Wstęp
Wyobraźcie sobie prostą sytuację. Wieczorem mówicie telefonowi, że chcecie hotel w Rzymie na długi weekend, blisko centrum i do 200 euro za noc. Rano budzicie się z gotową rezerwacją w skrzynce. Po drodze nie weszliście na Google, nie przeklikaliście dziesięciu linków i nie zobaczyliście ani jednej reklamy.
I właściwie cały ten tekst jest o jednym pytaniu. Ile takich poranków Google może przetrwać, zanim zacznie to realnie boleć jego najważniejszy biznes?
Na webinarze mówiłem, że w świecie agentów konsumenckich to właśnie Google może być największym potencjalnym konkurentem Mety. Jednocześnie Alphabet stoi dziś przed prawdopodobnie najtrudniejszym strategicznym dylematem ze wszystkich Big Techów. Musi sam przebudować sposób, w jaki korzystamy z internetu, wiedząc, że ta zmiana może podgryzać biznes, który od dwóch dekad drukuje mu pieniądze i który był prawdopodobnie jednym z najlepszych biznesów w historii ludzkości. I właśnie ten problem chcę tutaj rozłożyć na części.
Od razu uczciwie zaznaczę też, z jakiej pozycji na to patrzę. Meta jest moją największą pozycją w portfelu. Alphabetu dziś nie mam i na ten moment nie planuję kupować, bo uważam, że rynek nie wycenia jeszcze w pełni części ryzyk, o których będzie ten tekst. Google miałem jednak wcześniej w portfelu nieraz, a shortowanie tak świetnego biznesu nawet nie przyszłoby mi przez sekundę do głowy.
Jestem więc przechylony bardziej w stronę ryzyk, ale bycza strona tej historii dostanie tutaj pełne miejsce, bo jej argumenty są naprawdę mocne. Stawką nie jest przecież jakiś poboczny produkt Google. Stawką jest największa pula zysków w internecie i pytanie, kto ją przejmie, jeśli ludzie zaczną coraz rzadziej wyszukiwać, a coraz częściej po prostu zlecać.








