Wstęp
W każdej transakcji na giełdzie jest ktoś, kto wie więcej od Was. Broker, który dzwoni z „okazją”, wie, że sprzedaje śmieć. Prezes, który chce odkupić własną firmę, wie, ile jest naprawdę warta. Bank, który sprzedaje Wam papiery z dyskontem, wie, że jutro będą nic niewarte. Rodzina, która kontroluje spółkę, wie, co jest w umowach kredytowych, zanim Wy zobaczycie raport.
Jakiś czas temu zjechałem tu cztery „klasyki” literatury inwestycyjnej. Dziś odwrotnie i nie o książkach. Cztery filmy i jeden serial, które pokazują prawdziwe mechanizmy rynku finansowego lepiej niż większość podręczników, bo widać w nich różne miejsca rynku. Perspektywę ofiary, akcjonariusza, człowieka w środku, insidera w rodzinnej wojnie i na końcu kogoś, kto wygrywa.
Będą spoilery, ale w granicach rozsądku. Nie zepsuje Wam to wieczoru.
5 filmów o finansach, które uczą więcej niż niejedna książka!
Jak dobrałem tytuły? Kolejność nie jest rankingiem. W każdym kolejnym filmie patrzycie na rynek z innego miejsca. Najpierw jako ofiara scamu, potem akcjonariusz, którym gra własny zarząd, potem człowiek w środku systemu finansowego, potem insider w rodzinnej wojnie o władzę w firmie, a na końcu ktoś, kto na tym rynku naprawdę wygrywa dzięki nowatorskiej metodzie. Zaczynamy od samego dołu piramidy żywieniowej, czyli od ofiary scamu.
Uwaga – będą spoilery, ale w granicach rozsądku!
Boiler Room (2000) – jak działa scam inwestycyjny?
Film numer jeden to „Boiler Room” z 2000 roku, w Polsce wypuszczony pod tytułem „Ryzyko”.
Dziewiętnastolatek rzuca studia i prowadzi nielegalne kasyno w mieszkaniu. Ojciec, sędzia federalny, się go wstydzi. Chłopak chce udowodnić, że potrafi zarabiać uczciwie i trafia do firmy brokerskiej na Long Island, godzinę drogi od Wall Street, która obiecuje mu milion przed trzydziestką. Praca polega na dzwonieniu do obcych ludzi i sprzedawaniu im przez telefon akcji spółek, które… nie istnieją nigdzie poza słuchawką. Film jest o tym, jak szybko inteligentny, porządny człowiek przestaje zadawać pytania, gdy dostaje pierwszą prowizję. Typowy scam inwestycyjny, jakich kiedyś w Polsce było na pęczki.
Dlaczego warto go obejrzeć? To jedyny film, który pokazuje scam od środka, z perspektywy człowieka, który go sprzedaje, a nie szefa ani ofiary. Reżyser sam poszedł kiedyś na rozmowę o pracę do takiej firmy, zorientował się, w co wchodzi, i przez dwa lata przesłuchiwał brokerów z branży; dialogi ze szkoleń są prawie dosłowne. Dzięki temu dostajecie podręcznik manipulacji napisany przez manipulatorów: jak buduje się presję, jak udaje bogactwo, jak nie daje się klientowi czasu na myślenie. Giełda i akcje są w tym filmie tylko towarem. Równie dobrze mogłyby to być garnki albo kryptowaluta. I właśnie dlatego lekcja jest uniwersalna.
Ten film jest tak naprawdę podręcznikiem sprzedaży, a giełda i akcje są w nim tylko towarem. Wszystko, co słyszycie w słuchawce jako ofiara tego scamu, jest zaprojektowane. Po pierwsze presja czasu, bo okazja jest tylko dziś. Po drugie jest zasada „zachowuj się tak, jakbyś już był bogaty”, którą rekruter wbija nowym pracownikom firmy do głowy. To pokazuje, że ludzie, którzy chcą Wam wcisnąć scam, będą za wszelką cenę udawać, jacy są zarobieni. Znacie to? Rolexy, markowe ubrania i wypożyczone samochody na rolkach z TikToka. Po trzecie reguła ze szkolenia, że opowiadanie nie sprzedaje, sprzedaje domykanie. Klient ma nie mieć czasu na myślenie.
Z filmu wyciągnijcie sobie konkretne sygnały ostrzegawcze inwestycyjnego scamu, które działają do dziś i mogą Was uratować przed nadzianiem się na oszustwo inwestycyjne. Ktoś sam do Was dzwoni albo pisze? Tak się nie sprzedaje normalnych usług inwestycyjnych. Już śmierdzi.
Oczywiście dzisiaj nikt nie wciska już akcji przez telefon. Nie te czasy. Te skończyły się jakieś 10 lat temu, ale sam schemat ma się doskonale. Zmienił się tylko kanał. Dzisiaj scam przychodzi do Polaków przez reklamę w mediach społecznościowych, „doradcę” na Telegramie albo tradera z TikToka, który handluje z grupką znajomych na telefonie i sprzedaje sygnały.
(https://x.com/Guardiola_3/status/2111440556589302154)
Nie przesadzam. Liczba fałszywych platform inwestycyjnych, które CERT Polska blokuje co roku, wzrosła w trzy lata czterdziestokrotnie, do prawie stu tysięcy w 2025 roku.
Jordan Belfort, ten z „Wilka z Wall Street”, twierdził, że „Boiler Room” jest luźno oparty na historii jego firmy. Scorsese nakręcił o nim film trzynaście lat później. Jeżeli więc widzieliście „Wilka”, to „Boiler Room” pokazuje to samo bez przepychu i z perspektywy chłopaka od telefonu, a nie szefa całego przekrętu.
Barbarians at the Gate – wykup RJR Nabisco w 1988 roku
Drugi tytuł to „Barbarians at the Gate”. Jesień 1988. Ross Johnson jest prezesem RJR Nabisco – koncernu, który robi papierosy Camel i ciastka Oreo i ma problem, bo kurs akcji stoi w miejscu, a on wie, że firma jest warta dużo więcej. Wpada więc na pomysł, który wtedy był rewolucją. Sam, z garstką menedżerów i cudzym kapitałem, odkupi spółkę od akcjonariuszy, a potem zarobi na tym, co ukrywał.
Tyle że o pomyśle dowiaduje się Henry Kravis z funduszu KKR i zaczyna się najdroższa licytacja w historii Wall Street, w której dwóch kupujących przebija się o miliardy, dziennikarze drukują wyciekające warunki, a rada nadzorcza musi wybrać między ofertą za 112 dolarów i ofertą za 109. Wybiera 109. Film jest o tym, dlaczego.
Prawdziwa historia, opowiedziana na podstawie dokumentów – książka, na której oparto film, została napisana przez dwóch dziennikarzy „Wall Street Journal”, którzy relacjonowali tę transakcję na żywo. Pokazuje coś, czego nie zobaczycie w żadnym raporcie: jak wygląda wycena spółki, gdy ustalają ją nie analitycy, tylko ludzie z własnymi pieniędzmi na stole, i jak szybko przestaje mieć cokolwiek wspólnego z tym, ile firma jest warta.
Wykup firmy proponuje jej własny prezes. Człowiek, którego zadaniem przez lata było podnosić wartość spółki, nagle siada po drugiej stronie stołu i ma interes w tym, żeby była jak najtańsza. Jego pierwsza oferta była o czterdzieści procent wyższa od kursu akcji. Czyli sam przyznał, ile wartości leżało na stole za jego kadencji. To się nazywa konflikt interesów i cały ten film jest o tym, co się dzieje, kiedy rada nadzorcza w końcu go zauważy.
Dlaczego 109 wygrało ze 112? Oferta za 109 była w gotówce, a w ofercie prezesa część zapłaty stanowiły papiery bez gwarancji wartości. Cena na papierze była wyższa, ale niepewna. Ale drugi powód był chyba ważniejszy. Do prasy wyciekły warunki, jakie prezes wynegocjował dla siebie i garstki menedżerów.
Praktycznie bez ryzyka własnych pieniędzy mogli zarobić miliardy. Tygodnik „Time” dał go na okładkę z tytułem „Gra w chciwość”, a rada uznała, że człowiek, który chce zarobić na własnych akcjonariuszach, nie jest wiarygodny, nawet jeśli oferuje więcej.
Ważna lekcja dla każdego inwestora: analizując biznes, trzeba przede wszystkim wiedzieć, kto siedzi za sterami. Czasem słaby zarząd może generować ruch na kursie akcji, którego nie da się wyjaśnić, patrząc tylko na aktualne wyniki finansowe.
Drugą i najważniejszą lekcją jest klątwa zwycięzcy. Fundusz, który wygrał z prezesem licytację, zapłacił za spółkę około dwudziestu pięciu miliardów dolarów. To był największy wykup w historii przez prawie dwadzieścia lat. Okazał się rozczarowaniem. Firma uginała się pod ogromnym długiem, trzeba było wyprzedawać kolejne biznesy, żeby utrzymać się na powierzchni, a ponad dwa tysiące ludzi straciło pracę. Dlatego rynek tak często karze kurs spółki, która za wszelką cenę chce coś przejąć. Świeży przykład to Netflix, kiedy ogłosił przejęcie studia Warner Bros., a jego kurs spadał. W dniu, w którym z przejęcia zrezygnował, urósł o czternaście procent.
Margin Call – ryzyko i kryzys finansowy 2008 roku
Trzeci film to „Margin Call”. Jeden dzień i jedna noc w banku inwestycyjnym na Wall Street, jesień 2008. Rano firma zwalnia szefa działu ryzyka; w drodze do windy wręcza on młodemu analitykowi pendrive’a ze słowami „uważaj”. Wieczorem analityk dokańcza obliczenia i odkrywa, że bank siedzi na pakiecie kredytów hipotecznych, których wartość spada szybciej, niż ktokolwiek zakładał, i że przy dźwigni finansowej, jaką ma firma, wystarczy jeszcze kilka procent spadku, żeby strata była większa niż cała spółka. Do rana zarząd musi zdecydować, co zrobić z aktywami, o których wie, że są bezwartościowe. Klienci jeszcze nie. Bank nie ma nazwy, ale każdy, kto śledził kryzys finansowy 2008 roku, pozna w nim Goldman Sachs, który z toksycznych papierów wyszedł pierwszy i dlatego przetrwał.
To jeden z najbardziej realistycznych filmów o Wall Street, jakie powstały. Nie ma w nim złoczyńców, kokainy ani jachtów. Jest kilkanaście osób w salach konferencyjnych, które przez noc rozmawiają o cyferkach, gdy już wiadomo, że wszystko walnie. Scenariusz napisał syn bankiera inwestycyjnego, zdjęcia trwały siedemnaście dni, budżet wyniósł trzy i pół miliona dolarów, a skończyło się nominacją do Oscara. Nikt tu nie jest zły. Wszyscy są racjonalni i to jest dla wielu osób najstraszniejsze, bo pokazuje, że kryzys 2008 nie wziął się z oszustwa, tylko z tego, że każdy przy stole podjął decyzję najlepszą dla siebie.
Nauczycie się z niego kilku rzeczy. Ryzyko, którego nie umiecie wytłumaczyć dziecku, to ryzyko, którego nie rozumiecie. Jest taka scena, gdzie analityk próbuje coś wyjaśnić prezesowi, a prezes mówi: „mów do mnie jak do małego dziecka, albo do golden retrievera”. Nie dlatego, że jest głupi. Po prostu nikt w firmie, od stażysty po zarząd, nie rozumiał długo ryzyka, na którym siedzieli od lat.
Druga lekcja to lewar, czyli dźwignia finansowa. Przy dźwigni, jaką miał bank, wystarczył spadek tych toksycznych papierów o kilka procent, żeby strata przekroczyła wartość całej firmy. Jak duży był ten lewar naprawdę? W 2007 roku banki inwestycyjne z Wall Street miały po trzydzieści dolarów aktywów na każdego dolara własnego kapitału. Spadek wartości aktywów o trzy procent kasował cały kapitał. Jeżeli kiedykolwiek graliście z dźwignią na kontraktach terminowych lub CFD, znacie tę arytmetykę z własnego rachunku.
Trzecia mieści się w jednym zdaniu prezesa banku, które pada w filmie. „W tym biznesie są trzy sposoby na życie: być pierwszym, być mądrzejszym albo oszukiwać. Nie jestem oszustem, nie jestem aż tak mądry, więc zostaje bycie pierwszym”.
Plan banku to sprzedać wszystko w jedną sesję, zanim kupujący zorientują się, co kupują. Kiedy najlepszy gracz na rynku nagle sprzedaje Wam coś z dyskontem i w pośpiechu, to trzeba się dwa razy zastanowić, czemu to robi. Prawdziwy Lehman, który sprzedał za późno, w dziewiętnaście miesięcy spadł z 86 dolarów za akcję do 21 centów.
Sukcesja HBO – walka o kontrolę nad firmą
Czwarty tytuł to serial i pozycja, przy której fabuły Wam nie zdradzę, bo lepiej nie wiedzieć. „Sukcesja” HBO, cztery sezony, trzy razy nagroda Emmy za najlepszy serial dramatyczny.
Logan Roy ma osiemdziesiąt lat, koncern medialny wart dziesiątki miliardów – telewizja, gazety, parki rozrywki – i kilkoro dzieci, z których każde chce go zastąpić, a żadne nie wie, czy ojciec tego chce. On sam mówi każdemu z nich coś innego, zależnie od dnia. Przez cztery sezony oglądacie, jak rodzeństwo zawiera sojusze i je zrywa, jak fundusze i banki ustawiają się za jednym albo drugim, jak zarząd zamiast prowadzić firmę prowadzi wojnę i jak kurs akcji staje się bronią w rodzinnej kłótni. HBO, cztery sezony, trzy razy Emmy za najlepszy serial dramatyczny. Fabuły nie zdradzę, bo warto nie wiedzieć.
Dobrze pokazuje, z jakimi problemami trzeba walczyć, prowadząc taki biznes, jak przekonywać do swojej racji pozostałych akcjonariuszy i fundusze, jak radzić sobie z zadłużeniem i jak sztucznie pompować kurs akcji, żeby nie aktywować negatywnych warunków zapisanych w umowach z bankami.
Tym lepiej się ogląda teraz, wiedząc, że na GPW znajdziemy niemal idealny odpowiednik całego serialu. W spółce Cyfrowy Polsat też odgrywała się podobna telenowela, gdzie Zygmunt Solorz i trójka jego dzieci walczyli o władzę w Cyfrowym Polsacie i spółkach zależnych.
W 2024 roku Zygmunt Solorz, siedemdziesięciolatek z nową żoną, próbował przepisać kontrolę nad imperium wartym miliardy, a gdy troje jego dzieci dowiedziało się o tym, odpowiedziało fundacją w Liechtensteinie, zmianami w zarządach, sądami i listami otwartymi. Przez rok nikt nie wiedział, kto rządzi Cyfrowym Polsatem, a kurs akcji pokazywał, że nikt tego nie wie.
Pierwsza lekcja z tego serialu jest taka, że struktura właścicielska ma KOLOSALNE znaczenie. W tym serialu o losie spółki wartej dziesiątki miliardów dolarów nie decyduje to, kto jest lepszym menedżerem. Decyduje, kto ma ile głosów w rodzinnym funduszu, jakie klauzule są w umowie kredytowej i kto komu co obiecał na kolacji. Duży konglomerat często jest bardziej polityką niż biznesem.
Założyciel, który nie potrafi odejść i nie przygotował sukcesji w firmie zawczasu, to prosta zapowiedź kłopotów. Po pierwsze dlatego, że akcjonariusze wystraszą się chaosu i zaczną wyprzedawać akcje. Po drugie dlatego, że zarząd zamiast skupić się na prowadzeniu firmy, jest skupiony na walce o władzę.
Nie chodzi o to, żeby takich spółek unikać, ale trzeba wiedzieć, co się kupuje. Trzy pytania przed zakupem akcji spółki z dominującym założycielem: czy ma jawnego następcę, czy ma fundację rodzinną z ustalonymi zasadami i czy w umowach kredytowych są klauzule, które uruchamia zmiana kontroli.
Dlatego sprawdźcie, kto kontroluje spółkę i co się stanie, kiedy ten ktoś zachoruje, umrze albo pokłóci się z rodziną. Dziś to pytanie nie jest błahe, bo pokolenie polskich założycieli z lat dziewięćdziesiątych ma po sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Na wykresie macie jedenastu z nich. Pięciu skończyło już sześćdziesiąt pięć, a to samo pytanie czeka wiele spółek z GPW.
Moneyball – statystyka i wycena aktywów
Ostatni na liście jest „Moneyball”. Sezon 2002. Billy Beane jest dyrektorem sportowym Oakland Athletics, klubu baseballowego z jednym z najniższych budżetów w lidze, który właśnie stracił trzech najlepszych zawodników, bo bogatsze kluby zapłaciły im więcej. Ma trzy razy mniej pieniędzy niż Yankees i to samo zadanie: wygrywać. Zamiast słuchać skautów, którzy od stu lat oceniają zawodników na oko, zatrudnia dwudziestopięciolatka z dyplomem z ekonomii, który nigdy nie grał w baseball, i razem budują drużynę z graczy, których nikt nie chciał, bo wyglądali źle, a statystycznie grali dobrze. Nie trzeba znać baseballu, bo to film o wycenie aktywów, a baseball jest tylko dekoracją.
To jedyny film na dzisiejszej liście, w którym bohater nie ma żadnej informacji, której nie mają inni, i gra według zasad. Film nie kręci się dookoła giełdy, ale można z tego wyciągnąć masę lekcji na rynek, bo giełda to dokładnie wycena aktywów i statystyka. Nic więcej.
Cztery poprzednie historie były o ludziach, którzy wiedzieli więcej: broker, prezes, bank, rodzina. Beane wie dokładnie tyle, co wszyscy skauci w lidze. Różnica polega na tym, że on czyta dane, które leżą w gazetach od trzydziestu lat, a oni patrzą na to, co ładnie wygląda na boisku. To jest film o jedynej przewadze na rynku, która jest dostępna dla każdego, i o tym, co się z nią dzieje, gdy wszyscy ją odkryją.
Cała branża przepłacała za efektowne akcje i na boisku, a Beane kupował zawodników, których inni uznali za wybrakowanych. Za starych, za wolnych, z dziwnym stylem gry. Tanich z powodów, które nie miały wpływu na ostateczny wynik.
Efekt widzicie na wykresie. To wszystkie trzydzieści drużyn z sezonu 2002, budżet na osi poziomej, wygrane na pionowej. Oakland jest w lewym górnym rogu, zupełnie samo. Sto trzy zwycięstwa, tyle samo co Yankees, za jedną trzecią pieniędzy.
Rynek na giełdzie często źle wycenia to, co źle wygląda. Spółki nudne, w niemodnych branżach, bez dobrej historii do opowiedzenia, bywają tanie z powodów, które nie mają nic wspólnego z tym, ile gotówki generują, a to, co ładnie wygląda i ma świetną historię, bywa drogie z tego samego powodu.
Dwa lata później inna drużyna, Boston Red Sox, skopiowała metodę Beane’a i zdobyła mistrzostwo, pierwsze od 1918 roku. Sam Beane tytułu nie zdobył nigdy. Dziś z kolei dział analityki danych ma każdy klub w każdej dużej lidze, więc przewaga Oakland zniknęła. Znacie to? Jest wiele prostych metod inwestycyjnych, które mogą wydawać się na początku skuteczne, ale jeśli wszyscy zaczynają je stosować, ich przewaga znika.
Zauważyliście, kim jesteście w tych filmach? Brokerem z Long Island, prezesem przy stole, bankierem nocą, miliarderami. Realnie na rynku jesteście zawsze po drugiej stronie. Tym, do kogo dzwonią naganiacze, akcjonariuszem, którego prezes chce odkupić poniżej wartości, klientem, który następnego ranka kupuje papiery, których bank się pozbył w nocy, akcjonariuszem mniejszościowym, o którym przy kolacji nikt nie wspomina.
Tylko Beane jest jedynym bohaterem, w którego rolę naprawdę możecie wejść, bo nie potrzebował niczego, do czego nie macie dostępu. Myślał i był cierpliwy. Myślcie i bądźcie cierpliwi, a poradzicie sobie na rynku.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk








