawet rekordowy backlog nie przeszkodził jeszcze firmie zbankrutować. Carillion, brytyjski gigant budowlany, miał w dniu upadłości portfel zamówień na dziesiątki miliardów funtów, a upadł, bo zamówienia to przychody, nie gotówka, i tym bardziej nie marża. Boeing przez lata chwalił się backlogiem na pół biliona dolarów i jednocześnie tracił pieniądze na każdym samolocie z tej kolejki.
EBITDA, GAAP i non-GAAP – jak czytać zyski spółek?
Kolejne hasło to EBITDA. Ten skrót pada w niemal każdym raporcie, każdej analizie i tekście. A mimo to niektórzy pewnie dalej nie wiedzą, co to w ogóle znaczy. EBITDA to po prostu jedna z najpopularniejszych miar zysku. To zysk, od którego nie odejmujemy: odsetek od kredytów, podatków i amortyzacji.
Po co coś takiego analizować? Odsetki i podatki wycina się po to, żeby porównywać firmy o różnym zadłużeniu i z różnych krajów. Jeśli jedna firma ma większy dług, to płaci wyższe odsetki, ale jeśli je wytniemy, to widzimy jej potencjał do zarabiania, gdyby spłacić to zadłużenie. Podatki są kwestią regulacyjną, która może zaburzać obraz zyskowności, ale nie ma nic wspólnego z samym biznesem. Amortyzacja natomiast nie jest wydatkiem gotówkowym. Amortyzacja to tylko takie księgowe przedstawienie kosztów inwestycji sprzed lat. Na przykład firma kupiła maszynę kilka lat temu, ta maszyna kosztowała fortunę i ma pracować dla firmy przez 20 lat, więc firma nie wpisuje jej w koszty jednorazowo w roku zakupu, ale rozkłada jej koszt na 20 lat i to właśnie reprezentuje amortyzacja. Tylko realnie firma już zapłaciła za tę maszynę, więc amortyzacja jest kosztem niegotówkowym.
EBITDA jest więc taką miarą zysku, która teoretycznie pokazuje, ile gotówki jest w stanie generować dany biznes, gdyby odłożyć na bok inwestycje, podatki i spłatę długów.
Haczyk? Charlie Munger mówił: „Ilekroć widzisz słowo EBITDA, zamień je w myślach na «bzdurne zyski»”. Amortyzacja jest kosztem niegotówkowym, ale maszyna, którą się amortyzuje, kiedyś się zużyje i trzeba kupić nową, za prawdziwe pieniądze. W biznesach, które żyją z maszyn (linie lotnicze, telekomy, centra danych), EBITDA pokazuje zysk, który istnieje tylko dopóki nic się nie psuje. Oracle w rekordowym roku miał rekordową EBITDA i minus 24 miliardy wolnej gotówki, bo centra danych trzeba najpierw postawić. EBITDA jest świetna do porównywania firm. Jest fatalna do sprawdzania, czy firma ma za co żyć.
Skoro EBITDA już coś wycina, to czemu nie wyciąć więcej? Tak powstają wyniki skorygowane, a szóste hasło to GAAP i non-GAAP. Często pewnie spotykacie się z określeniem, że zyski są przedstawione w ujęciu GAAP albo non-GAAP. Czym jest ten słynny GAAP?
GAAP to amerykańskie standardy rachunkowości. Czyli chodzi głównie o to, że zyski GAAP liczy się według tych samych zasad rachunkowości dla wszystkich spółek i muszą być zgodne z określonymi przepisami prawa. Non-GAAP, po polsku wynik skorygowany, to wynik, z którego zarząd usunął koszty uznane za jednorazowe albo niegotówkowe. Stąd skorygowana EBITDA czy skorygowany zysk na akcję. Inaczej non-GAAP.
Sam pomysł ma sens i często jest wykorzystywany z głową. Jeśli firma raz zapłaciła za ugodę sądową albo za zamknięcie fabryki, ten koszt zamazuje obraz bieżącego biznesu, bo w kolejnym kwartale się nie powtórzy, więc dobrze jest pokazać wynik bez tego kosztu, żeby zobaczyć realne trendy w biznesie. Problem w tym, że o tym, co jest jednorazowe i niegotówkowe, decyduje zarząd, bo najczęściej nikt tych miar zysku nie bada i nie sprawdza. W efekcie te miary są przydatne, ale trzeba uważnie sprawdzać, co odliczają.
Klasyką gatunku naciągania takich miar zysku jest tutaj WeWork. W 2018 roku, pozyskując pieniądze od obligatariuszy, spółka pokazała wskaźnik, który nazwała community adjusted EBITDA. Za 2017 rok wyszło 233 miliony dolarów na plusie, przy stracie netto około 933 milionów. Żeby dojść do tego wyniku, z kosztów wycięto między innymi marketing, koszty zarządu oraz projektowanie i rozwój nowych lokalizacji. Rok później WeWork wycofał się z debiutu na giełdzie, a w 2023 roku zbankrutował.
Haczyk? Różnica między zyskiem GAAP a skorygowanym dla całego S&P 500 w dobrych latach wynosi kilkanaście procent, a w złych przekracza trzydzieści. Czyli im gorzej idzie, tym więcej kosztów nagle staje się „jednorazowych”. Jeśli te same „jednorazowe” koszty pojawiają się w czterech kolejnych kwartałach, to nie są jednorazowe, tylko ktoś je tak nazwał. WeWork wycinał marketing jako „jednorazowy”. Marketing. W firmie, która żyła z pozyskiwania klientów.
SBC – wynagrodzenie pracowników w akcjach
Najczęstszą korektą wyniku non-GAAP w spółkach technologicznych jest siódme hasło, które mamy do omówienia, czyli SBC, Stock Based Compensation. To wynagrodzenie pracowników i zarządu wypłacane w akcjach zamiast w gotówce. Firma nie wydaje pieniędzy z konta, tylko emituje nowe akcje i oddaje je pracownikom, zwykle stopniowo przez kilka lat. Dlatego spółki traktują SBC jak koszt niegotówkowy i dodają go z powrotem do zysku skorygowanego.
Tylko że ktoś za to płaci i jesteś to Ty, jako akcjonariusz. Każda nowa akcja dla pracownika zmniejsza Twój udział w firmie. Ekonomicznie to tak, jakby spółka wypłaciła pensje gotówką, a potem przeprowadziła emisję akcji, żeby te pieniądze odzyskać. Snowflake w roku obrotowym zakończonym w styczniu 2026 roku miał 4,7 miliarda dolarów przychodów i wypłacił w akcjach 1,6 miliarda. To 34 procent przychodów. W samym kwartale zakończonym w lipcu 2026 roku spółka pokazała 192 miliony dolarów straty netto według GAAP i 235 milionów zysku w wersji skorygowanej. Różnicę robi głównie SBC, a tymczasem liczba akcji Snowflake w ciągu czterech lat wzrosła o 12 procent, choć w tym czasie spółka i tak skupowała akcje z rynku.
Haczyk? SBC to jedyny koszt, który rośnie wtedy, gdy spółce idzie dobrze, bo im wyższy kurs, tym więcej warte są te „darmowe” akcje i tym więcej pracownicy chcą ich dostać. Rekord świata należy do pakietu Elona Muska z 2018 roku: ponad 50 miliardów dolarów w opcjach, zaksięgowanych jako „niegotówkowe”. Prosta korekta, którą ja stosuję, jest taka, że od wolnych przepływów pieniężnych, którymi chwali się spółka, odejmuję SBC. Jeśli po tym zostaje plus, to firma naprawdę zarabia. Jeśli nie, to zarabiają na ten moment tylko pracownicy.
Enterprise Value (EV) – wartość całego przedsiębiorstwa
Ósme hasło to Enterprise Value, czyli wartość przedsiębiorstwa. Najłatwiej zrozumieć ją na przykładzie z życia. Wyobraź sobie, że kupujesz od znajomego jego warsztat samochodowy. Umawiacie się na milion złotych i to jest cena za jego udziały, czyli tak jakby akcje. Tyle że warsztat ma w banku kredyt na 400 tysięcy złotych, który od dnia zakupu jest Twój. Spłacasz go tak samo, jakbyś sam go zaciągnął. Z drugiej strony na koncie firmy leży 100 tysięcy złotych gotówki, która też przechodzi na Ciebie i którą możesz od razu oddać do banku. Ile więc naprawdę kosztował Cię ten biznes? Milion za udziały, plus 400 tysięcy długu, minus 100 tysięcy gotówki. Razem 1,3 miliona złotych. To właśnie jest EV.
Na giełdzie działa to tak samo. Rolę ceny za udziały gra kapitalizacja giełdowa, czyli kurs akcji pomnożony przez ich liczbę. Mówi ona tylko, ile kosztuje kupno wszystkich akcji. EV dolicza do tego dług, który przejmujesz razem z firmą, i odejmuje gotówkę, którą dostajesz w pakiecie. Dlatego EV to kapitalizacja plus dług minus gotówka.
Po co tak liczyć? Bo dwie spółki o tej samej kapitalizacji potrafią być w zupełnie innym położeniu. Załóżmy, że obie są warte na giełdzie po miliard złotych. Pierwsza ma 500 milionów długu, a druga 500 milionów gotówki na koncie. Kto przejmie pierwszą, w praktyce zapłaci półtora miliarda. Druga będzie go kosztować pół miliarda. Patrząc tylko na kapitalizację, tej różnicy nie zobaczysz.
Haczyk? EV może być UJEMNE. Są spółki, które mają na koncie więcej gotówki, niż wynosi ich cała kapitalizacja, czyli rynek wycenia sam biznes poniżej zera; kupujesz firmę, dostajesz pieniądze i jeszcze zostaje Ci reszta. W 2020 roku takich spółek było w Japonii kilkaset. To zwykle nie okazja, tylko informacja, że rynek uważa, że zarząd tę gotówkę przepali.
Free float i spread – płynność akcji na giełdzie
Dziewiąte hasło to free float, czyli część akcji, która naprawdę jest w wolnym obrocie i którymi się handluje na giełdzie. Weźmy spółkę, która ma wyemitowane 100 milionów akcji. Założyciel trzyma 50 milionów, bo zbudował firmę i chce nad nią panować. Inwestor strategiczny, na przykład większy koncern z branży, ma 10 milionów. Kolejne 2 miliony to akcje własne, które spółka kiedyś odkupiła i trzyma w szufladzie. Żaden z tych pakietów nie zmienia właściciela na co dzień. Ich posiadacze nie reagują na wynik kwartalny i nie wystawiają akcji w arkuszu zleceń na giełdzie. Na rynku realnie krąży więc tylko 38 milionów akcji. I to jest free float tej spółki, 38 procent.
Właśnie tymi 38 procentami handlują na co dzień fundusze, inwestorzy indywidualni i wszyscy pozostali uczestnicy rynku. Kapitalizację liczy się od wszystkich 100 milionów akcji, ale kupić i sprzedać na giełdzie da się tylko tę mniejszą część. I od tego, jak duży jest free float, zależy między innymi, jak duża jest płynność danych akcji, bo jeśli można handlować tylko 1% akcji (a są takie spółki na NewConnect), to praktycznie nie da się tego kupić i sprzedać za jakieś większe pieniądze.
Free float może się też zmieniać w czasie. Gdy założyciel sprzeda część swojego pakietu albo spółka wyemituje nowe akcje dla inwestorów, w wolnym obrocie robi się ich więcej.
Free float decyduje o tym, kto Was może kupić. Indeksy jak WIG20, MSCI, S&P ważą spółki nie po pełnej kapitalizacji, tylko po tej części, która jest w wolnym obrocie. Spółka z free floatem 20 procent dostaje w indeksie pięć razy mniejszą wagę niż identyczna z free floatem 100 procent, co daje pięć razy mniej pieniędzy z ETF-ów. Mówiłem o tym przy SpaceX: po debiucie w obrocie było osiem procent akcji, a reszta czekała na koniec lockupu.
Ostatnie hasło to bid-ask spread, czyli spread giełdowy. Zacznijmy od tego, że kurs akcji, który widzisz na ekranie, to cena ostatniej transakcji. W arkuszu zleceń jednak w każdej chwili są dwie ceny. Najwyższa, po jakiej ktoś chce kupić, czyli bid. I najniższa, po jakiej ktoś chce sprzedać, czyli ask. Różnica między nimi to spread. Działa to dokładnie jak w kantorze, który kupuje od Ciebie euro taniej, niż Ci je sprzedaje.
Załóżmy, że najlepsza oferta kupna to 49,90 złotego, a najlepsza oferta sprzedaży 50,10 złotego. Jeśli kupisz od razu i w tej samej sekundzie sprzedasz, tracisz 20 groszy na akcji, choć kurs nawet nie drgnął. To 0,4 procent. W największych spółkach z USA spread to często jeden cent przy kursie w setkach dolarów. W małych spółkach z NewConnect potrafi sięgać kilku procent. To ukryty koszt handlu akcjami. Prowizję widzisz czarno na białym, spreadu nie. A jeśli handlujesz spółką ze spreadem 1 procent i dziesięć razy w roku otwierasz i zamykasz pozycję, oddajesz w ten sposób mniej więcej 10 procent kapitału, zanim zapłacisz jakąkolwiek prowizję.
Dlatego warto wiedzieć, że spread zależy przede wszystkim od płynności, a płynność w dużej mierze od free floatu. Im mniej akcji w obrocie i im mniej chętnych po obu stronach, tym szerszy spread. W mało płynnych spółkach używaj więc zleceń z limitem ceny zamiast zleceń po cenie rynkowej. Inaczej możesz kupić kilka procent drożej, niż się spodziewałeś.
Pamiętajcie, że na spreadzie zawsze ktoś zarabia. Jak nie jeden pośrednik, to drugi. Robinhood nie pobiera prowizji od transakcji, bo zarobi na spreadzie. Jeśli coś jest za darmo, to Ty jesteś… spreadem.
To jest cały sens tej serii. Żaden z tych dziesięciu wskaźników nie jest trudny i każdy da się wyjaśnić w dwóch zdaniach. Właśnie to zrobiliśmy. Trudny jest moment, w którym widzicie skrót w raporcie, nie znacie go i w głowie włącza się „to nie dla mnie”. Nie jest tak. Finanse nie mają bariery wiedzy, tylko barierę języka. Dlatego taki słownik inwestora jest po to, żeby nie wkuwać, ale żeby zrozumieć.
To już wszystko na dziś, a jeśli trafisz w finansach na skrót, którego nie znasz, zajrzyj do Słownika inwestora na nowej stronie dnarynkow.pl. Jest tam już ponad 140 haseł w 10 kategoriach. Co więcej, w materiałach na naszej stronie branżowe pojęcia mają bezpośredni odnośnik do słownika, więc jedno kliknięcie wystarczy, żeby sprawdzić, o co chodzi. Słownik jest darmowy i cały czas go rozbudowujemy.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk








