Wstęp
NAJDROŻSZY KEBAB W MOIM ŻYCIU zjadłem za pieniądze z akcji, które musiałem sprzedać na stracie i wcale nie dlatego, że spółka okazała się słaba, bo spółka była w porządku. Słaby byłem ja, bo wpakowałem w akcje wszystko, co miałem i zostało mi na koncie dziesięć złotych siedemdziesiąt cztery grosze.
Na giełdzie można stracić pieniądze na dwa sposoby. Pierwszy to zła analiza: kupujecie nie tę spółkę, co trzeba albo płacicie za nią za dużo. O tym opowiadałem przy Palantirze i Idea Banku. Drugi jest dużo głupszy i dużo częstszy. Spółka jest dobra, kierunek jest dobry, czasem macie nawet rację co do tego, gdzie będzie kurs za miesiąc, a i tak tracicie, bo zapomnieliście, jak działa instrument, który kupiliście, albo sama giełda.
Dziś cztery takie wpadki, które zaliczyłem sam, w sumie za dziesiątki tysięcy złotych, czyli autodiss Cymcola na Cymcola.
Ogólnie mam wrażenie, że ta „wiedza”, to nie jest coś, co da się przeczytać, bo nikt jej nie spisuje. Zdobywa się ją wyłącznie przez stratę. Ja swoją zdobyłem. Wy możecie dziś za darmo.
Prawdziwy krach na giełdzie! Początek bessy czy najlepsza okazja od lat?
Depozyt na kontraktach terminowych
Pierwsza historia to klasyka, przez którą przechodzi chyba co drugi początkujący. Kupiłem kontrakty terminowe i zaangażowałem w depozyt za dużą część pieniędzy, które miałem na rachunku. Wystarczyła zwykła, drobna korekta, żeby dom maklerski zażądał dopłaty. Nie miałem z czego dopłacić, więc moja pozycja została zamknięta. Potem oczywiście kurs odbił. Klasyczek upierdzielenia kasy przy korzystaniu z instrumentów pochodnych, czyli zbyt duża ekspozycja.
Zrozummy najpierw, jak do tego dochodzi w przypadku kontraktów terminowych. Kupując kontrakt, nie płacicie za całą jego wartość. Wpłacacie tylko depozyt zabezpieczający, czyli coś w rodzaju kaucji, która ma pokryć ewentualne straty. Tyle że zyski i straty liczone są od całej wartości kontraktu, a nie od tej kaucji. To jest właśnie stosowana tutaj dźwignia.
Pokażę to na przykładzie kontraktu na WIG20. Każdy punkt indeksu jest w tym kontrakcie wart 20 złotych, więc przy WIG20 na poziomie 4000 punktów jeden kontrakt to 80 tysięcy złotych EKSPOZYCJI. Dom maklerski wymaga depozytu rzędu kilku do kilkunastu procent tej kwoty.
Załóżmy, że to 8 tysięcy. Dla uproszczenia przyjmuję też, że dom maklerski wzywa do dopłaty, jak tylko na rachunku zostanie mniej niż te 8 tysięcy.
Teraz wyobraźcie sobie, że macie na rachunku 10 tysięcy złotych i kupujecie jeden kontrakt. Wygląda bezpiecznie, bo zostają Wam jeszcze 2 tysiące zapasu. Tylko że te 2 tysiące to zaledwie… 100 punktów zmiany na WIG20, czyli spadek indeksu o 2,5%. Taki ruch potrafi się zdarzyć w ciągu jednej sesji i nikt nawet nie nazwałby go wielką korektą.
Kontrakty są za to rozliczane codziennie. Po każdej sesji dom maklerski dopisuje Wam zysk albo zabiera stratę z rachunku. Jeśli pieniędzy zostanie mniej, niż wynosi wymagany depozyt (te 8 tysięcy), to dostajecie wezwanie do jego uzupełnienia i zwykle macie na to czas do następnej sesji. Jak nie dopłacicie, to dom maklerski sam zamknie pozycję najczęściej na otwarcie kolejnej sesji i najczęściej robiąc zlecenie PKC, bo słusznie gówno ich to obchodzi. Ty masz dbać o swoje pozycje.
Na wykresie widzicie, jak to wygląda sesja po sesji. WIG20 spada w sumie o niecałe 3,5%, a Wy tracicie ponad jedną czwartą pieniędzy z rachunku. Gdyby pozycja przetrwała do odbicia indeksu, bylibyście na plusie.
Czyli można mieć rację co do tego jak się zachowa rynek i indeks może za miesiąc być 10% wyżej. Tylko że Was już przy tym nie będzie, bo rynek wyrzucił Was po drodze. Przy dźwigni liczy się nie tylko to, dokąd kurs dojdzie, ale też to, czy przetrwacie drogę.
Dlatego przy pochodnych liczy się przede wszystkim wielkość pozycji. Na rachunku powinna być wielokrotność depozytu, a nie depozyt i parę złotych zapasu. Pozycją pochodną trzeba zarządzać na bieżąco, a nie kupić i zapomnieć. Ja kiedyś traktowałem to inaczej i sporo się na tym przejechałem. Potem zrozumiałem
Przy 10 tysiącach na rachunku wystarczy spadek WIG20 o 2,5% i mamy problem i trzeba szybko ogarniać dodatkową kasę. Przy 40 tysiącach problem będzie dopiero po obsunięciu o 40%. Oczywiście nie chodzi o popadanie w skrajności, bo utrzymywanie 40k zabije sens dźwigni finansowej, ale rozumiecie, o co mi chodzi.
Na początku mojej drogi to zbagatelizowałem i straciłem pieniądze, tylko dlatego, że kontrakty zrobiły jakiś pierdo-ruch o kilka procent, na który normalnie bym nie zwrócił nawet uwagi. Nawet nie wiem, ile kasy straciłem na tym łącznie dawno temu, ale suma na pewno szła w dziesiątki tysięcy. Koszt nauki. Życie.
Wojas i notowania jednolite
Druga historia dotyczy Wojasa, producenta butów, który przez lata był notowany na warszawskiej giełdzie. Nie zawiodła mnie tu nawet spółka, tylko płynność, czyli to, jak łatwo da się akcje kupić albo sprzedać bez poruszania kursu. Płynności i tak było tam niewiele, ale prawdziwy problem zaczął się wtedy, gdy giełda przeniosła Wojasa z notowań ciągłych na jednolite.
Większość spółek na GPW jest notowana w systemie ciągłym. Zlecenia kupna i sprzedaży spotykają się przez całą sesję, a transakcje zawierane są na bieżąco. Jest też jednak system notowań jednolitych. W nim giełda zbiera zlecenia i wyznacza kurs tylko dwa razy dziennie, o jedenastej i o piętnastej, tak żeby przehandlować jak najwięcej akcji. Czasem robi się to raz dziennie. Po takim fixingu (bo tak nazywa się ten okres o 11:00 i 15:00) przez chwilę można jeszcze dokupić albo sprzedać, ale wyłącznie po jednej i tej samej cenie. Czyli mówiąc krótko giełda ustala jedną cenę na bazie popytu i podaży i wykonuje wszystkie zlecenia właśnie po tej jednej cenie.
Jakie spółki są notowane w taki sposób i czemu? Raz na kwartał giełda sprawdza, jak często handluje się akcjami każdej spółki. Te, którymi handluje się najrzadziej, trafiają do Strefy Niższej Płynności i przechodzą właśnie na notowania jednolite. Spółka może tego uniknąć, ale nie o tym jest ten materiał.
Kupiłem więc sobie kiedyś akcje Wojasa, kiedy były jeszcze w notowaniach ciągłych. Chwilę później, od 1 października 2019 roku, giełda przeniosła je na fixingi, czyli notowania jednolite. I nagle okazało się, że nie ma komu tych akcji sprzedać. Zainteresowanie tymi akcjami już wcześniej było małe, a po przeniesieniu spółki na notowania jednolite spadło jeszcze bardziej, no bo nikt czymś takim nie chcę handlować.
Przez dwa tygodnie na Wojasie zmieniło właściciela niecałe 4,6 tysiąca akcji, za jakieś 23 tysiące złotych. Na dwóch sesjach nie było ani jednej transakcji, a na jednej przehandlowano sześć akcji. Sześć! Moja paczka była większa niż cały obrót z tych dwóch tygodni. Żeby cokolwiek sprzedać, musiałem schodzić z ceną i wyprzedawać akcje po kawałku i oferować dyskonto. Mogłem się wtedy poczuć jak prawdziwy wieloryb i ten mityczny „grubas”. Jak Buffett, który próbuje wyjść z jakiejś mniejszej spółki i tym samym zbija kurs w dół.
Na wykresie widzicie kurs i obroty Wojasa jesienią 2019 roku. Nawet w najlepsze dni z okresu fixingów przez rynek przechodziło kilka tysięcy złotych, a zdarzały się sesje bez ani jednej transakcji.
Dlaczego na fixingu tak łatwo stracić? Bo nie wiecie z góry, po jakiej cenie sprzedacie. Jeśli w arkuszu jest kilka małych zleceń kupna, a Wy wrzucacie dużą sprzedaż, to sami zbijacie kurs, a cała Wasza transakcja wykonuje się po tej niższej cenie. Do tego macie dwie okazje dziennie zamiast całej sesji. Nie udało się o jedenastej, to czekacie do piętnastej. Nie udało się o piętnastej, to czekacie do jutra.
Wojas wyratował się z tego dość szybko. Już 10 października spółka dołączyła do giełdowego programu wspierania płynności, czyli zapewniła sobie animatora, i od 15 października akcje wróciły do notowań ciągłych. Ja akurat sprzedawałem w tym niefortunnym oknie notowań. Dałem się zrobić jak ostatni frajer na kompletnym braku płynności pakietem za może kilkadziesiąt tysięcy…
Dlatego zanim kupicie małą spółkę, sprawdźcie jej średni dzienny obrót i porównajcie go z wielkością swojej pozycji. Jeśli Wasza paczka to kilka dni obrotu może się okazać, że wyjście z tej pozycji może być trudne. I nie składajcie na takich spółkach zleceń po każdej cenie, bo w płytkim arkuszu jedna taka sprzedaż potrafi zjechać z kursem o kilkanaście procent.
Kebab, czyli moja własna płynność
Ta historia rywalizuje z Wojasem o TOP 1 własnej głupoty. Kiedyś wpakowałem w akcje całą wolną gotówkę, jaką miałem. Nie pieniądze odłożone na inwestycje, tylko wszystko. Niedługo miała być wypłata. Zostawiłem sobie ze 2-3 stówki i jazda. Zapomniałem, coś tam kupiłem pewnie w Lidlu, a potem chciałem sobie wyjść na miasto po kebsa i wypić piwko.
Wypłaty jeszcze nie było. Problem w tym, że kasy na koncie też nie. Zostało mi dokładnie 10,74 zł. Wtopa. Zadzwoniłem nawet po prośbie do dziewczyny opowiadając sytuację. Dostałem zjebę, że jestem nieodpowiedzialny i blika nie było, a do wypłaty jeszcze trochę czasu.
Ostatecznie musiałem sprzedać jedną spółkę na stracie, poczekać i przelać kasę na zwykłe konto.
Dziura w moim budżecie domowym, za którą zapłaciłem szybką i głupią stratą na jednej pozycji. Akcje to dobre miejsce na pieniądze, które mogą poczekać, i fatalne na pieniądze, których możecie potrzebować w przyszłym miesiącu. W krótkim terminie kurs potrafi zrobić wszystko. Jeśli sprzedajecie wtedy, kiedy musicie, a nie wtedy, kiedy chcecie, to strata na papierze zamienia się w prawdziwą.
Patrzcie, jak często S&P 500 był pod kreską w zależności od tego, jak długo trzymaliście akcje. Po miesiącu zdarzało się to w ponad jednej trzeciej przypadków, a po dziesięciu latach już tylko w 7%.
Rozwiązanie jest proste. Miejcie trochę gotówki na nieprzewidziane wydatki. Kebab jest o tyle śmieszny, że trudno go nazwać nieprzewidzianym, ale możecie być w podobnej sytuacji, jak zepsuje Wam się pralka albo samochód.
Stop loss w środku paniki
Proszę bardzo lecimy dalej. Diss na Cymcola trwa w najlepsze. Kiedyś ustawiałem Stop Lossy. Zlecenia, które mają Cię “chronić”. Ta…
Na szczęście już tego gówna od dawna nie używam. W tradingu to jeszcze jak cie mogę, ale w inwestowaniu długoterminowym? Najgłupsze, co można zrobić. Zlecenie, które automatycznie sprzedaje akcje, kiedy kurs spadnie do określonego poziomu. Teoretycznie brzmi fajnie, bo ogranicza stratę i odcina emocje. Tyle że stop lossy działają często w najgorszym możliwym momencie. Rynek otworzył się z luką w samym środku paniki, zlecenie sprzedało akcje blisko dna, a potem spółka zaczęła odbijać. To nie był mój pierwszy taki przypadek zresztą
KGHM, który wtedy trzymałem, otworzył się prawie 12% niżej niż dzień wcześniej, po 57 złotych. Stop lossy ustawione gdzieś po drodze wykonywały się w okolicach tej ceny, a część jeszcze niżej. Tymczasem jeszcze na koniec tego samego dnia spółka traciła już tylko nieco ponad 4%, a trzy sesje później kosztowała więcej niż przed całym spadkiem. Na wykresie widzicie, jak wyglądały te dni. Bolało. Nawet nie zdążyłem ogarnąć, co się odwaliło, bo nie śledziłem rynku non stop.
Kto te akcje kupił od przegrywów ze stop lossem? Zwykle ktoś, kto już rano miał przygotowane zlecenia kupna dużo poniżej rynku i tylko czekał, aż panika po Brexicie mu je dowiezie.
Ja od tamtej pory nie używam stop lossa cenowego. Pilnuję za to wielkości pozycji, żeby żaden spadek nie zmuszał mnie do sprzedaży, i sprzedaję wtedy, kiedy zmienia się coś w samej spółce, a nie tylko kurs akcji. Nie twierdzę, że stop loss to zło, bo dla tradera na płynnym rynku to podstawowe narzędzie. Trzeba tylko wiedzieć, że przy luce działa zupełnie inaczej, niż obiecuje jego nazwa.
Za każdym razem wyciągał mi pieniądze w sumie jeden mechanizm. Płynność. Nie ta z podręcznika, o tym, ile akcji się handluje. Ta prawdziwa: czy w momencie, w którym MUSICIE coś zrobić i rynek pozwoli Wam to zrobić po cenie, którą znacie.
Przy kontraktach musiałem dopłacić i nie miałem z czego, bo cała płynność rachunku siedziała w depozycie. Przy Wojasie musiałem sprzedać i nie miałem komu, bo cała płynność spółki to było sześć akcji dziennie. Przy kebabie musiałem zapłacić i nie miałem czym, bo cała moja własna płynność siedziała w akcjach, a przy KGHM nie musiałem nic, zlecenie zrobiło to za mnie, w jedynym momencie, w którym płynności rynku nie było, i sprzedało moje akcje temu, kto na brak płynności czekał. Giełda nie karze za złą decyzję. Giełda karze za PRZYMUS. Za każdą sytuację, w której nie Wy wybieracie moment transakcji, tylko moment wybiera Was.








