Wstęp
Meta wchodzi w chmurę, akcje w górę, ale półprzewodniki lecą na łeb. O co tu chodzi?! Dobre pytanie, bo w tym jednym ruchu Mety kryje się jedna z ciekawszych zagadek tego tygodnia. Zuckerberg ogłosił, że być może zacznie sprzedawać moc obliczeniową na zewnątrz, akcje Mety skoczyły o 9%, a jednocześnie CoreWeave i Nebius poleciały kilkanaście procent w dół.
Uwaga, bo ten jeden komunikat da się przeczytać na cztery zupełnie różne sposoby, a każdy z nich mówi coś innego o tym, czy bańka AI zaraz pęknie, czy dopiero się rozkręca. Rozłożę Wam to na kawałki, bo rynek chyba uwierzył w tę najbardziej niepokojącą wersję.
Poza tym w tym FinWeeku: Sam Altman oferujący rządowi USA 5% OpenAI, oświadczenie majątkowe Trumpa na 927 stron, szalony lewarowany ETF z Hongkongu, który sam rusza kursem spółki, upał zjadający produktywność całych gospodarek i chińskie miasta widma, które budzą się do życia. Lecimy.
Meta wywraca rynek akcji, a Trump chce kawałek OpenAI?
Akcje Mety rosną o 9% po wejściu w chmurę AI
Akcje Meta wywaliły sufitem po tym, jak firma Zuckerberga ogłosiła, że pracuje nad biznesem chmurowym. Firma rozważa sprzedawanie nadwyżek mocy obliczeniowej zewnętrznym klientom, zarówno jako dostęp do modeli AI hostowanych na infrastrukturze Mety, podobnie jak działa Bedrock od Amazona, jak i jako surową moc obliczeniową, na wzór neocloudów w stylu CoreWeave.
Rynek zareagował natychmiast. Akcje Mety podskoczyły o 9%, natomiast neocloudy spadły odpowiednio o 14% dla CoreWeave i 17% dla Nebiusa.
Najciekawsze w tym newsie nie jest to, co Meta ogłasza, że może zrobi. Najciekawsze jest to, co ta decyzja mówi o całym rynku AI, chmury obliczeniowej i infrastruktury dla sztucznej inteligencji. Meta była ostatnim dużym Big Tech bez zewnętrznej monetyzacji swoich mocy. Amazon ma AWS, Microsoft Azure, Google ma Google Cloud. SpaceX i Tesla mają realnie swoje xAI. Każdy z nich zarabia na tym dziesiątki miliardów dolarów kwartalnie. Meta przez lata trzymała się modelu, w którym budowała infrastrukturę wyłącznie na własne potrzeby. Teraz to może się zmienić.
Dlaczego akurat teraz? Jedna interpretacja jest taka, że rynek chmurowy jest na tyle duży i dochodowy, że Meta po prostu nie chce zostawiać tych pieniędzy na stole. Zuckerberg mówił o tym otwarcie: firmy przychodzą co tydzień z pytaniem, czy mogą kupić compute lub dostęp do API. Rynek jednak od razu dopowiedział sobie też drugą narrację. Może Meta przesadziła z inwestycjami i szuka sposobu, żeby uzasadnić setki miliardów dolarów wydanych na centra danych oraz ich szybszy zwrot.
W tę wersję chyba tymczasowo uwierzył rynek, a przynajmniej na to wskazywałyby ruchy w obrębie sektorów. Gdyby bowiem Meta faktycznie przesadziła z Capex i to miałby być na to dowód, to naturalnym jest oczekiwanie, że Meta potem ten Capex zredukuje, co uzasadniałoby wzrosty na spółce. Dla sektora półprzewodników z kolei oznaczałoby to powrót do koszmarów o cykliczności rynku, bo za tym mogłyby pójść redukcje inwestycji w innych Big Techach, co wyjaśniałoby ostre spadki na półprzewodnikach.
Tylko w tej drugiej interpretacji nie klei się kilka rzeczy. W marcu Meta zawarła umowę z Nebiusem na 27 miliardów dolarów, w kwietniu kolejne 21 miliardów z CoreWeave, a kilka dni temu mieliśmy informację, że Google ograniczyło Mecie dostęp do mocy obliczeniowej na potrzeby Gemini.
Te puzzle nie do końca się składają. Skoro Meta przesadziła z rozbudową mocy, to po co zawiera umowy z zewnętrznymi dostawcami chmury i czemu Google ogranicza innym dostęp do własnych mocy? To byłyby totalnie sprzeczne sygnały. Jedne mówią, że popyt osłabł, a drugie, że jednak jest duży i rośnie.
Pojawia się też trzecia interpretacja. Pokazówka dla inwestorów. Meta mówi, że jakby co, to ma opcję wejść sobie w biznes chmurowy i zarabiać kupę kasy na tym po to, żeby uspokoić własnych inwestorów.
Tacy inwestorzy łatwiej przetrawią wydatki na infrastrukturę, jeśli za nimi stoi biznes chmurowy z zewnętrznymi przychodami, niż gdy pieniądze idą na wewnętrzne projekty bez szybkiej monetyzacji. W efekcie można trochę poczarować, że niby wchodzimy w chmurę, żeby rynek nie panikował, ale w rzeczywistości robimy dalej swoje. To całkiem logiczne wyjaśnienie tego komunikatu Mety. Do tego częsty modus operandi Zuckerberga, który być może pozazdrościł emisji akcji Google.
Możliwe też, że Meta po prostu buduje coś w rodzaju brokerki na moc obliczeniową, mechanizm do plasowania nadwyżek w czasie rzeczywistym, podobny do tego, co firma robiła kilka miesięcy temu z energią. Szczerze mówiąc, każde z tych wyjaśnień jest bardziej prawdopodobne niż redukcja nakładów inwestycyjnych.
OpenAI może przekazać rządowi USA 5% udziałów
W świecie biznesowego AI w ogóle ostatnio sporo się dzieje. Sam Altman prowadzi podobno rozmowy z administracją Trumpa o przekazaniu 5% udziałów w OpenAI na rzecz rządu Stanów Zjednoczonych. Model, który proponuje, przypomina Alaska Permanent Fund, fundusz, w którym stan Alaska inwestuje przychody z ropy i wypłaca dywidendy mieszkańcom. OpenAI chciałoby, żeby analogiczny mechanizm objął wszystkie wiodące amerykańskie firmy AI: Anthropic, Google, Metę i inne, choć nie wiadomo, czy którakolwiek z nich na to przystanie.
Altman rozmawiał o tym bezpośrednio z Trumpem, sekretarzem handlu Howardem Lutnickiem i sekretarzem skarbu Scottem Bessentem. Z drugiej strony barykady politycznej senator Bernie Sanders forsuje udział publiczny na poziomie bliższym 50%.
Rozmowy są na wczesnym etapie i ewentualna realizacja wymagałaby aktu Kongresu. Jednak już sam fakt, że takie rozmowy się toczą, mówi coś istotnego. Presja polityczna na firmy AI rośnie. Zarówno OpenAI, jak i Anthropic miały ostatnio wstrzymane premiery nowych modeli przez regulatorów, bo były one rzekomo zbyt potężne, a republikańscy doradcy Trumpa opowiadają się za zaostrzeniem przepisów.
Pionierskim objęciem udziałów przez rząd USA jest Intel, po czym Trump, który wcześniej publicznie atakował szefa firmy, radykalnie zmienił ton. OpenAI widzi więc na pewno, co się dzieje.
Z punktu widzenia rynku konsekwencje są poważne. Jeśli rząd USA staje się udziałowcem firm AI, branża de facto dostaje status „too big to fail”. To obniża ryzyko systemowe, którego wielu inwestorów się obawia. Mianowicie, że zamknięty obieg pieniądza w ekosystemie AI może się posypać, jeśli choćby jedno ogniwo stanie się niewypłacalne.
Z rządem w akcjonariacie prawdopodobieństwo takiego scenariusza wyraźnie spada, a cały ekosystem zyskuje wsparcie publicznych pieniędzy. Oznacza to też większą stabilność i niższy koszt kapitału dla tych firm. Rząd nie pozwoli im upaść i będzie pomagał osiągnąć rentowność. W efekcie cała układanka ma dużo mniejsze szanse, żeby się zawalić.
Powtarzam i podkreślam już od jakiegoś czasu, że objęcie udziałów we wiodących AI Labach przez rząd USA jest w zasadzie pewne, zwłaszcza jeśli mówimy o takiej osobie jak Trump, który giełdę… uwielbia.
Oświadczenie majątkowe Donalda Trumpa
W ostatnim tygodniu ujawniono coroczne oświadczenie majątkowe Trumpa za 2025 rok. Dokument ma 927 stron. Dla porównania, oświadczenie Obamy liczyło 8, a Bidena 11.
Najważniejsza liczba z tego dokumentu to 1,4 miliarda dolarów przychodów z kryptowalut i memecoinów. 594 miliony ze sprzedaży World Liberty Financial, firmy kryptowalutowej, której współzałożycielami są Trump, jego synowie i Steven Witkoff, wysoki dyplomata w jego administracji. 636 milionów z CIC Digital, trumpowego biznesu memecoinowego. Do tego 197 milionów ze sprzedaży udziałów w Stablecoin Holdco.
Krypto to nie wszystko. Oświadczenie dokumentuje 21 tysięcy transakcji giełdowych, średnio 83 dziennie. Nvidia, Microsoft, Netflix, Exxon Mobil i Meta to jedne z najczęściej handlowanych pozycji w jego portfelu.
Chociaż Trump nie jest pierwszym amerykańskim politykiem, którego można oskarżyć o inside trading, to w jego przypadku skala robi wrażenie.
Oświadczenie ujawnia też podarunki. 10 biletów na finał piłkarskich Mistrzostw Świata od szefa FIFA, wartość 15 tysięcy dolarów, 10 biletów na US Open od Rolexa, 25 tysięcy, i 10 biletów na Super Bowl LIX, 50 tysięcy. Trump spłacił w 2025 roku trzy hipoteki, w tym jedną na 40 Wall Street, i otworzył nową linię kredytową zabezpieczoną aktywami w Charles Schwab na ponad 50 milionów dolarów z oprocentowaniem 3,9%. Trzeba przyznać, że każdy broker chciałby mieć takiego klienta.
A każdy klient chciałby mieć takiego brokera jak Freedom24, gdzie prowadzę dla Was swój agresywny portfel.
A zobaczmy, jak tam sobie radzi ten portfeliczek. Bardzo ładnie. Po koleżeńsku. Nowe ATH przed chwilą było, czyli od początku 2024 roku dotknęliśmy już na liczniku nawet +115%. Obecnie największy wynik w portfelu robi… Axon, który w tydzień potrafił podskoczyć o 50%. Takie rzeczy to Cymcyk lubi.
Ostatnio do portfela wielki comeback zrobiła też Alibaba i jak zajawiłem, tak zrobiłem. Wpadła nowa comiesięczna dopłata na 600 euro, która została w całości przeznaczona na powiększenie tam pozycji.
Kuszą mnie pewne realizacje zysku z innych pozycji albo przynajmniej lekka redukcja Axona, ale w tym tygodniu jeszcze wstrzymuję się z tymi pomysłami.
Wszystkie inne pozycje, jakie w tym portfelu mam, mi się podobają i czuję się z nimi bardzo dobrze biznesowo.
A Wy, jeśli chcecie tworzyć sobie takie portfele dla siebie, to potrzebujecie też dobrego brokera, który ma dostęp do jak najszerszej oferty. Freedom24, który jest partnerem całej serii FinWeek, ma dokładnie taką ofertę. Szeroki dostęp do masy rynków, których nie znajdziecie nigdzie indziej, i do tego bogatą ofertę opcji. Już niedługo będziecie tam mogli również handlować akcjami z GPW, więc wszystko w jednym miejscu.
Do tego możecie odebrać specjalny bonus: do 20 akcji o wartości do kilkuset dolarów każda jest do odebrania. Wystarczy założyć konto z linka, spełnić warunki i można odbierać akcje za darmolca. Byle tylko Wam się nie wylosowały europejskie akcje obronne, bo wiele wskazuje na to, że skończył się złoty okres tego sektora.
Lewarowany ETF na SK Hynix
Jeśli jednak zmienność tego portfela to dla Was za mało, to zapraszam po więcej. Do miejsca pełnego grozy i szaleństwa. W Hongkongu działa fundusz ETF, który w ciągu dziewięciu miesięcy od uruchomienia urósł do 13 miliardów dolarów i zaczął ruszać kursem akcji, które miał jedynie śledzić. CSOP SK Hynix to dwukrotnie lewarowany ETF na jedną spółkę z sektora pamięci, czyli fundusz, który każdego dnia dąży do podwojenia dziennej stopy zwrotu akcji tylko jednej spółki, SK Hynix. Od początku roku dał zwrot 718%.
Skala tego jest trudna do ogarnięcia. Aktywa funduszu odpowiadają mniej więcej dwukrotności dziennego obrotu na akcjach SK Hynix, spółki kontrolującej blisko dwie trzecie globalnego rynku pamięci HBM, czyli pamięci o wysokiej przepustowości, kluczowego komponentu systemów AI. W dniach dużej zmienności ETF i jego mniejsze odpowiedniki generują nawet dwie trzecie całego obrotu na tych akcjach.
Mechanizm, który za tym stoi, jest w swojej prostocie ekstremalnie groźny. Lewarowane ETF-y muszą się codziennie rebalansować, czyli kupować, gdy kurs rośnie, i sprzedawać, gdy spada. Przy takiej skali rebalansowanie się funduszu samo w sobie stało się siłą napędzającą kurs w każdym kierunku.
Ryzyko jest w odwróceniu trendu. Jeśli momentum się odwróci, to ten ETF będzie musiał tak samo mechanicznie sprzedawać w spadającym rynku, jak dotąd kupował na rosnącym. Do tego SK Hynix odpowiada za 28% całego koreańskiego indeksu akcji Kospi, więc ta presja może szybko przelać się na kontrakty terminowe powiązane z całym koreańskim rynkiem akcji. Nomura szacuje, że lewarowane ETF-y generują około 9 miliardów dolarów popytu rebalansowego na każdy 1-procentowy ruch na rynku.
Sam regulator zaczyna dostrzegać to szaleństwo. W maju Korea zatwierdziła 16 naśladowczych lewarowanych ETF-ów na swoje największe spółki chipowe, ale regulator publicznie przyznał, że żałuje tej decyzji. Ponad 90% inwestorów w tych funduszach to detaliści.
To wyraźna faza spekulacji i apetytu na ryzyko na spółkach memory, bo zainteresowaniem cieszą się coraz węższe produkty tematyczne, które dają czystszą ekspozycję na konkretny trend, ale jednocześnie mocno podnoszą ryzyko koncentracji.
Jednocześnie z rynku docierają pogłoski o poważnym przełomie w efektywności pamięci, dokonanym przez zespół oddzielony od OpenAI. Jeśli te plotki się potwierdzą, to implikacje dla całego sektora memory mogą być bardzo silne, szczególnie przy tak dużym potencjale mechanicznej zmienności, którą mogą wywołać właśnie te lewarowane ETF-y na pojedyncze spółki.
Na pewno niejednemu inwestorowi zrobi się wtedy gorąco. Nawet goręcej niż jest w ostatnim czasie za oknem, a to swoją drogą mocno wpływa na produktywność gospodarek.
Upały obniżają produktywność firm i gospodarek
W Kanpur, centrum indyjskiego przemysłu skórzanego, robotnicy przy temperaturze 46°C poruszają się powoli i ostrożnie. Właściciel jednej z fabryk podaje, że jego produktywność spadła o 40%, pracownicy piją roztwory nawadniające dwa razy dziennie, ale to nie wystarcza, część choruje, część wraca do swoich wiosek. W stalowni w Nowym Delhi produkcja spadła o 25–30% przez absencję, a montaż chłodni przemysłowych nie wchodzi w grę, bo wilgoć niszczy maszyny.
Firmy, które mogą sobie pozwolić na adaptację, próbują. Hyundai zainstalował klimatyzację na hali produkcyjnej w fabryce w Pune i planuje to samo w Chennai do 2027 roku, dorzucił też autobusy wahadłowe, zadaszone przejścia i cykle praca-odpoczynek. Platforma quick-commerce Swiggy zaczęła dostarczać kurierom kamizelki chłodzące i glukozę. Ale dla milionów pracowników sektora nieformalnego, czyli małych niezarejestrowanych firm i pracowników dniówkowych, którzy generują około 45% indyjskiego PKB, takie rozwiązania nie istnieją.
Indie stają się podręcznikowym przykładem tego, jak ekstremalny upał zamienia się w strukturalne ograniczenie gospodarcze. W krajach bogatszych, gdzie wzrost napędza sektor usług i praca w klimatyzowanych biurach, wpływ jest łagodniejszy. Ale duża część indyjskiej gospodarki: budownictwo, produkcja, rolnictwo, logistyka, wciąż opiera się na milionach ludzi pracujących na zewnątrz lub w słabo chłodzonych halach. Badanie University of Oxford ze stycznia tego roku mówi, że przy 2°C globalnego ocieplenia powyżej poziomu przedindustrialnego prawie połowa światowej populacji będzie żyć w warunkach ekstremalnego upału do 2050 roku, a Indie będą krajem z największą dotkniętą populacją.
McKinsey szacuje, że utracona praca z powodu rosnących temperatur może kosztować Indie 2,5–4,5% PKB do 2030 roku. Badanie University of Chicago wykazało, że produkcja fabryczna w Indiach spada o około 2% na każdy dodatkowy stopień Celsjusza. Lancet Countdown oszacował, że w 2024 roku Indie straciły 247 miliardów potencjalnych godzin pracy z powodu ekspozycji na upał, to wzrost o 124% względem średniej rocznej z lat 90. Rząd w kwietniu wydał wytyczne nakazujące firmom przesuwanie godzin pracy, wprowadzanie przerw nawadniających i stref odpoczynku. Szkoły zamykały się na wakacje tygodnie wcześniej niż zwykle.
To nie jest zresztą problem jedynie Indii, chociaż one są ekstremalnym przykładem. Polska też właśnie przeżywa jedną z najgorętszych fal upałów w historii pomiarów. 40,5°C w Słubicach, 40,3°C w Toruniu. Letnia temperatura w Polsce jest już ponad 2 stopnie wyższa od średniej historycznej z lat 1961–90, a lato 2026 może pobić rekord z 2019 roku.
Badania ekonomistki Hélii Costy na próbie 2,7 miliona firm z 23 rozwiniętych krajów w latach 2000–2021 pokazują, że dziesięć dodatkowych dni z temperaturą powyżej 35°C obniża roczną wydajność firm o 0,3%, a jedna dodatkowa fala upałów, minimum pięć dni, o 0,2%. Kluczowe jest to, że wpływ rośnie nieliniowo, powyżej 40°C spadek wydajności jest pięciokrotnie większy niż przy 35°C, przekraczając 1,5%.
Polski Instytut Ekonomiczny oszacował, że podczas fali upałów w sierpniu 2015 roku sama aglomeracja warszawska traciła 110 milionów złotych dziennie, a łączny ubytek PKB regionu sięgnął 0,5%. Przy obecnych temperaturach, wyższych niż w 2015 roku, straty mogą być większe, firmy są wprawdzie lepiej przygotowane, ale nieliniowość efektu działa przeciwko nim.
Czym jest fala IPO w Japonii w 2026 roku?
Zmieniamy krajobraz i przenosimy się do Japonii, gdzie rynek akcji ma za sobą świetne półrocze. Nikkei 225 wzrósł o około jedną trzecią i to wyraźnie mocniej niż S&P 500.
Jednak tamtejszy rynek debiutów giełdowych tego nie odczuwa. W pierwszym półroczu 2026 odbyło się zaledwie 18 IPO, czyli najmniej od 2011 roku.
Największym debiutem był Go, aplikacja do zamawiania przejazdów, ale raczej podkreśliła brak innych firm gotowych do wejścia na giełdę, niż sygnalizowała odrodzenie. Pozytywnym sygnałem przy Go było to, że 70% emisji objęli inwestorzy zagraniczni, zdecydowanie więcej niż zwykle w ostatnich latach.
Dlaczego hossa nie przekłada się na debiuty? Żeby zrozumieć ten paradoks, trzeba wiedzieć, skąd w ogóle biorą się IPO w Japonii. Są dwa główne źródła. Pierwsze to startupy, które dorosły do wejścia na giełdę. Drugie to fundusze private equity, które kilka lat temu kupiły japońskie firmy w ramach wykupów lewarowanych i teraz szukają wyjścia z inwestycji, a IPO jest jedną z naturalnych dróg.
Oba źródła są w tej chwili pod presją. Japonia po prostu nie ma dużej puli młodych firm z sektorów, które rynek dziś najchętniej wycenia: AI, półprzewodników, centrów danych. Boom wycen w tych branżach napędza IPO w USA, ale japońska scena startupowa nie ma czym odpowiedzieć. Private equity z kolei inwestowało historycznie w firmy generujące stabilne przepływy pieniężne, potrzebne do obsługi długu z wykupów lewarowanych, nie w spółki technologiczne z wysokimi mnożnikami.
Na to nakładają się regulacje. Żeby wejść na giełdę w Japonii, dojrzała firma musi mieć dwa lata zbadanych przez audytora wyników finansowych, a startup co najmniej rok. To więcej niż w USA i oznacza, że nawet gdyby pojawiła się fala japońskich firm AI, nie mogłyby one szybko skorzystać z okna rynkowego wysokich wycen i hype’u, musiałyby najpierw przejść przez wielomiesięczny proces przygotowawczy. Wyższy próg jest częściowo uzasadniony tym, że w japońskich IPO udział inwestorów detalicznych jest znacznie większy niż na innych rynkach, a regulator chce ich chronić. Bankierzy mówią, że poprawa jest raczej kwestią końca roku lub 2027.
Chińskie miasta widma zapełniają się mieszkańcami
Skaczemy regionalnie dalej, ale tym razem do Chin. Pamiętacie tamtejsze miasta widma? Zaczynają żyć swoim nowym życiem. Może nie takim, jakiego planowali ich twórcy, ale zawsze to coś. Młodzi ludzie, którzy pracują zdalnie, celowo przeprowadzają się do w połowie pustych kompleksów mieszkaniowych, przyciągani niskimi czynszami i brakiem tłoku.
FT opisuje przykład Ruby Chen, nauczycielki angielskiego online z Chongqing, która mieszka w Huizhou, mieście 6-milionowym koło Hongkongu. Czynsz w opustoszałym mieście jest niski, co pozwala nauczycielce pracować wyjątkowo mało i jednocześnie przyzwoicie żyć. Jest to efekt silnej nadpodaży mieszkań na chińskim rynku nieruchomości.
Skala chińskiego problemu z pustymi mieszkaniami jest trudna do wyobrażenia. Goldman Sachs szacuje, że w 2023 roku Chiny miały około 70 milionów niesprzedanych nowych mieszkań, licząc z projektami w budowie i działkami pod zabudowę, plus tak zwany „shadow supply”, czyli 90–100 milionów lokali sprzedanych inwestycyjnie, ale nigdy niezamieszkanych. Przy 9 milionach nowych sprzedaży rocznie zaległość w mniejszych miastach może nigdy się nie wyczyścić. Wartość sprzedaży nowych domów stu największych deweloperów spadła o 73% między 2021 a 2025 rokiem.
Oficjalnych danych o współczynniku pustostanów w Chinach nie ma. Platforma Beike w 2022 roku oszacowała go na 20%, po czym wycofała dane i przeprosiła. Chiny regularnie wycofują z publikacji niewygodne statystyki. Były wiceminister budownictwa mówił o 15% ogólnokrajowo i 25–30% w niektórych prowincjach, wobec międzynarodowego standardu na poziomie 5%.
W 2016 roku agencja Xinhua szacowała, że samorządy planowały budowę nowych dzielnic i miast mogących pomieścić 3,4 miliarda ludzi, czyli prawie dwa i pół razy więcej niż populacja Chin, wynosząca 1,4 miliarda. Ta fala betonowania zderzyła się z kryzysem demograficznym, bo w 2025 roku urodziło się 7,9 miliona dzieci, najmniej od 1949 roku.
Niektórzy analitycy uważają, że po zagospodarowaniu części pustostanów na wynajem socjalny rząd może być zmuszony do wyburzenia reszty. Dowód katastrofalnej rozrzutności i zmarnowanego potencjału.
Upadek Northvolt i przenosiny produkcji baterii do Azji
Potencjał zmarnował też swego czasu Northvolt, szwedzki producent baterii, który zbankrutował po próbie zbudowania ogromnych zakładów produkcyjnych od zera i zmienił myślenie w branży bateryjnej.
Kolejna generacja startupów bateryjnych celowo unika modelu produkcji in-house i stawia na outsourcing produkcji w Azji, gdzie po boomie inwestycji w baterie do samochodów elektrycznych leży niewykorzystana moc produkcyjna. Chińczycy po prostu idą swoją klasyczną ścieżką i dostarczają nam zdecydowany przerost podaży nad popytem.
Na przykład szwedzka Altris, producent materiałów do baterii sodowo-jonowych, negocjuje z chińskim producentem dzierżawę nieużywanej linii litowo-jonowej i konwersję jej na produkcję baterii sodowych. Amerykański Ion Storage Systems szuka nadwyżek mocy w Azji Południowo-Wschodniej i rozmawiał z ponad tuzinem dostawców. Ich szef wprost mówi, że firma nie zamierza budować gigafabryki i nie chce powtórzyć losu Northvolta. Unigrid z San Diego działa w modelu „foundry” i korzysta z sześciu fabryk w Chinach, Korei i Japonii, ale żaden z partnerów nie zna całego procesu. W ten sposób firma próbuje połączyć własne know-how z wykorzystaniem nadpodaży mocy produkcyjnych z Azji. Jednak czy to naprawdę rozwiązuje problem oddawania mocy produkcyjnych w ręce Chin?
Stosowany przez te start-upy model asset-light jest szybszy i tańszy, ale ma swoją cenę. Analitycy ostrzegają przed ryzykiem wycieku własności intelektualnej i pogłębieniem zależności od chińskich łańcuchów dostaw.
Chiński rynek baterii przeżył w ostatnich latach agresywną rozbudowę mocy produkcyjnych, tak agresywną, że tania chińska produkcja podważa modele ekonomiczne konkurentów na całym świecie. Chińscy producenci, mając nadwyżki mocy, jednocześnie sami ekspandują za granicę, żeby poprawić wykorzystanie fabryk i sprzedawać baterie bezpośrednio europejskim producentom samochodów. Europejscy producenci EV coraz częściej sięgają po chińskich dostawców, podczas gdy ich własna baza produkcyjna kurczy się.
To tworzy błędne koło. Europejskie gigafabryki, te, które w ogóle powstają, i tak zazwyczaj zależą od chińskich elektrod i chińskich mocy produkcyjnych, bo kompetencje produkcyjne i know-how są w Azji, a w Europie ich coraz bardziej brakuje. Każdy startup, który racjonalnie decyduje się na outsourcing zamiast budowy własnej fabryki, pogłębia tę lukę. Z perspektywy pojedynczej firmy to sensowna decyzja, Northvolt pokazał, co się dzieje, gdy próbujesz zrobić wszystko sam w droższym otoczeniu. Ale z perspektywy europejskiego przemysłu bateryjnego jako całości outsourcing do Azji utrwala zależność, którą polityka przemysłowa miała zmniejszyć.









