Wstęp
Wchodzicie na dowolną listę „co przeczytać, żeby nauczyć się inwestować” i od dwudziestu lat dostajecie ten sam zestaw. Te same okładki, te same nazwiska, ta sama kolejność. Ktoś kiedyś nazwał to klasyką książek o inwestowaniu i od tamtej pory łykacie to sobie dalej jak pelikany. Nie sprawdzając, czy ktokolwiek z polecających stosuje choć jedną z tych „złotych rad”.
Ba, czy w ogóle je czytał, czy tylko przepisał listę z innej listy, bo taki materiał dobrze się klika. Zróbmy prosty test. Graham każe kupować spółki wycenione poniżej dwóch trzecich ich aktywów obrotowych netto. Znacie KOGOKOLWIEK, kto to dziś robi? Fisher każe dzwonić do dostawców, byłych pracowników i konkurentów spółki, zanim kupicie akcję. Kto z Was dzwonił ostatnio do inżynierów TSMC? Kiyosaki każe najpierw kupować aktywa, a rachunki płacić później, bo presja wierzycieli „motywuje”. Okej xD
Dziś biorę cztery najczęściej polecane książki o inwestowaniu i tłumaczę dokładnie, co z nimi nie tak, żebyście nie tracili czasu na czytanie tego, co nie ma żadnej wartości.
Te książki o inwestowaniu poleca prawie każdy. Nie czytaj ich!
Jak dobrałem książki do dzisiejszego zestawienia? Nie sprawdzam, czy dana książka jest „mądra”, bo kilka z nich napisali ludzie na pewno mądrzejsi ode mnie. Tak, istnieli tacy. Mało, bo mało, ale istnieli. To jednak nie oznacza, że współczesny inwestor, który nie robi tego na pełen etat, jest w stanie cokolwiek z takiej książki wynieść dla siebie.
„Inteligentny inwestor” Grahama w 2026 roku
Zaczynamy więc z grubej rury. Będziemy obrzucać błotem świętość. „Inteligentny inwestor” Benjamina Grahama z roku wydania 1949 i ostatnią rewizją autorską z 1973. Buffett nazwał tę pozycję najlepszą książką o inwestowaniu, jaką kiedykolwiek napisano, i ta jedna rekomendacja od kilkudziesięciu lat żyje własnym życiem. Trafia na każdą listę, w każdym języku, dla każdego początkującego inwestora.
Pierwszy problem z tą pozycją widać już na etapie spisu treści. Spory jej kawał dotyczy instrumentów, których przeciętny inwestor akcyjny nigdy w życiu nie dotknie. Graham poświęca rozdziały obligacjom zamiennym, czyli takim, które można wymienić na akcje emitenta, warrantom oraz akcjom uprzywilejowanym. Wszystko to osadzone w realiach emisji z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z konkretnymi warunkami, które dawno przestały obowiązywać. Dla kogoś, kto w 2026 roku kupuje akcje przez aplikację w telefonie, to archeologia. Strata czasu, która nic nie wnosi, a na pewno nic dla początkującego.
Drugi zarzut dotyczy samego fundamentu metody inwestycyjnej. Graham budował swoje podejście w gospodarce, w której o firmie mówił jej fizyczny majątek. Fabryka, maszyny, zapasy w magazynie, nieruchomości. To wszystko dało się policzyć, dotknąć, wpisać do bilansu i w razie potrzeby sprzedać. Dlatego Graham liczył wartość księgową, czyli majątek spółki pomniejszony o jej długi, i porównywał tę liczbę z ceną na giełdzie. Jeżeli rynek wyceniał firmę poniżej wartości tego, co ona fizycznie posiada, to była okazja. Prosta, policzalna i możliwa do zweryfikowania.
Graham a spółki technologiczne i S&P 500
To teraz spójrzcie, jakie spółki są w dzisiejszych indeksach giełdowych. Technologia, technologia i jeszcze raz technologia. Ten wykres z 2023 roku nawet tego nie oddaje, bo technologia to już prawie 40%.
W tej branży metoda Grahama jest bez sensu. Wartość Microsoftu nie leży w budynkach i fabrykach, tylko w kodzie, w bazie klientów i w tym, że Wasza firma nie przesiądzie się z jego oprogramowania na nic innego.
Wartość Visa leży w powszechnej globalnej akceptacji infrastruktury płatniczej, którą budowano przez dekady i której nikt nie odtworzy.
Wartość Palantira siedzi w oprogramowaniu, kontraktach i w ludziach, którzy piszą to oprogramowanie. Te aktywa w znacznej części nie trafiają do bilansu i nie da się ich tak łatwo wycenić. Decydują o tym zasady rachunkowości. Jeżeli spółka wydaje miliard dolarów na budowę fabryki, ten miliard ląduje w bilansie jako aktywo. Jeżeli ta sama spółka wydaje miliard dolarów na wynagrodzenia programistów piszących oprogramowanie, które będzie zarabiać przez kolejne piętnaście lat, ten miliard idzie w koszty od razu, w całości, w roku wydania. W bilansie nie jest to wówczas aż tak zero-jedynkowe. Analityka Grahama po prostu nie ma zastosowania do masy obecnej gospodarki, bo za czasów Grahama ta gospodarka nie istniała.
Zresztą efekt jest podwójny. Po pierwsze, bilans nowoczesnej spółki systematycznie zaniża jej realny majątek, bo najcenniejsze rzeczy, które ta spółka ma, zostały po drodze zaksięgowane jako koszt i zniknęły. Po drugie, zysk takiej firmy w latach intensywnych inwestycji wygląda gorzej, niż jest naprawdę, bo obciążają go wydatki, które w gospodarce Grahama byłyby inwestycją. Wskaźnik cena do wartości księgowej sprawdza się już tylko w wybranych sektorach, które dziś nie są w inwestycyjnej topce.
W sumie spójrzcie sobie, jak wygląda cena do wartości księgowej dla S&P 500. Jest wywalona w kosmos, ale nie dlatego, że mamy bańkę. Tylko dlatego, że spółki technologiczne są trzonem indeksu. Wcześniej była taka w dotcom, gdzie przez chwilę też były trzonem indeksu. Różnica jest taka, że wtedy tym trzonem stały się w sekundę, a na obecny stan pracowały dekadami.
Mam zresztą więcej danych, które potwierdzają moje słowa. Firma Ocean Tomo od pół wieku bada, jaka część wartości rynkowej spółek z indeksu S&P 500 przypada na aktywa niematerialne, czyli na wszystko to, czego nie da się dotknąć. Patenty, marki, oprogramowanie, dane, relacje z klientami. W 1975 roku było to 17 procent. W 2020 ponad 90 procent. W najnowszej edycji badania, obejmującej już pięćdziesiąt lat danych, 92 procent. Na wykresie widzicie, jak ta proporcja odwracała się przez pół wieku. Graham pisał podręcznik dla tych siedemnastu procent, a Wy żyjecie w czasach 92 procent.
Mało tego, najbardziej znana heurystyka Grahama to kupowanie spółek poniżej dwóch trzecich wartości aktywów obrotowych netto. Nic nie rozumiecie? Okej, więc rozłożę na kawałki. Bierzecie gotówkę spółki, jej należności od klientów i zapasy w magazynie. Odejmujecie od tego wszystkie zobowiązania, co do ostatniej złotówki. To, co zostaje, jest kwotą, którą teoretycznie dałoby się odzyskać, gdyby firma jutro przestała działać i wyprzedała wszystko, co ma pod ręką.
Graham szukał spółek, których cała wycena giełdowa była niższa niż dwie trzecie tej kwoty. Czyli kupował firmę taniej niż jej własną gotówkę i zapasy, a fabrykę, markę i cały działający biznes dostawał w gratisie.
Takie okazje istniały, bo rynek lat trzydziestych i czterdziestych był wolny i nieprzejrzysty. Sprawozdania trzeba było zamówić pocztą, przeczytać i wszystko liczyć ręcznie, a robiła to garstka ludzi. Dzisiaj identyczny skan wykonuje dowolna osoba w kilkanaście sekund, na wszystkich rynkach rozwiniętych naraz, często za darmo. Efekt jest przewidywalny. Spółki spełniające kryterium Grahama jako „okazje” praktycznie zniknęły z giełd rozwiniętych.
Tak naprawdę rzeczy ponadczasowe, które są w tej książce, można by streścić na 10 stronach A4, więc autentycznie lepiej poproście GPT o streszczenie. Ja kiedyś to przeczytałem i tylko straciłem czas.
Philip Fisher i metoda scuttlebutt dzisiaj
Druga pozycja do tracenia czasu to Philip Fisher i „Zwykłe akcje, niezwykłe zyski” z 1958 roku. Tutaj moja krytyka idzie z zupełnie innej strony niż przy Grahamie, bo sposób myślenia Fishera nie zestarzał się ani trochę. Ocena jakości zarządu, potencjału wzrostu, przewagi konkurencyjnej, wydatki na badania i rozwój oraz to, czy spółka umie reinwestować zarobioną gotówkę z wysoką stopą zwrotu. Na tym fundamencie stoi dzisiaj całe inwestowanie we wzrost i ja sam się do niego przyznaję.
Problem nie leży w tym, jak Fisher każe myśleć, tylko w tym, co każe robić. Jego metoda nazywa się scuttlebutt, co znaczy mniej więcej „plotki z kuchni”, i polega na zbudowaniu obrazu spółki przez rozmowy. Z jej klientami, dostawcami, konkurentami, obecnymi i byłymi pracownikami, ze stowarzyszeniami branżowymi, a dopiero na samym końcu z zarządem. Fisher wychodził z założenia, że firma sama o sobie powie to, co chce powiedzieć, a prawdę usłyszycie od ludzi dookoła niej.
Wyobraźcie sobie teraz, jak to wygląda w praktyce. Programista, księgowa albo lekarz wraca z pracy o osiemnastej i chce przeanalizować ASML. Zgodnie z Fisherem taka osoba powinna zadzwonić do dostawców tej spółki, dotrzeć do inżynierów TSMC i zapytać ich, co naprawdę myślą o nowych maszynach, znaleźć byłych pracowników z Veldhoven i wyciągnąć z nich, jak wygląda kultura pracy, a na koniec umówić się na rozmowę z zarządem, najlepiej fizycznie w siedzibie spółki, żeby zobaczyć zakład od środka. Nikt tego nie zrobi.
Metoda Fishera premiuje tylko inwestora, który ma sieć kontaktów w branży, rozpoznawalne nazwisko otwierające drzwi i tyle czasu, żeby prowadzić research inwestycyjny zawodowo, w godzinach pracy, przez wiele tygodni.
Część tej luki zasypał Internet. LinkedIn, Glassdoor, fora branżowe, transkrypcje konferencji wynikowych, raporty sektorowe i podcasty dają dziś dostęp do informacji, po które Fisher musiał jeździć osobiście. Można z tego zbudować sensowny obraz spółki i sam to robię, ale to jest już inna metoda niż ta opisana w książce i dostępna dla każdego tak samo. Fisher szukał przewagi w tym, że tylko nieliczni docierali do takich informacji.
Pisał książkę w czasach, gdy selektywne przekazywanie informacji wybranym analitykom było też normalnym elementem całej zabawy. Spółka mogła spokojnie uprzedzić kilka zaprzyjaźnionych osób, że kwartał wyjdzie słabo, a reszta rynku dowiadywała się o tym z komunikatu dwa tygodnie później. Inwestor z kontaktami miał z tego realną przewagę i nikt nie widział w tym niczego nagannego.
Ten świat został zlikwidowany przepisami. W Stanach zrobiła to regulacja Fair Disclosure, przyjęta przez amerykański nadzór w 2000 roku, która nakazała spółkom publikować istotne informacje wszystkim uczestnikom rynku w tym samym momencie. W Unii Europejskiej to samo robi rozporządzenie o nadużyciach na rynku MAR, obowiązujące od 2016 roku. Sens obu przepisów jest identyczny. Informacja cenotwórcza albo jest publiczna, albo nie wolno na niej handlować.
Dzisiaj wyciągnięcie od pracownika spółki informacji o wynikach przed ich publikacją to już obrót informacją poufną, za który grozi kara. Fisher nie zachęca do przestępstwa, bo pisał ponad czterdzieści lat przed tymi przepisami, ale dziś nic z tego nie będzie.
„Czarodzieje rynku” i błąd przeżywalności
Kolejny „hit”, czyli „Czarodzieje rynku” Jacka Schwagera z 1989 roku. Książka, którą w sumie lubię. Schwager rozmawia z traderami i spekulantami, wywiady są świetnie poprowadzone, a całość czyta się całkiem przyjemnie, ale jak komuś przejdzie do głowy naśladować tych bohaterów, to nie wróżę sukcesów.
Zanim przejdę bezpośrednio do książki, opowiem Wam krótką historię, która tłumaczy, na czym polega konstrukcyjny błąd tej książki.
W czasie drugiej wojny światowej amerykańskie wojsko miało problem z bombowcami, które nie wracały z misji. Zebrano więc dane o tym, gdzie wracające maszyny mają najwięcej dziur po pociskach. Okazało się, że najbardziej obrywały skrzydła i kadłub, więc naturalny wniosek brzmiał tak, że trzeba opancerzyć skrzydła i kadłub.
Statystyk Abraham Wald powiedział, że wniosek jest dokładnie odwrotny. Te samoloty wróciły. Skoro wróciły z dziurami w skrzydłach, to znaczy, że dziura w skrzydle nie jest śmiertelna. Opancerzyć trzeba miejsca, w których wracające maszyny dziur nie mają, bo samoloty trafione właśnie tam po prostu nie wróciły i nikt ich nie uwzględnił w statystykach.
To błąd przeżywalności i Schwager zebrał w swojej książce wyłącznie takie wracające „samoloty”. Wybrał swoich rozmówców dlatego, że wygrali. Nie ma tam ani jednego tradera, który stosował bardzo podobne podejście, tak samo agresywnie zarządzał pozycją, tak samo wierzył w swoją metodę i stracił wszystko, a takich były tysiące. Czytając te wywiady, nie da się odróżnić metody, która działa, od metody, która działa u jednego człowieka na tysiąc, bo dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu pozostałych nie dostało zaproszenia do książki przez bankructwo. Wydaje mi się, że jeden z polskich „bożyszczy tradingu” o tym zapomniał.
Do tego dochodzi fakt, że bohaterowie Schwagera handlowali zawodowo kontraktami terminowymi i walutami, z dużym kapitałem, dużą dźwignią, z dostępem do parkietu i z całym zapleczem profesjonalnego biura tradingowego. Czytelnik z rachunkiem na dwadzieścia tysięcy złotych i aplikacją brokera w telefonie nie gra w tę samą grę.
Trend following i rynek lat 70. i 80.
Strategie tych „zwycięzców” to też często podążanie za trendem. Trend following zarabia wtedy i tylko wtedy, gdy rynek produkuje długie ruchy w jedną stronę, a mechanizm samej strategii jest prosty jak drut. Kupujecie to, co rośnie, sprzedajecie to, co spada, godzicie się z tym, że większość transakcji skończy się małą stratą, i czekacie, aż kilka z nich złapie ruch tak duży, że pokryje wszystkie pozostałe straty. Cała rentowność tej metody siedzi w tych kilku udanych transakcjach.
Lata siedemdziesiąte i wczesne osiemdziesiąte były dla tej metody środowiskiem wymarzonym, a to właśnie wtedy swoje kariery zrobiła większość rozmówców z tej książki. Rozpadł się system z Bretton Woods, w którym kursy walut były sztywno powiązane z dolarem, a dolar ze złotem. Kursy walut zostały uwolnione i zaczęły jechać po kilkadziesiąt procent w jedną stronę. Złoto tak samo.
Do tego doszły dwa szoki naftowe i inflacja, która w Stanach przekroczyła kilkanaście procent rocznie. Surowce, waluty i stopy procentowe poruszały się wtedy dokładnie tak, jak ta strategia potrzebuje. Długo i w jednym kierunku.
Wszystko z powodu dwóch dużych zjawisk geopolitycznych. Szoku na rynku ropy i uwolnienia kursów walutowych. Kiedy rynek w końcu dostosował się do tych zmian, wiele tych „magicznych” strategii przestało działać.
Doskonałym przykładem tego, jak zawiodły, jest Richard Dennis, który też występuje w książce. Najpierw zarobił fortunę w tamtym okresie i swego czasu uchodził za wyrocznię. Potem środowisko się zmieniło. Ten sam człowiek, z tą samą metodą i tymi samymi umiejętnościami, stracił w latach 1987 i 1988 ponad połowę kapitału funduszy, którymi zarządzał, i wiosną 1988 roku oddał klientom pieniądze. Wrócił do zarządzania cudzym kapitałem w latach dziewięćdziesiątych i zamknął interes jeszcze raz, po stratach latem 2000 roku. Jego metoda się nie zmieniła. Zmienił się rynek.
Czytelnik tej książki dostaje historie sukcesu opowiedziane po fakcie i nie ma jak rozdzielić trzech składników, które na ten sukces się złożyły. Umiejętności, sprzyjającego reżimu rynkowego i zwykłego szczęścia. Bierze więc całość i nazywa to umiejętnością, a potem próbuje ją powtórzyć na rynku, który nie dostarcza już tego samego. Świetna książka jako ciekawostka i fatalna o tym, jak powtórzyć te sukcesy.
„Bogaty ojciec, biedny ojciec” i dobry dług
Jeszcze jedno gówno na horyzoncie w biblioteczce. Mantra wszystkich coachów życia. „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Roberta Kiyosakiego z 1997 roku. Najbardziej toksyczne badziewie na liście. Trafia do ludzi, którzy czytają swoją pierwszą w życiu książkę o pieniądzach, więc nie mają żadnego punktu odniesienia, żeby ją zweryfikować.
Sprzedała się w nakładzie ponad czterdziestu milionów egzemplarzy i została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków. Nie z powodu jakości. Sprzedała się, bo oferuje coś, czego żadna uczciwa książka o finansach zaoferować nie może. Prostą obietnicę, anegdotę zamiast liczb i poczucie, że właśnie zostaliście wtajemniczeni w coś, czego reszta ludzi nie wie, przy zerowym wysiłku intelektualnym. Jako produkt jest to rzecz bardzo dobrze zaprojektowana. Jako książka o inwestowaniu nie broni się w żadnym miejscu.
Cała koncepcja „dobrego długu” u Kiyosakiego opiera się na tym, że pożyczone pieniądze pozwalają kupić więcej aktywów i szybciej się dorobić. To prawda, ale tylko w jedną stronę.
Weźmy mieszkanie za pięćset tysięcy złotych, kupione ze stu tysiącami wkładu własnego i czterystoma tysiącami kredytu. Jeżeli mieszkanie podrożeje o 10 procent, czyli o pięćdziesiąt tysięcy, to zarobiliście 50 procent na swoim kapitale, bo włożyliście sto tysięcy, a macie sto pięćdziesiąt. Dźwignia zadziałała i to jest ta strona, którą Kiyosaki opisuje z entuzjazmem. Teraz druga strona. Jeżeli to samo mieszkanie potanieje o 20 procent, czyli o sto tysięcy, Wasz kapitał w teorii znika w całości. Zostaje kredyt na czterysta tysięcy i mieszkanie warte czterysta. Dźwignia nawet tego typu zawsze działa w dwie strony.
Kiyosaki wprost świadomie odrzuca też dywersyfikację i każe koncentrować majątek na nieruchomościach i własnym biznesie, czyli albo w czymś superniepłynnym, albo w czymś, co jednak ma niską przeżywalność.
W tej książce nie ma żadnego inwestowania. Nie znajdziecie tam nic sensownego o stopach zwrotu, o myśleniu o biznesie, o gospodarce. Ta książka to jak TikTokowy scam sprzed 30 lat, gdy jeszcze nie było TikToka.
Do tego jeszcze to słynne promowanie „płać najpierw sobie”. W wersji Kiyosakiego oznacza to, że najpierw odkładacie pieniądze na inwestycje, a dopiero potem martwicie się rachunkami i wierzycielami, bo presja niezapłaconych zobowiązań ma Was motywować do zarobienia więcej. Co kurwa?
Kolejność jest odwrotna do wszystkiego racjonalnego, co wiemy o zarządzaniu finansami osobistymi. Najpierw płynność, poduszka bezpieczeństwa i zdolność do regulowania zobowiązań. Dopiero nadwyżka ponad to jest kapitałem inwestycyjnym. Czytelnik, który weźmie tę radę dosłownie, może wpędzić się w niemałe kłopoty. Może sam Kiyosaki za bardzo posłuchał swoich rad, skoro kilka razy bankrutował i ma kolosalne długi.
Unikajcie tego badziewia, a jak dostaniecie na święta, to wywalcie za okno.
Każda z tych pozycji opisuje świat, którego już nie ma, albo nigdy go nie było. Serio, nie traćcie na to czasu. Są o wiele lepsze książki dookoła inwestycyjnego świata, które warto przeczytać. O nich zrobimy sobie osobny materiał.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









