Wstęp
Firma, która buduje satelity dla Europejskiej Agencji Kosmicznej. Firma, która jako jedyna na świecie drukuje struktury siedemdziesiąt razy cieńsze od ludzkiego włosa. Firma, której oprogramowanie analizuje siatki przestępcze dla organów ścigania i wygrywa kontrakty z samym Palantirem. Gdzie ich szukać? Nasdaq? Dolina Krzemowa? Nie. Wszystkie trzy znajdziecie na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.
Gdy mówimy „spółki technologiczne”, każdemu automatycznie zapala się w głowie Ameryka: Palantir rosnący po 85% rocznie, świeżo debiutujący SpaceX i cały ten ekosystem przyszłości. Słusznie, tej skali nie ma nigdzie indziej. Przez to prawie nikt nie zauważa jednak, że kawałek tego świata istnieje też u nas, na GPW.
W tym materiale biorę pięć polskich spółek technologicznych i zestawiam każdą z nich z jej amerykańskim odpowiednikiem. Kosmos, nanodruk, analityka danych, podczerwień dla wojska. Nie każda z tych historii dobrze się kończy, ale każda czegoś uczy.
Polski Palantir i SpaceX? Na GPW też znajdziesz technologiczne perełki!
Creotech Instruments: kontrakt Mikroglob wart 556,7 mln zł
Gdyby ktoś 10 lat temu powiedział, że polska firma z Piaseczna pod Warszawą będzie budować satelity obserwacyjne dla Europejskiej Agencji Kosmicznej, prawdopodobnie spotkałby się z niedowierzaniem. A jednak Creotech Instruments właśnie to robi i robi to coraz szybciej.
Creotech to tak zwany prime contractor, czyli główny wykonawca kompletnych misji satelitarnych. Firma projektuje, buduje i integruje satelity: od architektury systemu, przez produkcję podzespołów, z których około 70–80% wykonuje we własnym zakresie, po operacje na orbicie i obsługę segmentu naziemnego. Flagowym produktem jest tutaj platforma HyperSat, czyli modułowa rodzina satelitów o masie od 30 do 500 kg, którą można dostosować do różnych zastosowań: obserwacji Ziemi, telekomunikacji, nawigacji czy badań naukowych.
Na koniec 2023 roku portfel zamówień Creotech wynosił 16 mln PLN. Dwa lata później było to już 587 mln PLN. To 37-krotny wzrost w ciągu 24 miesięcy. Fundamentem tego skoku są dwa duże kontrakty. CAMILA, czyli projekt budowy czterech satelitów obserwacyjnych dla ESA o wartości około 250 mln PLN, oraz MIKROGLOB, czyli program obronny za 452 mln PLN, obejmujący kolejne cztery satelity. Creotech celuje w to, by do 2029 roku stać się czwartym co do wielkości prime contractorem satelitarnym w Europie, z mocami produkcyjnymi przekraczającymi 40 satelitów rocznie. Dziś może ich produkować 10.
Creotech to oczywiście nie jest SpaceX. Obie firmy różni wszystko, od skali po model biznesowy, ale dynamika wzrostu Creotech jest naprawdę imponująca. Europejska suwerenność kosmiczna staje się w Unii Europejskiej priorytetem, a budżety sektora kosmicznego w efekcie rosną. Program IRIS², czyli europejska odpowiedź na Starlinka, oraz europejskie programy obserwacji Ziemi z silnym wymogiem „geo-return” są dla Creotech mocnym wiatrem w plecy.
Mechanizm geo-return działa w ten sposób, że Polska wpłaca do ESA składkę, a ponad 90% wartości tej składki musi wrócić do polskich firm w ramach kontraktów kosmicznych. Creotech jest tutaj głównym beneficjentem z Polski.
Ze SpaceX najbardziej, poza branżą kosmiczną, łączy dziś Creotech wymagająca wycena. W momencie powstawania tego materiału SpaceX jest wyceniany mnożnikiem EV/Sales na poziomie ponad 100x, natomiast Creotech na poziomie 15x. Creotech może nie jest wyceniany w tak szalony sposób jak SpaceX, ale nie dajcie się zmylić. To wcale nie jest niska wycena.
W momencie, gdy spółka kilka lat temu debiutowała na rynku, a jej sukces i znaczenie europejskiego sektora kosmicznego nie były jeszcze tak oczywiste, była notowana po około 5x EV/Sales. Co więcej, powtarzalność przychodów spółki Creotech jest zdecydowanie gorsza niż w przypadku SpaceX, a to utrudnia szybką ocenę mnożnika.
To dziś jedna z najbardziej przekonujących historii technologicznych na GPW, ale trzeba mieć świadomość, że rynek wycenia tutaj obecnie bardzo pozytywny scenariusz.
XTPL: jedyna taka spółka na świecie
Jeśli Creotech można porównać ze SpaceX, to XTPL jest przypadkiem, w którym takie porównanie właściwie nie istnieje. Wrocławska firma opracowała technologię drukowania przewodzących nanostruktur z precyzją jednego mikrometra. To jedna tysięczna milimetra. Żeby zobrazować tę skalę: ludzki włos ma średnicę około 70 mikrometrów. XTPL drukuje struktury 70 razy cieńsze.
Technologia nazywa się UPD, czyli Ultra-Precise Dispensing, i umożliwia nanoszenie materiałów przewodzących, na przykład nanocząstek srebra czy złota, na różne podłoża, w tym powierzchnie elastyczne i trójwymiarowe. Nie wymaga agresywnych chemikaliów ani pól elektromagnetycznych, co jest istotne przy produkcji wrażliwych komponentów elektronicznych. Żeby zrozumieć, do czego faktycznie służy technologia XTPL, najłatwiej zacząć od wyświetlaczy, czyli dziś najważniejszego sektora spółki.
Współczesny panel OLED o rozdzielczości 4K lub 8K to siatka milionów mikroskopijnych ścieżek przewodzących, cieńszych od ludzkiego włosa. Przy takiej gęstości nawet drobne uszkodzenie, czyli przerwanie jednej ścieżki, oznacza wadliwy piksel lub całą linię martwych pikseli. Producent ma wtedy do wyboru: odrzucić cały panel albo go naprawić.
Problem w tym, że do niedawna nikt nie potrafił precyzyjnie „dodrukować” brakującego fragmentu ścieżki o szerokości kilku mikrometrów. Tradycyjne metody, takie jak litografia i trawienie, wymagają masek oraz dziesiątek kroków procesowych. Nie opłaca się ich uruchamiać dla pojedynczej naprawy.
XTPL rozwiązuje to inaczej. Dysza o średnicy porównywalnej z czerwoną krwinką nanosi kroplę srebrnej nanopasty dokładnie w miejsce defektu i odtwarza przerwaną ścieżkę. Bez masek, bez chemikaliów, w jednym przejściu. Efekt? Panel, który trafiłby do kosza, wraca na linię produkcyjną.
To dopiero pierwszy i najprostszy przypadek użycia. XTPL widzi dwa kolejne, potencjalnie większe rynki w samym sektorze wyświetlaczy. Pierwszy to zmniejszanie ramek, czyli nieoświetlonych krawędzi ekranu, w których mieszczą się połączenia elektryczne. Im cieńsze ścieżki da się wydrukować, tym węższe mogą być ramki. To kluczowy trend w smartfonach i telewizorach.
Drugi rynek to wyświetlacze microLED, czyli technologia następnej generacji, w której każdy piksel jest osobną, mikroskopijną diodą LED. Wyzwanie produkcyjne jest tutaj ogromne. Jeśli choćby jedna z dziesiątków milionów diod nie zostanie prawidłowo zamontowana, cały ekran nie przechodzi kontroli jakości. UPD potrafi ponownie zamontować i podłączyć wadliwą diodę, ratując efektywność produkcji, która bez takiego narzędzia czyni microLED nieopłacalnym w masowej skali.
Na rynku amerykańskim najbliższym, choć nadal odległym, punktem odniesienia jest Nano Dimension, czyli NNDM, izraelska firma zajmująca się drukiem 3D komponentów elektronicznych. Niestety nie wiedzie jej się najlepiej i sama przyznaje, że szuka innego kierunku rozwoju, a aktualnie rozważa strategiczne opcje.
XTPL to nadal firma w fazie start-upowej. Przychody za 2025 rok wyniosły nieco ponad 15 mln PLN, a strata operacyjna była większa niż przychody i sięgnęła około 20 mln PLN. W marcu firma pozyskała 19,5 mln PLN z emisji akcji, a w kwietniu podpisała umowę na dofinansowanie z NCBR w wysokości 10,1 mln PLN. To typowy obraz spółki, która jeszcze nie stoi na własnych nogach finansowo. Cały czas znajduje się w fazie badawczo-rozwojowej i musi pozyskiwać kapitał na przetrwanie.
Jest jednak coś, co odróżnia XTPL od wielu start-upów technologicznych: pierwsze wdrożenie przemysłowe. Chińska firma produkująca wyświetlacze płaskie wdrożyła moduły UPD na swojej linii produkcyjnej. Wszystkie sześć modułów z pierwszej partii zostało dostarczonych, a ich skuteczność w warunkach masowej produkcji została potwierdzona. W kolejce czekają projekty z podobnym klientem, ale w obszarach OLED i microLED.
Co więcej, XTPL ma pięć projektów w zaawansowanej fazie testów z firmami z pierwszej ligi globalnej elektroniki: notowanym na koreańskiej giełdzie producentem półprzewodników, amerykańskim potentatem z indeksu NASDAQ-100, tajwańskim gigantem chipowym i europejskim producentem maszyn. Każdy z tych projektów ma większy potencjał niż wdrożenie chińskie.
Cel firmy na 2028 rok to 100 mln PLN przychodów komercyjnych z marżą EBITDA powyżej 20%. To oznacza przeskalowanie bazy przychodowej ponad pięciokrotnie i przejście do sytuacji, w której spółka kończy fazę badawczo-rozwojową i wchodzi w fazę wzrostową. Trzeba jednak wiedzieć, że wcześniej ten cel miał zostać zrealizowany szybciej, ale plany się przesunęły i nie udało się ich wykonać. W efekcie nie ma pewności, że teraz się powiedzie.
Kluczowy wniosek jest tutaj taki, że potencjalny boom na XTPL jest dopiero przed spółką, w przeciwieństwie do wielu dojrzałych firm technologicznych, w których największy wzrost jest już za nami. Start-upy z natury bankrutują jednak częściej, niż odnoszą spektakularne sukcesy.
DataWalk vs Palantir, czyli analityka dużych danych
DataWalk to polska firma specjalizująca się w analizie grafowej dużych zbiorów danych. Jej oprogramowanie łączy informacje z wielu źródeł i wizualizuje powiązania między nimi. Kto z kim się kontaktował, jakie transakcje przepływały przez określone konta, jak rozkładają się sieci podejrzanych osób.
Główni klienci to instytucje finansowe, które wykrywają w ten sposób pranie pieniędzy, ale także agencje rządowe wykorzystujące oprogramowanie do analizy wywiadowczej i zwalczania oszustw. Technologia DataWalk opiera się na grafach wiedzy, czyli strukturach danych, które zamiast tradycyjnych tabel i relacji przedstawiają informacje jako sieć połączonych węzłów. Dzięki temu widać wzorce i zależności, które w klasycznych bazach danych umykają.
Palantir, czyli firma, do której DataWalk jest najczęściej porównywany, działa w podobnym obszarze, ale na zupełnie innej skali. Palantir idealnie trafił w moment boomu na AI. Jego platforma AIP, czyli Artificial Intelligence Platform, umożliwia klientom integrację dużych modeli językowych z własnymi danymi, co jest dziś jednym z najgorętszych obszarów w technologii korporacyjnej. W efekcie od kilku kwartałów obserwujemy, jak Palantir się rozpędza i rośnie coraz szybciej, z dynamiką na poziomie 85% w ostatnim kwartale.
DataWalk w roku obrotowym 2025 osiągnął wzrost przychodów o 52% rok do roku. Wygląda nieźle, ale tylko do momentu, gdy spojrzymy szerzej oraz uwzględnimy straty. Strata operacyjna pogłębiła się względem roku ubiegłego, a firma traci prawie dwa złote na każdym złotym wygenerowanych przychodów.
Co więcej, rok 2025 był pierwszym od trzech lat, kiedy przychody w końcu wzrosły. W pierwszym kwartale 2026 roku za to… ponownie spadły do 4 mln PLN, wobec 13 mln PLN rok wcześniej. To nie pomyłka. Rok wcześniej, w pierwszym kwartale, rozliczono dużą część kontraktu licencyjnego z Rabobank, co jednorazowo podbiło przychody. Gdy takiego kontraktu brakuje, wynik spada dramatycznie.
To jest ciągle sedno problemu DataWalk i coś, przez co dla mnie ta konkretna spółka pozostaje obecnie nieinwestowalna: brak powtarzalności wyników. Model biznesowy oparty na dużych kontraktach licencyjnych sprawia, że przychody w poszczególnych kwartałach wyglądają jak kardiogram. W kwartale, w którym podpisuje się lub rozlicza duży kontrakt, wynik jest świetny. W następnym może być kilkukrotnie niższy. Przy 24 klientach, wobec ponad 1000 klientów Palantira, pojedynczy kontrakt potrafi zdominować cały obraz finansowy firmy.
Żeby nie było, DataWalk ma kilka argumentów jakościowych. Firma wygrywa na przykład kontrakty w Ameryce Północnej, konkurując u niektórych klientów z Palantirem i IBM. Do tego przychód na klienta rośnie wielokrotnie w kolejnych latach współpracy, co pokazuje, że technologia jest ceniona.
Problem w tym, że to wszystko dzieje się przy skali, która nie pozwala na stabilne wyniki kwartalne, a rosnące straty oznaczają, że trzeba ciągle pozyskiwać nowy kapitał. W pierwszym kwartale 2026 roku DataWalk pozyskał 116 mln PLN z emisji akcji, ale te pieniądze finansują głównie bieżącą działalność, a nie inwestycje wzrostowe.
Kluczowe pytanie brzmi: czy DataWalk zdąży osiągnąć masę krytyczną klientów, zanim skończą się pieniądze i cierpliwość akcjonariuszy? Palantir potrzebował na to prawie 20 lat. DataWalk działa od 2014 roku, ale tempo, w jakim buduje bazę klientów, jest znacznie wolniejsze niż dynamika, z jaką rosną straty.
Obecnie więc, mimo że DataWalk u podstaw zajmuje się czymś zbliżonym do tego, co robi Palantir, wyniki finansowe tego nie pokazują. Przychody są mało powtarzalne, zmienne i od kilku lat znajdują się na podobnym poziomie, a do tego spółce daleko do rentowności.
Spółka nie padnie, ponieważ tegoroczna emisja akcji zapewni jej środki do życia na kolejne cztery–pięć lat. DataWalk ze swoim oprogramowaniem dla służb wywiadowczych wpisuje się również w trend rosnącego znaczenia branży obronnej, co powinno przekładać się na ogólny wzrost popytu. Do jakości Palantira jest tutaj jednak baaardzo daleko.
Vigo Photonics vs Teledyne Technologies - podczerwień i obronność
Vigo Photonics to firma, która w dużej mierze umknęła uwadze szerszego rynku, mimo że działa już 38 lat i jest jednym z zaledwie kilku globalnych liderów w produkcji detektorów podczerwieni. Są to elementy systemów termowizyjnych. Pozwalają „widzieć” ciepło, co znajduje zastosowanie w wojsku, między innymi w celownikach termicznych, w przemyśle przy wykrywaniu wycieków gazu, a w nauce przy analizie materiałów.
Vigo specjalizuje się w detektorach średniej podczerwieni, czyli mid-IR, a więc w paśmie, które jest szczególnie użyteczne do wykrywania gazów i obrazowania termicznego na większych odległościach. Firma dostarcza zarówno pojedyncze detektory, jak i matryce wieloelementowe dla systemów wojskowych.
Przełomem dla Vigo jest kontrakt z PCO, polskim producentem sprzętu optycznego dla wojska, o wartości 192 mln PLN. Obejmuje on dostawy chłodzonych matryc podczerwieni do kamer termowizyjnych montowanych w pojazdach opancerzonych: Borsukach, Leopardach 2PL, Rosomakach i systemach przeciwlotniczych. Produkcja seryjna ruszy w 2027 roku, a sam kontrakt obowiązuje do końca 2031 roku. Dla firmy o przychodach poniżej 100 mln PLN jest to zamówienie, które fundamentalnie zmienia perspektywę na najbliższe lata.
Drugi filar długoterminowej strategii Vigo to projekt HyperPIC, czyli budowa pierwszej na świecie platformy fotonicznych układów scalonych działających w paśmie średniej podczerwieni. Fotoniczne układy scalone, czyli PIC, oznaczają miniaturyzację dotychczasowych systemów optycznych. Zamiast osobnych detektorów, laserów i prowadnic światła wszystko integruje się na jednym chipie.
Unia Europejska zatwierdziła wsparcie publiczne dla tego projektu na poziomie do 103 mln EUR. Jeśli projekt się uda, Vigo przeskoczy z pozycji producenta komponentów do roli dostawcy zintegrowanych platform sensorycznych, a to zupełnie inna skala biznesu. Faza badawczo-rozwojowa tego segmentu potrwa do 2027 roku, budowa fabryki chipów do 2030 roku, a pełna produkcja zacznie się najwcześniej w 2031 roku.
Tę fazę badawczo-rozwojową oraz inwestycyjną już widać w wyniku operacyjnym. Pomimo że przychody systematycznie rosną, zysk spada od 2021 roku, a spółka utraciła rentowność. Przynajmniej tymczasowo.
Amerykańskim odpowiednikiem jest Teledyne Technologies, czyli TDY. To ogromny konglomerat technologiczny, który oferuje czujniki obejmujące całe spektrum elektromagnetyczne: od promieni X, przez podczerwień, po fale radiowe i akustyczne.
Różnica skali między Vigo a Teledyne jest olbrzymia, około 60-krotna pod względem przychodów. To jednak Vigo ma niszową przewagę w segmencie mid-IR, w którym bezpośrednich konkurentów jest zaledwie kilku na świecie.
Koniunktura jest wyjątkowo sprzyjająca, ponieważ Polska przeznacza 4,7% PKB na obronność, trwa masowa modernizacja armii, a popyt na drony i systemy autonomiczne wymagające termowizji rośnie. Vigo rozbudowuje też obecność w USA i uzyskało rejestrację ITAR, czyli wymóg dla dostawców technologii obronnych do amerykańskiego wojska. Cel sprzedażowy spółki na rynku amerykańskim to 40–50 mln PLN.
Vigo jest na innym etapie niż DataWalk czy XTPL. Ma realny, rosnący produkt, portfel zamówień rosnący o 46% rok do roku i perspektywę kontraktu obronnego, który sam w sobie dwukrotnie przekracza roczne przychody firmy.
Ryzyko dotyczy głównie egzekucji. To znaczy, że firma musi skalować produkcję matryc, dostarczyć na czas zamówienia dla PCO i jednocześnie rozwijać nowe projekty bez zaniedbywania bieżącego biznesu. To już zdecydowanie inny etap rozwoju.
Text vs Freshworks, kiedy rewolucja AI uderza w twój model biznesowy
Żeby nie było tak różowo w kontekście wzrostu kursów, mamy jeszcze Text, dawniej LiveChat. To polska spółka SaaS, która przez lata była jednym z ulubieńców inwestorów na GPW.
Produkt LiveChat, czyli narzędzie do obsługi klienta poprzez okienko z czatem na stronach internetowych, zyskał globalną popularność wśród małych i średnich firm. Około 30% przychodów pochodzi z USA, a sam model był elegancko prosty. Klient kupował subskrypcję, korzystał z produktu i płacił co miesiąc. Marże operacyjne powyżej 50%, minimalna potrzeba kapitału i inwestycji, model asset-light oraz globalna skala. Biznes niemal idealny, ale w końcu zaczął się sypać.
W roku obrotowym 2025/26, ponieważ Text ma rok obrotowy kończący się w czerwcu, przychody spadły o ponad 7% rok do roku w złotych. W dolarach spadek był symboliczny, zaledwie 0,5%, ale tylko dlatego, że kurs USD/PLN zmienił się w tym okresie o 8%.
Gdy firma zarabia w dolarach, a raportuje wyniki w złotych, mocny złoty automatycznie obniża raportowane przychody. Ten efekt walutowy zwielokrotnił fakt, że biznes w ujęciu dolarowym w zasadzie stanął w miejscu. W efekcie biznes liczony w złotych zaczął się osuwać.
Spadek przychodów to jeden problem. Zysk netto spadł o 29%. Marża EBITDA skurczyła się z 57% do 47%. I to nie przez jednorazowe odpisy, tylko przez strukturalne pogorszenie operacyjne. Co konkretnie poszło nie tak?
AI. Sporo mniejszych klientów zaczęło odchodzić. Wskaźnik odejść klientów, czyli tak zwany churn, osiągnął poziom około 4%. W segmencie SMB, czyli małych i średnich firm, otoczenie makroekonomiczne w USA również było trudne, a firmy szukały oszczędności, rezygnując z dodatkowych narzędzi.
Opowiadaliśmy swego czasu na kanale o tym, że gospodarka w USA w ubiegłym roku przypominała literę K. Duzi rośli, mali walczyli. Dla niektórych firm rezygnacja z takich narzędzi była jednym z kanałów oszczędności.
Text od lat próbuje przejść z jednego produktu, czyli LiveChat, na platformę wieloproduktową. TextApp miał być nowym, zjednoczonym rozwiązaniem. Jednak po kilku latach developmentu platforma wciąż nie generuje istotnych przychodów i dopiero znajduje się w fazie skalowania.
Strukturalnie produkt Text utracił jednak przez AI pewien element swojej fosy. Tegoroczna SaaSpokalipsa podkopała zaufanie inwestorów do tego rozwiązania, które już wcześniej zaczęło się sypać, gdy spółka przestała rosnąć.
Nic dziwnego, skoro jest to jedna z niewielu firm SaaS, w których już teraz obserwujemy realny spadek przychodów i pogorszenie rentowności. Przypominam, że masakra dotykała również firm, które wręcz przyspieszały lub poprawiały wyniki. Od szczytu z 2023 roku Text stracił już ponad 70%.
„Nasdaqowym” odpowiednikiem jest Freshworks, czyli FRSH. To firma około dziesięciokrotnie większa pod względem przychodów, która niedawno osiągnęła rentowność, ale ma coś, czego Textowi brakuje: zdywersyfikowaną platformę. Oprócz obsługi klienta firma rozbudowała segment obsługi pracowników. To pozwala jej nie być zakładnikiem jednego rynku.
Nieprzypadkowo wybrałem Freshworks jako odpowiednik Text, ponieważ spółka z USA również ma swoje problemy. Kurs akcji zachowuje się słabo, ponieważ rynek Customer Experience także znajduje się pod strukturalną presją ze strony AI.
Nowi gracze budują systemy od zera wokół architektur agentowych. Nie posiadają długu technologicznego ani spuścizny klasycznego interfejsu, co pozwala im oferować bardziej radykalną automatyzację i większy przeskok w oferowanych produktach względem starszych rozwiązań.
Freshworks radzi sobie z tym lepiej, ponieważ dywersyfikuje się w stronę zarządzania aktywami IT. Przychody więc rosną. Text takiego planu B na teraz nie ma.
Czy jest jakaś szansa na odreagowanie? Oczywiście. Po pierwsze, nie wiadomo, którą ścieżką ostatecznie pójdzie rynek i czy AI rzeczywiście wyprze klasyczne narzędzia Customer Experience.
W krótkim i średnim terminie warto też zwrócić uwagę, że dolar zaczął się aktualnie umacniać, co może wesprzeć wyniki Text. Będzie to jednak efekt czysto walutowy, a nie poprawa fundamentów biznesu. Trwałe odreagowanie wymaga czegoś więcej niż korzystnego FX.
Czymś, co jeszcze tymczasowo wspiera wycenę Text, jest wysoka stopa dywidendy w okolicy 10%, która powinna ograniczać spadki. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli marże dalej będą się kurczyć, a przychody spadać, dywidenda również będzie się kurczyć.
Czy warto inwestować w polskie spółki technologiczne?
I to jest chyba najważniejsza lekcja z całej tej piątki, dlatego zostawiłem Text na koniec. Przez ostatnie dwa lata każda firma na świecie dopisywała sobie „AI” do prezentacji inwestorskiej jako szansę, paliwo i przyszłość. Text pokazuje drugą stronę tego medalu. AI ma też swoje ofiary i bywają nimi same spółki technologiczne.
Fosa, która nigdy nie była głęboka, po prostu wyparowała. Jeszcze kilka lat temu Text był ulubieńcem GPW i wzorem idealnego biznesu. Ponad 50% marży, zero kapitału, globalna skala. Dziś jest przestrogą. W technologii żaden tron nie jest dany na zawsze, a im prostszy produkt, tym szybciej rewolucja go dogania.
Firmy technologiczne nie są tylko na rynku w USA. Można je znaleźć także w Polsce. Nie napisałem tego po to, żebyście jutro kupili którąkolwiek z nich, ale po to, żebyście przestali zakładać, że technologia ma adres wyłącznie za oceanem. Dobre firmy technologiczne są wszędzie. Kiepskie też. Sztuka polega na tym, żeby odróżnić je od siebie, zanim zrobi to za was rynek.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









