Kupuję najgorszy sektor na giełdzie w USA. Co widzę, czego rynek nie widzi?
Są takie momenty na rynku, które wyglądają kompletnie niewinnie… a potem okazują się początkiem czegoś dużo większego. Coś takiego dzieje się właśnie w miejscu, na które mało kto dziś patrzy.
Nie technologia. Nie AI. Nie krypto.
Banki.
Amerykański sektor finansowy, czyli ten najbardziej „nudny” fragment rynku, zaczyna wyraźnie odstawać od reszty. Największe instytucje świata tracą po kilkanaście procent, a cały sektor od miesięcy przegrywa z szerokim rynkiem. To jest dokładnie ten moment, który najbardziej lubię.
Bo rynek albo właśnie popełnia błąd… albo zaczyna wyceniać coś, czego większość jeszcze jeszcze nie widzi.
Ja w takiej sytuacji nie tylko patrzę, ale też działam. Dlatego do mojego portfela wpadły ostatnio banki. Konkretnie JPMorgan.
Amerykański sektor finansowy właśnie zaliczył jedną z bardziej wyraźnych korekt w ostatnich miesiącach. ETF XLF, czyli szeroki koszyk największych instytucji finansowych w USA, takich jak JPMorgan, Citigroup, Mastercard czy Bank of America, spadł od szczytu o około 14%. Goldman Sachs stracił w podobnym czasie nawet około 20%.

Być może nie brzmi to dramatycznie, ale to nie są spółki technologiczne, które potrafią rosnąć i spadać po kilkanaście procent w jeden dzień bez wyraźnego powodu. To finansowe molochy, których zmienność jest z natury niższa i też po to są do portfela dodawane. Dla przykładu Visa ma betę na poziomie około 0,8, czyli statystycznie powinna poruszać się spokojniej niż szeroki rynek.
Dlatego właśnie taki ruch ma znaczenie. Jeśli w sektorze, który z założenia jest „nudny” i stabilny, pojawia się kilkunastoprocentowa przecena, to znaczy, że rynek chyba zaczyna wyceniać coś poważniejszego, prawda?
Kupuję najgorszy sektor na giełdzie w USA. Co widzę, czego rynek nie widzi?
- 250 EUR bonusu na start
- Najnowsze wydanie StockScan – całkowicie za darmo
Dlaczego sektor finansowy w USA zaczął tracić

Jeśli spojrzymy głębiej, to powodów do strachu nie zabraknie. Regulacje, które mogą uderzyć w zyski banków. Nowe technologie, które mają zabić duopol Visa i Mastercard. Do tego dochodzi geopolityka, drożejąca ropa i ryzyko stagflacji.
Z drugiej strony… mamy szereg danych, które wprost krzyczą do mnie „KUP, KUP, KUP!!!”. No więc… kupiłem. Dlaczego? Już wyjaśniam.
Spadki od szczytów, którymi zacząłem materiał, to tylko część historii słabości całego sektora. ETF na sektor finansowy zachowywał się słabiej od szerokiego rynku już od dłuższego czasu. W okresie ostatnich 12 miesięcy, kiedy S&P 500 dał zarobić prawie 19%, ETF na sektor finansowy XLF urósł o marne 3%, a jego cena odkleiła się od szerokiego rynku już w zeszłym roku.

Co stoi za tą słabością? Pierwszy i najmocniejszy impuls spadkowy pojawił się w połowie stycznia i miał bardzo konkretny charakter. To nie był tylko ogólny strach, ale realna propozycja legislacyjna. W USA zaczęto poważnie mówić o wprowadzeniu limitu oprocentowania kart kredytowych na poziomie 10%.
Żeby zrozumieć skalę problemu, trzeba najpierw wiedzieć, na czym banki faktycznie zarabiają w tym segmencie. Karta kredytowa to nie tylko wygoda dla klienta. To przede wszystkim bardzo dochodowy produkt dla banku. W 2025 roku średnie oprocentowanie takich kart w USA przekraczało 20%. Bank zarabiał wysokie odsetki od klientów, którzy nie spłacają całości zadłużenia na koniec miesiąca.

Jeśli nagle ustawowo obcinasz ten poziom do 10%, to praktycznie przecinasz przychody z tego źródła o połowę. W finansach taki ruch bezpośrednio uderza w tzw. NII, czyli dochód odsetkowy netto. Jeden z najważniejszych elementów wyników banków.
Efekt nie zatrzymał się tylko na samych bankach. Rynek automatycznie przeniósł ten strach na Visę i Mastercard. Te firmy co prawda nie udzielają kredytów, ale żyją z wolumenu transakcji. Jeśli banki zaczną ograniczać akcję kredytową, programy lojalnościowe czy marketing kart, to mniej ludzi będzie z nich korzystać, a to oznacza mniej transakcji i niższe przychody dla operatorów płatności.
Dlatego reakcja rynku była szybka i nerwowa w całym sektorze finansowym oraz w większości największych spółek z funduszu ETF XLF. Trump ogłosił swój pomysł 9 stycznia, w piątek po sesji giełdowej, czyli tak jak ma w zwyczaju robić z różnymi niespodziankami. To był impuls, który zapoczątkował całą korektę w sektorze.

Zwracam jednak uwagę, że jeszcze tych limitów nie wprowadzono. Na razie to jedynie propozycje administracji Trumpa, a jak wiemy, już z niejednej swojej propozycji Trump szybko się wycofywał.
AI, Agentic Commerce i zagrożenie dla Visa oraz Mastercard
Drugi czynnik jest mniej oczywisty, ale potencjalnie dużo bardziej niebezpieczny w dłuższym terminie. Chodzi o tzw. Agentic Commerce, czyli sytuację, w której to nie człowiek, tylko system AI dokonuje zakupów w jego imieniu.
Brzmi futurystycznie, ale to już się dzieje. Wyobraź sobie, że masz asystenta AI, który sam zamawia zakupy. Taki agent nie ma przywiązania do konkretnej metody płatności. Nie obchodzi go, czy płacisz kartą Visy, Mastercard czy czymkolwiek innym. Jego jedynym celem jest znalezienie najtańszej i najbardziej efektywnej ścieżki transakcji.
Tu pojawia się problem dla Visy i Mastercard. Ich model biznesowy opiera się na tzw. „szynach płatniczych”, czyli infrastrukturze, przez którą przechodzą transakcje kartowe. Za każde takie przejście pobierana jest prowizja. Jeśli jednak AI zaczyna omijać te szyny i kierować płatności bezpośrednio z konta na konto, czyli w modelu A2A, albo przez stablecoiny czy inne nowoczesne metody, to te prowizje zaczynają znikać.
Dla pojedynczego użytkownika to nie robi różnicy, ale w skali całego systemu finansowego to ogromna zmiana. Jeśli miliardy transakcji przestaną przechodzić przez Visę i Mastercard, to ich przychody z dnia na dzień zaczną być pod presją.
To oczywiście tylko jeden z wielu scenariuszy tego, jak AI się rozwinie, i wcale nie jest przesądzony, ale sam fakt podniesionej niepewności skłania rynek do tego, żeby zaczął wyceniać daną firmę trochę niżej, bo musi w wycenie uwzględnić pewne dyskonto związane z potencjalnym ryzykiem.
Ten czynnik zaczął oddziaływać na wyobraźnię inwestorów już w pierwszej połowie ubiegłego roku i od tamtego czasu ceny akcji obu pośredników płatności znajdują się w korekcie. Słabszy sentyment do całego sektora tylko pogorszył sytuację tych dwóch spółek.

Fintechy, stablecoiny i presja na tradycyjne banki
Kolejny problem to narastający konflikt z fintechami oraz rosnąca rola stablecoinów w systemie finansowym.
Banki działają, w dużym uproszczeniu, tak, że zbierają depozyty od klientów i wykorzystują je jako tanie źródło zabezpieczenia oraz pokrycia wymogów kapitałowych. Następnie kreują nowe pieniądze i pożyczają je dalej w formie kredytów z wyższym oprocentowaniem. Różnica między oprocentowaniem depozytów i kredytów ma wpływ na ostateczny zysk banku.
Problem polega na tym, że fintechy zaczynają oferować bardzo podobne usługi, ale bez całego ciężaru regulacyjnego. Banki muszą spełniać rygorystyczne wymogi kapitałowe, raportowe i nadzorcze. Fintechy często działają na znacznie luźniejszych zasadach. To tworzy sytuację, w której tradycyjni gracze są mniej elastyczni i drożsi w operowaniu.
Jeszcze większym wyzwaniem są stablecoiny. Emitenci stablecoinów oferują w USA coś na wzór lokaty, czyli oprocentowanie za trzymanie swoich oszczędności w cyfrowych dolarach. Jeśli użytkownik zaczyna trzymać środki poza systemem bankowym, na przykład w cyfrowym dolarze emitowanym przez prywatną firmę, to bank traci depozyt. A depozyt to dla banku paliwo, bo umożliwia mu akcję kredytową. Ten problem jest o tyle poważny, że największe banki w USA mają tak silną pozycję, że oprocentowanie depozytów jest u nich śmiesznie niskie, często w okolicy 0,1%. Stablecoin, który zaoferuje 2% w skali roku, to wręcz oferta nie do odrzucenia.
Tylko czy aby na pewno? Przecież już dziś na rynku są mniejsze banki, które oferują wyższe oprocentowanie od gigantów branży i jakoś nie zdysruptowały molochów finansowych ani nie zmusiły ich do podniesienia oprocentowania, więc pytanie brzmi, czemu stablecoiny miałyby to zrobić, skoro są jeszcze bardziej egzotyczne niż po prostu mniej znany bank.
Jasne, stablecoiny zmieniają małymi krokami cały ekosystem finansów i jest to jakieś ryzyko dla banków, ale one nie stoją z boku i nie patrzą na wszystko biernie.
JPMorgan jest liderem w tym obszarze. Ich platforma, przemianowana niedawno na Kinexys, obsługuje miliardy dolarów dziennych transakcji. To system tokenizowanych depozytów, który działa jak programowalny stablecoin dla klientów instytucjonalnych. Ich zastosowanie to natychmiastowe rozliczenia transgraniczne 24/7, zarządzanie płynnością wewnątrz korporacji oraz zautomatyzowane płatności warunkowe, czyli smart kontrakty.
Wells Fargo też tu jest. To jedna z najświeższych nowości z początku 2026 roku. Wells Fargo złożyło wniosek o znak towarowy dla swojego własnego stablecoina. Prezes Bank of America wielokrotnie podkreślał, że bank jest gotowy na emisję własnego tokena, gdy tylko prawo będzie jasne. I tak dalej, i tak dalej.
Rynek widzi same nowe zagrożenia, ale często każde z nich ma drugie dno. Do tego podochodziły jeszcze strachy związane z rynkiem private credit i powracające głosy o stagflacji po tym, jak USA zaatakowały Iran, a ropa przebiła poziom 90 USD za baryłkę.

Droga ropa, stagflacja i obawy o amerykańskiego konsumenta
Na pierwszy rzut oka to wygląda jak problem dla sektora energetycznego albo transportu, ale w praktyce uderza to dużo szerzej, a przede wszystkim w konsumenta. Droższe paliwo nie tylko mocno uderza w portfel konsumenta, ale oznacza też wyższe ceny praktycznie wszystkiego. Transport, produkcja, żywność. Cały koszyk kosztów idzie w górę, kiedy ceny ropy rosną na stałe.
Stagflacja to sytuacja, w której masz jednocześnie wysoką inflację i słaby wzrost gospodarczy. Normalnie jedno równoważy drugie. Rynek obawia się, że teraz tak nie będzie.
Dla banków to potencjalnie bardzo niewygodne środowisko. Z jednej strony klienci są pod presją kosztową, więc rośnie ryzyko, że przestaną spłacać kredyty na czas. Z drugiej strony gospodarka zwalnia, więc popyt na nowe kredyty też spada.
Efekt jest więc podwójnie negatywny. Masz więcej problemów ze starymi pożyczkami i jednocześnie mniej nowych, na których możesz zarabiać.
Dlatego skok cen ropy nie jest tylko ciekawostką z rynku surowców, ale realnym zagrożeniem dla wyników banków, a obawy o słabego konsumenta i podwyższoną inflację zaczęły się już na początku lutego, a nie dopiero w momencie wybuchu wojny w Iranie.
10 lutego dostaliśmy odczyt sprzedaży detalicznej, który był poniżej prognoz i podsycił obawy o siłę konsumenta. Do tego kolejny odczyt inflacji był lekko powyżej prognoz.

Tylko że – ponownie – dane nie potwierdzają żadnego recesyjnego środowiska. Średnia krocząca z rynku pracy w USA pokazuje, że jesteśmy w świecie idealnie zbalansowanym.
Krzywa dochodowości i presja na marże banków

Mało problemów? To proszę kolejne. Wypłaszczenie krzywej dochodowości. Bank zarabia na różnicy między tym, ile płaci za pieniądz, a ile na nim zarabia.
Normalnie jest tak, że im dłuższy okres, tym wyższe oprocentowanie. Obligacje 10-letnie dają wyższe oprocentowanie niż 2-letnie. To naturalne, bo inwestor bierze na siebie większe ryzyko czasu, więc chce za to wyższą nagrodę. Jest większa szansa, że emitent zbankrutuje albo coś „odwali” w przeciągu 10 lat niż 2 lat.
Problem dla banków zaczyna się wtedy, gdy ta różnica zaczyna się zacierać. Rentowności krótkoterminowe rosną szybciej niż długoterminowe i krzywa się wypłaszcza. Czyli mamy do czynienia z sytuacją, kiedy różnica między oprocentowaniem krótkoterminowych i długoterminowych obligacji się zawęża.
Dla banku to czysta matematyka. Jeśli koszt krótkoterminowego finansowania rośnie, a oprocentowanie długoterminowych kredytów nie rośnie albo rośnie słabiej, to marża zaczyna się kurczyć. Bank zarabia głównie na kredytach długoterminowych i łata swoje finansowanie pożyczkami krótkoterminowymi. Dlatego zależy mu na możliwie stromej krzywej dochodowości.
Jak widzimy na wykresie, rentowności obligacji dwuletnich mocno podskoczyły w stosunku do rentowności 10- czy 20-letnich.

Krótki koniec, czyli obligacje 2-letnie, gwałtownie rośnie, bo po szoku paliwowym na rynku ropy rynek wierzy, że Fed utrzyma wysokie stopy na dłużej.
Jednocześnie długi koniec, czyli 10-letni, rośnie wolniej. Inwestorzy, węsząc nadchodzącą recesję, która może wybuchnąć w dłuższym terminie, spowodowaną słabością konsumenta w reakcji na szok inflacyjny, robią dwie rzeczy. W efekcie po pierwsze szukają bezpiecznych przystani i znajdują je właśnie w obligacjach 10-letnich, co podbija ich ceny i obniża rentowność, a po drugie dyskontują przyszłe obniżki stóp, które mogą być reakcją na recesję.
Tylko że… ponownie – indeks stresu finansowego nie pokazuje obecnie żadnego realnego problemu ani tego, że system finansowy w USA wchodzi w jakiś ścisk. W ciągu ostatnich 5 lat wiele razy było dużo gorzej niż obecnie pod tym względem.

Wyceny sektora i relacja ryzyka do ceny
Wszystko to, o czym mówiłem wcześniej, doprowadziło do sytuacji, w której sektor finansowy jest obecnie po prostu niedrogi, szczególnie w porównaniu z innymi sektorami na rynku.
Na ten moment wskaźnik C/Z dla sektora finansowego jest najniższy spośród wszystkich głównych sektorów w S&P 500. Znajduje się nawet poniżej swojej 5-letniej średniej.
C/Z dla sektora finansowego wynosi dziś około 14,4. Dla porównania cały indeks S&P 500 jest wyceniany na poziomie 21x.

Sektor finansowy w ujęciu relatywnym do swojej historii jest dziś jednym z najtańszych na całym rynku.

W jednym z raportów od FactSet zauważymy też ciekawy wykres porównujący zmianę ceny danego sektora do jego zmiany EPS, czyli zysku na akcję. Na osi X mamy zmianę ceny, im bardziej na lewo, tym większy spadek ceny akcji od początku roku, a na osi Y mamy prognozowaną zmianę zysku na akcję w następnym roku.
Sektor finansowy dostał najsilniejszą korektę od początku roku, a jednocześnie prognozowana zmiana zysku wcale nie wygląda tu źle. Jeśli połączymy to z niską wyceną, to wygląda już jak całkiem sympatyczna okazja inwestycyjna.

Tanie wyceny i sygnały od insiderów
Również sami insiderzy z różnych firm z sektora finansowego dają nam sygnały, że akcje spółek są według nich atrakcyjnie wycenione.
Wykres, który teraz widzicie, przedstawia 3-tygodniową zmianę aktywności zakupowej kadry zarządzającej wewnątrz sektora finansowego, czyli XLF, w latach 2010–2026. Linia obrazuje dynamikę nastrojów osób najlepiej poinformowanych o kondycji swoich firm.
Czerwona strzałka wskazuje na gwałtowny, niedawny skok aktywności na początku 2026 roku. Wskaźnik przebił barierę 10 punktów, czyli niebieską linię, co zdarza się rzadko. Historycznie takie „zrywy” kupujących często sugerują, że zarząd i ludzie z branży uważają akcje za niedowartościowane lub spodziewają się pozytywnych katalizatorów. To silny sygnał optymizmu w sektorze bankowym, który ostatnim razem widzieliśmy w trakcie bessy z 2022 roku.

Wiemy więc, że w sektorze finansowym jest relatywnie tanio, a insiderzy kupują. Sektor bankowy to jedna z najsilniejszych grup lobbingowych w Stanach. Naprawdę nie tak prosto będzie przeforsować regulacje, które odetną im część zysków.
Ich główny argument przeciwko limitowi 10% oprocentowania jest prosty. Jeśli wprowadzisz sztywny limit oprocentowania, to banki przestaną oferować karty kredytowe klientom o niższej zdolności kredytowej. Bo przy 10% taki klient przestaje być opłacalny. Efekt? Wykluczenie finansowe części społeczeństwa. To jest argument, który politycznie bardzo trudno zignorować.
Listopad 2026 roku to w USA wybory midterm. Tego typu propozycje, które rynek zaczął dyskontować, mają charakter bardziej retoryczny niż realny do wprowadzenia. Dobrze brzmią w kampanii, a po wyborach tracą impet albo są rozwadniane do poziomu, który niewiele zmienia.
Sektor bankowy ma duże pole manewru. Może podnieść inne opłaty, zmienić strukturę produktów, wprowadzić dodatkowe prowizje. Stracony dochód w jednym miejscu często da się odzyskać w innym, a ostateczny kształt regulacji może mieć wiele wyjątków i wykluczeń, które finalnie nic nie zmienią, ale sprawią, że Trump lub inny polityk będzie mógł odtrąbić sukces.
Dlatego sugeruję patrzeć na ten temat chłodniej. Rynek widzi ryzyko, ale nie traktuje go jako scenariusza, który automatycznie rozwali model biznesowy banków.
Rynek widzi problemy, ja widzę dyskonto
Właśnie tak wygląda dziś, moi drodzy, sektor finansowy. Z jednej strony masz całą listę ryzyk, które brzmią bardzo poważnie: regulacje, AI, fintechy, stagflacja, krzywa dochodowości.
Z drugiej strony masz twarde dane: niskie wyceny, stabilne fundamenty i insiderów, którzy kupują.
Rynek widzi problemy. Ja widzę dyskonto. I dlatego zdecydowałem się działać, a nie tylko analizować. Czy mam rację? Tego dziś nie wie nikt, ale wiem jedno: najlepsze okazje bardzo rzadko wyglądają komfortowo w momencie zakupu.
Zawsze pojawia się niepewność. Zawsze jest powód, żeby się bać. I właśnie dlatego są okazjami.
- 250 EUR bonusu na start
- Najnowsze wydanie StockScan – całkowicie za darmo
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk
Materiały DNA Rynków, w szczególności aktualizacje Strategii DNA Rynków, Analizy spółek oraz Analizy sektorów są jedynie materiałem informacyjno-edukacyjnym dla użytku odbiorcy. Materiał ten nie powinien być w szczególności rozumiany jako rekomendacja inwestycyjna w rozumieniu przepisów „Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) nr 2016/958 z dnia 9 marca 2016 r. uzupełniającego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w odniesieniu do regulacyjnych standardów technicznych dotyczących środków technicznych do celów obiektywnej prezentacji rekomendacji inwestycyjnych lub innych informacji rekomendujących lub sugerujących strategię inwestycyjną oraz ujawniania interesów partykularnych lub wskazań konfliktów interesów”. Skorzystanie z materiału jako podstawy lub przesłanki do podjęcia decyzji inwestycyjnej następuje wyłącznie na ryzyko osoby, która taką decyzję podejmuje. Autorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za takie decyzje inwestycyjne. Wszystkie opinie i prognozy przedstawione w tym opracowaniu są wyrazem najlepszej wiedzy i osobistych poglądów autora na moment publikacji i mogą ulec zmianie w późniejszym okresie.