Wstęp
„Poprawa kluczowych parametrów zgodnie z założonym planem”. Zielona strzałka. Zielona strzałka. Zielona strzałka. Worldbox wyjdzie na zero do końca roku, dziękuję, pytania? To było 16 września, a potem znowu Modivo odpisało na Worldbox setki milionów złotych. Drugi raz w tym roku. Modivo to dziś najbardziej oficjalnie shortowana spółka na całej GPW.
„Spisek funduszy!” – krzyknie Internet. Spisek? Może po prostu ktoś ogarnął cyferki wcześniej i fakt, że komunikacja zarządu Modivo z rynkiem jest… dość specyficzna. Zresztą o tym będzie też sporo w tym przeglądzie. Trzy zarządy, trzy sposoby mówienia złych wiadomości i trzy bardzo różne efekty na rynku.
Bo mamy jeszcze Wittchena. Firma od walizek sama się spakowała, a zarząd mówi, że „przesadziliśmy z cięciem zapasów, pomyliliśmy się z cenami, naprawiamy”.
A po trzeciej stronie CD Projekt. Zarząd, który najpierw oberwał po twarzy tym, że przełożył na 2028 rok grę, której nie zapowiedział nawet wcześniej, że będzie w innym roku, a teraz wypuścił remaster jedenastoletniej gry i pobił swój własny rekord na Steamie. 121 tysięcy graczy jednocześnie. Więcej niż w dniu premiery. Więcej niż wtedy, gdy Henry Cavill biegał w peruce po Netflixie. Moja pozycja lubi to.
Do tego będzie o PGE najwyżej od jedenastu lat, bo Bruksela może przedłużyć kroplówkę dla węgla aż do 2035 roku, a do tego rynek przestaje wyceniać spółkę jak stare badziewie, którym już nie jest. I na deser polska spółka, której nie kupicie na GPW. Agent AI o imieniu Viktor, 50 milionów dolarów rocznych przychodów pół roku po starcie i 450 milionów dolarów wyceny od funduszu, który wcześniej wszedł w Facebooka. Lecimy.
Wiedźmin 3 bije rekord po 11 latach, a polski agent AI rzuca wyzwanie gigantom z USA
Remaster Wiedźmina 3 bije rekord na Steamie
We wtorek CD Projekt wypuścił remaster Wiedźmina 3. Pierwszy efekt? Niemal 121 tys. graczy jednocześnie na Steamie. Nowy rekord gry, wyższy niż 103 tys. z początku 2020 roku, kiedy na fali serialu Netflixa do Wiedźmina wrócił cały świat. W dniu premiery w 2015 roku graczy było ponad 20% mniej.
Recenzenci są zachwyceni. Na Metacriticu remaster ma 94 punkty, więcej niż oryginał.
Jak ma na tym zarobić CD Projekt, skoro obecni posiadacze dostają remaster za darmo na komputerach, PlayStation i Xboksie? Sposobów jest kilka. Przy okazji zapowiedzi CD Projekt podniósł cenę podstawową gry.
Erste szacuje, że do końca roku dzięki hype’owi odświeżonemu przez remaster sprzeda się około 3 mln egzemplarzy, co przełoży się na 100 do 125 mln zł przychodu. Pewnie będzie mniej przez promocje, jasne, ale przypominam, że mówimy o odświeżeniu jedenastoletniej gry.
Poza tym pamiętajmy, że remaster to przede wszystkim rozgrzewka. W 2027 roku wychodzi ostatni dodatek „Pieśni Przeszłości”, a w 2028 roku Wiedźmin 4. Każdy, kto teraz kupi albo odkurzy grę, jest już bliżej kolejnych zakupów.
Większy hype i budowa bazy społeczności to też szansa na większe przychody licencyjne z IP, które ostatnio dało CD Projektowi już 100 mln zł kasy. Firma dosłownie pokazuje, że można mieć ciastko, zjeść ciastko i mieć jeszcze całą cukiernię.
Według szacunków firmy Alinea w tygodniu targów Gamescom „Pieśni Przeszłości” trafiły na listy życzeń około 450 tys. graczy na Steamie, najwięcej ze wszystkich pokazanych tam tytułów. Remaster sprawi, że ta lista będzie rosnąć aż do premiery.
Remaster Wiedźmina 3 to relatywnie tani i rozsądny sposób, żeby zarobić na starym katalogu i przypomnieć o marce. Moja pozycja w CD Projekt niezmiennie lubi to.
Modivo odpisuje prawie 290 mln zł na Worldbox
Mniej uznania rynku ma od pewnego czasu Modivo, które jest dziś jedną z najmocniej shortowanych spółek na całym GPW. Zgłoszone oficjalne pozycje krótkie to łącznie ponad 4% kapitału. Druga w kolejce Grupa Azoty ma niecałe 2%. Przynajmniej tyle da się wyciągnąć z Rejestru Krótkiej Sprzedaży KNF, gdzie trafiają pozycje przekraczające 0,5% netto shortowanych akcji. Ktoś powie „wielki spisek funduszy”, a ja powiem: „a może po prostu od jakiegoś czasu shortowały, bo widziały problem w biznesie?”.
Modivo, wcześniej znane na giełdzie jako CCC, to obecnie zbiorowisko pod jednym dachem sklepów CCC, dyskontów HalfPrice, internetowego eobuwie, samego Modivo oraz Worldbox. Właśnie na Worldbox spółka odpisała prawie 290 mln zł. Realne pieniądze z firmy przez to nie wypływają, ale dla mnie ważne jest to, kiedy ten odpis się pojawił, i nie należy go ignorować tylko dlatego, że jest „niegotówkowy”.
Zobaczmy najpierw, jak zarząd mówił o Worldbox jeszcze kilka tygodni temu. Na początku sierpnia finansowy szef grupy zapowiadał, że sieć wyjdzie na zero do końca roku, a od przyszłego roku zacznie dokładać się do wyników. 16 września, na Dniu Inwestora, spółka pokazała slajd z tytułem o poprawie kluczowych parametrów zgodnie z założonym planem. Dziewięć dni później przyszedł komunikat o kolejnym odpisie na Worldbox. Kolejnym, bo w tym roku już w maju poszedł odpis na ponad 150 mln zł.
Wtedy już zamiast 150 nowych sklepów w tym roku zaplanowano około 50. Rynek od dawna nie wierzy Modivo na słowo. W takiej sytuacji uczciwy menedżer mówi wprost, że jest źle, że popełnili błędy, ile to będzie kosztować i że przed nami kilka ciężkich kwartałów. Modivo daje za to prezentację pełną zielonych strzałek, a chwilę później raportuje kolejne problemy. Zarząd, który robi dobrą minę do złej gry za długo, głównie pogarsza tylko swoją wiarygodność. Efekty na kursie są widoczne, bo kurs Modivo jeszcze w pierwszym kwartale 2025 roku podchodził pod 240 zł. Dziś walczy o 90 zł.
Sam jednak przyznaję, że od kilku tygodni intensywniej przyglądam się Modivo, bo nos podpowiada, że dołek może być blisko. Kurs już nawet olewa kolejne kiepskie informacje od grupy. Po prostu ciężej kupować akcje, kiedy mam poczucie, że zarząd stara się robić z inwestorów idiotów.
Faktem jest, że segment off-price, który teraz jest filarem grupy, dalej rośnie. Przychody HalfPrice skoczyły w ostatnim kwartale o 54% rok do roku. Dla całej grupy w drugim kwartale przychody urosły o 3% rok do roku, do rekordu. EBITDA spadła za to o 32% i była o około 14% niższa, niż zakładali analitycy. Bez jednorazowych pozycji i strat Worldboxa wyszłoby lekko na plus.
Ostatnio przygotowywaliśmy materiał z porównaniem LPP i Modivo, pokazując, jakie szanse ma przed sobą grupa Miłka. Czy wszystko może się tu poprawić? Tak, ale na pewno łatwiej będzie, jeśli zarząd przestanie co kwartał występować jak guru handlu, który za chwilę podbije świat.
PGE najwyżej od 11 lat. Co napędza kurs?
Rynek o wiele łaskawiej podchodzi za to do PGE, które urosło po raz kolejny w trzy sesje o 16% i w środę zamknęło dzień na poziomie 15,14 zł. Tak wysoko nie było od jesieni 2015 roku. Od początku roku kurs jest wyżej o ponad 70%. Skąd taki zryw teraz?
Ostatnio wspominałem o tym, że grupa przez rynek dalej wyceniana jest tak, jakby była starym, opartym na węglu badziewiem, a to już mocno nieaktualne. Potem doszedł temat potencjalnej dywidendy.
Do tego dochodzi temat rynku mocy. To mechanizm, w którym elektrownie dostają pieniądze za samą gotowość do produkcji prądu, a płacimy za to wszyscy w rachunkach. W zeszłym roku było to nieco ponad 6,4 mld zł. Dla PGE rynek mocy to kroplówka dla starych bloków węglowych, które same na siebie dawno nie zarabiają.
Kłopot w tym, że Bruksela pozwoliła wspierać w ten sposób węgiel tylko do końca 2028 roku. Co potem? Według szacunków Noble Securities bez tej kroplówki segment węglowy PGE mógłby przepalać nawet 3,5 do 4 mld zł rocznie. To problem, bo to około 30% EBITDA spółki za cały ubiegły rok.
Dlaczego więc PGE wystrzeliło? Ano dlatego, że pojawiły się informacje o wydłużeniu tej kroplówki. W poniedziałek prezes PSE, czyli operatora sieci przesyłowej, powiedział, że nowelizacja ustawy o rynku mocy razem z negocjacjami z Komisją Europejską ma się zamknąć do końca roku. Aukcja na 2031 rok miałaby się odbyć najpóźniej w marcu 2027 roku, a wybrane bloki węglowe mogłyby pracować nawet do 2035 roku.
Na tym ruchu zyskało nie tylko samo PGE, ale też inne spółki energetyczne, chociaż to PGE przewodziło wzrostom. To oni mają największą flotę węglową w Polsce, w tym Bełchatów i Turów. Każda informacja, że to ryzyko „węglowe” maleje, waży więc dla PGE najwięcej.
Trzeba Wam jednak wiedzieć, że na razie mamy tylko harmonogram. Bruksela niczego jeszcze nie podpisała. Ale szanse wyraźnie rosną i rynek to wycenia. Szeroki rajd PGE nie wziął się jednak tylko z tego jednego powodu. Przy ostatnich wynikach widać szeroką poprawę biznesu. Powtarzalna EBITDA PGE urosła w drugim kwartale o 21% rok do roku.
Kolejny ruch kursu zależy od aktualizacji strategii, którą PGE pokaże 19 października. Jeśli spółka wróci w niej do dywidendy, kurs ma szansę jeszcze trochę wykręcić, bo moim zdaniem właśnie tego rynek od PGE teraz oczekuje.
Inflacja wraca do 4%. Co zrobi RPP?
Według szybkiego szacunku GUS inflacja we wrześniu wyniosła 4,0% rok do roku, po 3,4% w sierpniu. Ekonomiści spodziewali się nawet odrobinę więcej, bo 4,1%. Mimo to część banków już wpisuje do prognoz podwyżki stóp procentowych.
Skąd ten skok? Głównie z dystrybutora. Paliwa podrożały w ciągu roku o 36%. 1 września skończył się program obniżonego VAT na paliwa, więc na stacjach zrobiło się drożej z dnia na dzień. Teraz, po podpisaniu przez Prezydenta ustawy o podatku od nadmiarowych zysków Orlenu, ceny znowu spadły. Inflacja więc kolejny raz… znowu spadnie i tak się bujamy od bandy do bandy.
Pekao liczy, że same paliwa dokładają dziś do inflacji około dwóch punktów procentowych. Inflacja bazowa, czyli ta po wyłączeniu cen żywności i energii, według szacunków ekonomistów spadła z 3,3% do mniej więcej 3,1%. Żywność w ciągu roku nawet lekko potaniała.
Czyli mamy inflację na razie wyłącznie z dystrybutora. Czy RPP to zignoruje? Tu ekonomiści się podzielili. Pekao napisało we wtorek wprost, że rynek ma rację i NBP podniesie stopy o 0,75 punktu procentowego, z pierwszym ruchem w listopadzie. Jeszcze niedawno ten sam bank zakładał stopy bez zmian do końca 2027 roku. ING też zmienił zdanie i widzi dwie podwyżki na początku 2027 roku.
PKO BP trzyma się swojego scenariusza, czyli stóp bez zmian, a potem obniżek od drugiego kwartału 2027 roku, bo uważa ten szok za przejściowy. W samej RPP Ludwik Kotecki mówi, że jeśli listopadowa projekcja pokaże inflację trwale powyżej 4%, to będzie dobry moment na podwyżkę. Prezes Glapiński jeszcze we wrześniu przekonywał, że na jakiekolwiek zmiany stóp ani w górę, ani w dół prędko się nie zanosi.
Jednocześnie w samych Stanach rynek po ostatnich odczytach inflacji obniżył znacząco oczekiwania co do podwyżek stóp z 70 do 35%. Sporo tutaj zależy od decyzji innych banków. Jeśli główne banki centralne poprzestaną na dotychczasowych minimalnych podwyżkach, które już się wydarzyły, to RPP raczej nic nie zrobi. Gdyby pojawiły się tam większe zmiany, to trzeba będzie jeszcze uważać, żeby kurs walutowy nie zaczął szaleć.
Wittchen wycofuje się z obniżek cen
Zysk netto Wittchena spadł w drugim kwartale o ponad 90% rok do roku, do symbolicznych 0,4 mln zł. Kurs po wynikach stracił 5% i jest najniżej od jesieni 2021 roku. Od rekordu z wiosny 2023 roku akcje zjechały już mniej więcej o trzy czwarte.
Wittchen to marka od walizek i galanterii skórzanej. Od jakiegoś czasu spółka rozwija też segment odzieżowy. Z takim sobie skutkiem. Co teraz poszło nie tak? Jesienią ubiegłego roku spółka uznała, że ciągłe wyprzedaże, nawet do 70%, psują markę. Postanowiła więc obniżyć ceny wyjściowe i jednocześnie ograniczyć rabaty. Klient miał płacić mniej na co dzień, a Wittchen miał oduczyć ludzi czekania na promocje.
Jak to wyszło? Nowy dyrektor finansowy spółki przyznał wprost, że sprzedali więcej produktów niż rok wcześniej, ale wartość sprzedaży była wyraźnie niższa. Klienci przyszli, tylko zostawili mniej pieniędzy. Przychody w drugim kwartale spadły o prawie 7%. Teraz Wittchen poprawia cenniki tak, żeby odbudować marżę, a efektów spodziewa się w czwartym kwartale.
Obniżki ogłaszał zresztą jeszcze poprzedni finansowy szef, a odkręca je już nowy człowiek. Nie zmienia to jednak faktu, że owo niezdecydowanie i bieganie od strategii do strategii wygląda słabo i obnaża pewną operacyjną nieudolność zarządu. Mam poczucie, że każdy kolejny ruch Wittchena tylko bardziej ich pogrąża.
Do tego doszły błędy w magazynie. Spółka najpierw ścięła zapasy o mniej więcej 30%, żeby nie mrozić kapitału w towarze, ale przy opóźnieniach dostaw z Azji, w obecnym otoczeniu geopolitycznym i wojnach, zabrakło towaru, także na zewnętrznych platformach sprzedażowych. Zarząd sam przyznaje, że przesadził z tymi cięciami. To kolejny symbol tego, że ktoś tam chyba nie wie, co robi.
Co gorsza, w odzieży zwroty przekraczały 50% w Polsce i sięgały 70% za granicą. Wysyłasz kurtkę, a ona wraca do magazynu. Zarząd twierdzi, że od lipca, po poprawie rozmiarówek i opisów, zwrotów jest mniej. Spoko, ale dla mnie wygląda to wszystko jak pewna kompromitacja. Niemniej szanuję, że zarząd potrafi się przyznać do błędów, w przeciwieństwie do innej spółki, o której dziś była mowa. Akcjonariusze przynajmniej wiedzą, na czym stoją i nie muszą rozkminiać, czy za chwilę jeszcze jakiś trup nie wypadnie z szafy.
Polski Viktor zebrał 75 mln dolarów
Na koniec historia, która na GPW nie ma swojego odpowiednika, ale trudno ją pominąć. Polska spółka stojąca za agentem AI o imieniu Viktor zebrała 75 mln dolarów w rundzie prowadzonej przez fundusz Accel. Według Forbesa spółka jest wyceniana na około 450 mln dolarów. Wśród prywatnych inwestorów są nawet założyciele Slacka.
Za Viktorem stoją Fryderyk Wiatrowski, który ma 27 lat, i Peter Albert, obaj wcześniej pracowali w Mecie. Formalnie spółka jest zarejestrowana w Delaware, ale zespół siedzi w Warszawie. W tym tygodniu o Viktorze opowiadał w podcaście Momentum Tomek Świeboda z funduszu Inovo, jednego z inwestorów.
Skąd taka wycena tego start-upu? Z tempa wzrostu oczywiście. W maju roczne przychody Viktora, czyli ARR, liczone jako ostatni miesiąc razy dwanaście, wynosiły 15 mln dolarów, zaledwie dziesięć tygodni po starcie. Według założyciela i inwestora dziś to już 50 mln dolarów, a celem na koniec roku jest 100 mln.
Czym Viktor różni się od Claude’a, ChatGPT czy Codexa? Z tamtych narzędzi zwykle korzysta się jak z mądrego okienka. Otwierasz je, zadajesz pytanie albo zlecasz kod i dostajesz wynik. Viktor działa w aplikacjach, w których się komunikujesz. Na przykład w Slacku. Claude czy ChatGPT też potrafią już działać w Slacku, ale tam to raczej asystent konkretnej osoby. Viktor siedzi w firmowym Slacku albo w Teamsach jak kolejny członek zespołu i zadania może mu dać każdy z pracowników z zespołu, a on na bieżąco czyta waszą komunikację i udziela się niczym jeden z pracowników.
Ma przy tym dostęp do ponad 3 tys. firmowych narzędzi, od płatności w Stripe po kampanie w Google Ads. Robi raporty i prezentacje, prowadzi kampanie, a jak trzeba, napisze sobie własne narzędzie. I sam podpowiada, co jeszcze może zrobić, zamiast czekać na polecenie. Klienci podobno mówią, że Viktora zatrudnili, a nie wdrożyli, bo tak bardzo przypomina pracownika, który jest akurat na zdalnym.
Ja biznesowi mocno kibicuję, bo to jedna z najciekawszych polskich historii technologicznych ostatnich lat.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk








