EV/EBIT
EV/EBIT to wartość przedsiębiorstwa podzielona przez zysk operacyjny, czyli EBIT, zysk przed odsetkami i podatkami, ale już po odjęciu amortyzacji.
To EV/EBITDA, które przestało udawać, że maszyny się nie zużywają.
Za co rynek to lubi
Zwolennicy EV/EBIT mówią, że to dojrzalsza wersja EV/EBITDA. Zostaje neutralność wobec zadłużenia i podatków, bo EBIT liczymy przed odsetkami i podatkiem, więc dalej porównasz nim spółki o różnej strukturze finansowania.
Ale w mianowniku siedzi już zysk po amortyzacji, a amortyzacja to najbliższy księgowy ślad tego, ile majątku firma co roku zużywa. Dzięki temu EV/EBIT nie głaszcze biznesów kapitałochłonnych po głowie tak, jak robi to EBITDA. Dla przemysłu, spółek z ciężkim parkiem maszynowym czy infrastrukturą to zwykle uczciwszy obraz.
Za co go krytykują
Tyle że amortyzacja to wciąż liczba z księgi. Rzadko równa się realnemu czekowi, który trzeba wystawić, żeby odtworzyć zużyty majątek, bo odpisuje aktywa po cenach sprzed lat, gdy były tańsze. W takim układzie EBIT też potrafi zawyżać to, ile firmie naprawdę zostaje.
Do tego polityka amortyzacji staje się teraz wrażliwym punktem. Dłuższy zakładany okres życia maszyny obniża roczny odpis i podbija EBIT, a to już decyzja księgowa, nie ekonomiczna. Dwie podobne firmy mogą pokazać inny EV/EBIT tylko dlatego, że inaczej rozkładają amortyzację w czasie.
I na koniec to, co łączy go z całą rodziną mnożników. EBIT to nie gotówka. Nie widzi zmian w kapitale obrotowym ani momentu, w którym trzeba realnie wyłożyć pieniądze na inwestycje, więc do wolnego przepływu wciąż mu daleko.
Jak go używać, żeby nie oberwać
EV/EBIT najlepiej wyciągać dokładnie tam, gdzie EBITDA kłamie najgłośniej, czyli przy biznesach kapitałochłonnych. Im więcej firma co roku topi w majątku, tym bardziej liczy się to, że amortyzacja w ogóle jest w rachunku.
Zanim mu zaufasz, zrób jeden ruch, porównaj amortyzację z realnym capeksem. Jeśli odpisy są dużo niższe niż to, co spółka faktycznie wydaje na utrzymanie i rozwój, EBIT ci pochlebia, a prawdziwa gotówka jest niższa. Jeśli chodzą blisko siebie, EBIT jest przyzwoitym przybliżeniem.
Warto też patrzeć na EV/EBIT i EV/EBITDA obok siebie. Przepaść między nimi to szybka miara tego, jak kapitałochłonny jest biznes, bo cała różnica to właśnie ciężar amortyzacji. Traktuj jednak i ten mnożnik jak pierwszy filtr, a nie ostateczny wyrok, bo ostatnie słowo i tak ma wolny przepływ pieniężny.
Pułapki, na które trzeba uważać
- Amortyzacja to nie capex. Zanim uznasz EBIT za miarodajny, zestaw odpisy z realnymi nakładami inwestycyjnymi, zwłaszcza przy starym parku maszynowym kupowanym po niższych cenach.
- Polityka amortyzacji potrafi podkręcić EBIT. Dłuższy zakładany okres życia aktywów zmniejsza odpis i sztucznie zaniża mnożnik, choć w biznesie nic się nie dzieje.
- Niski EV/EBIT nie znaczy automatycznie tanio. Jak przy każdym mnożniku rynek potrafi już wyceniać spadek zysków albo jednorazowe zdarzenia siedzące w EBIT.
W skrócie
EV/EBIT bierze pomysł EV/EBITDA i naprawia jego największą dziurę, bo w mianowniku uwzględnia amortyzację, więc uczciwiej pokazuje, ile kosztuje spółka realnie zużywająca swój majątek. Wciąż zostaje neutralny wobec zadłużenia i podatków, dzięki czemu dobrze porównuje firmy o różnej strukturze finansowania. Ale amortyzacja to nadal księgowy skrót, a nie faktyczny capex, więc ostatnie słowo i tak trzeba oddać wolnemu przepływowi gotówki.
„EV/EBIT widzi to, na co EBITDA przymyka oko, czyli że maszyny się zużywają. Reszty prawdy o gotówce i tak trzeba szukać w przepływach."