Bid-ask spread (spread)
Bid-ask spread to różnica między najwyższą ceną, jaką ktoś na rynku jest gotów zapłacić za akcję (bid), a najniższą ceną, po jakiej ktoś jest gotów ją sprzedać (ask). To cena za to, że chcesz zawrzeć transakcję od razu, a nie czekać, aż ktoś przyjdzie do ciebie.
Spread "płacisz" przy każdej transakcji. Nie widać go na wyciągu z rachunku, więc większość inwestorów w ogóle o nim nie myśli.
Dwie ceny zamiast jednej
Kurs, który widzisz w serwisie, to zwykle cena ostatniej transakcji. Ale w arkuszu zleceń w każdej chwili wiszą dwie ceny. Załóżmy, że najlepsza oferta kupna to 49,90 zł, a najlepsza oferta sprzedaży to 50,10 zł. Spread wynosi 20 groszy.
Jeśli chcesz kupić od razu, płacisz 50,10 zł. Jeśli chcesz od razu sprzedać, dostajesz 49,90 zł. Kupisz i w tej samej sekundzie sprzedasz, a i tak jesteś 20 groszy na minusie na każdej akcji, choć kurs nawet nie drgnął.
Działa to dokładnie jak kantor. Kantor kupuje od ciebie euro taniej, niż ci je sprzedaje, i na tej różnicy zarabia. Na giełdzie jest tak samo, tyle że po drugiej stronie stoją inni inwestorzy albo market maker.
Od czego zależy szerokość spreadu?
Najważniejsza jest płynność. Im więcej ludzi handluje daną akcją, tym większa konkurencja między nimi i tym ciaśniej ustawiają się ceny po obu stronach arkusza.
Drugi czynnik to niepewność. Przed publikacją wyników, w czasie paniki albo tuż po otwarciu sesji spread się rozszerza, bo nikt nie chce wystawiać się z ceną, która za chwilę może okazać się zła.
Do tego dochodzi minimalny krok notowania. Jeśli akcja kosztuje 1 zł, a cena może zmieniać się minimum o grosz, spread nie zejdzie poniżej 1%.
"Ukryty" koszt
Prowizję widzisz czarno na białym. Spreadu nie. A przy częstym handlu potrafi kosztować sporo. Szczególnie gdy handlujesz kontrakatami CFD, gdzie spread bezpośrednio zależy od brokera.
Policz prosty przykład. Handlujesz spółką ze spreadem 1% i w ciągu roku dziesięć razy otwierasz i zamykasz pozycję. Za każdym pełnym obrotem oddajesz mniej więcej cały spread, więc w skali roku to około 10% kapitału, zanim w ogóle zaczniesz liczyć prowizje i podatki. Żeby wyjść na zero, musisz najpierw tyle zarobić.
To też wyjaśnia, jak działają brokerzy reklamujący handel „bez prowizji”. Często zarabiają właśnie na spreadzie, który jest u nich szerszy niż na rynku. Zero prowizji nie znaczy zero kosztów.
Pułapki, na które trzeba uważać
- Zlecenie po cenie rynkowej w mało płynnej spółce to proszenie się o kłopoty. Przy szerokim spreadzie i pustym arkuszu możesz kupić kilka procent drożej, niż się spodziewałeś. Zlecenie z limitem ceny daje ci kontrolę.
- Spread zmienia się w ciągu dnia. Na otwarciu, przed zamknięciem i wokół ważnych publikacji bywa wielokrotnie szerszy niż w środku spokojnej sesji.
- Wąski spread nie oznacza głębokiego rynku. Po najlepszej cenie może wisieć tylko kilkadziesiąt akcji. Większe zlecenie zje kolejne poziomy arkusza i średnio zapłacisz dużo więcej.
- ETF-y też mają spread. Fundusz na niszowy rynek albo mało płynne obligacje potrafi mieć spread znacznie szerszy niż popularne ETF-y na szerokie indeksy, a ten koszt nie jest wliczony w opłatę za zarządzanie.
W skrócie
Bid-ask spread to różnica między ceną, po której możesz od razu kupić, a ceną, po której możesz od razu sprzedać. To realny koszt każdej transakcji, który nie pojawia się na wyciągu. W płynnych spółkach jest pomijalny, w małych potrafi zjeść cały zysk, zwłaszcza jeśli często obracasz pozycjami.
Spread to cena, którą płacisz za to, że nie chcesz czekać.