Wstęp
We Frankfurcie buduje się dziś 411 megawatów nowych centrów danych. W Warszawie… pięć. Nie pięćdziesiąt. Pięć. Osiemdziesiąt razy mniej, w kraju, w którym mieszka osiem procent ludności Unii i który chce być „potęgą AI”.
Google podpisał w Finlandii umowy na 13 miliardów euro z listą miast i datami. W Polsce podpisał list intencyjny o inwestycjach rzędu „miliardów złotych” bez kwoty i bez terminu. Microsoft rozbudowuje region pod Warszawą za 2,8 miliarda złotych, co w skali Microsoftu jest wydatkiem na waciki. Amazon nie ma w Polsce nawet pełnego regionu chmury, a deweloper, który chciał postawić centrum danych w Dąbrowie Górniczej za trzy i pół miliarda, stracił kilka miesięcy przez literówkę w decyzji urzędu. Literówkę.
To nie jest materiał o tym, że Polska przegrywa, choć na dziś przegrywa. To materiał o tym, DLACZEGO, czy to się może zmienić, po co w ogóle nam serwerownie, skoro zatrudniają garstkę ludzi, i kto na GPW może na tym zarobić. Lecimy.
Polska przegrywa wyścig o centra danych. Wcale nie chodzi o pieniądze!
Przez rok opowiadałem Wam o wąskich gardłach sztucznej inteligencji: chipy, pamięć, prąd, ręce elektryków. Prawie zawsze działo się to w Teksasie, Arizonie albo Tajwanie. Dziś to samo pytanie, tylko na własnym podwórku: gdzie w tym łańcuchu jest Polska?
Centrum danych to nie jest „firma od AI”. To jest fabryka, która zamienia prąd w obliczenia i jak każda fabryka potrzebuje taniej energii, działki, przyłącza i pozwolenia. W tych czterech rzeczach mierzy się, czy kraj jest w grze.
Centra danych w Polsce na tle Europy
Wielkość centrów danych mierzy się w megawatach, czyli w tym, ile prądu mogą naraz pobierać pracujące w nich serwery. Tu Polska wypada słabo. Mamy około 200–250 megawatów mocy centrów danych, czyli 2–3 procent rynku europejskiego, choć mieszka u nas 8 procent ludności Unii.
Warszawa, gdzie działa większość polskich serwerowni, przegrywa nie tylko z gigantami. Jest mniejsza nawet od Helsinek i Madrytu. Sam Frankfurt ma ponad sześć razy więcej mocy. Jeszcze gorzej wygląda to, gdy zestawimy centra danych w budowie. We Frankfurcie buduje się 411 megawatów, a w Warszawie… 5.
Mimo że inwestorzy szukają dziś nowych miejsc pod centra danych jak nigdy wcześniej, to ten popyt nie dociera do Polski. Leci do Skandynawii, Hiszpanii i Włoch.
Widać to też po największych firmach technologicznych. Microsoft ma pod Warszawą swój region chmury dopiero od 2023 roku, a w 2025 roku ogłosił jego rozbudowę za zaledwie 2,8 miliarda złotych. W skali wydatków Microsoftu to wydatek na waciki.
Google ma region chmurowy w Warszawie od 2021 roku, a w lutym 2025 roku podpisał z państwowymi instytucjami list intencyjny o inwestycjach rzędu „miliardów złotych”. Bez konkretnej kwoty i bez terminów. Porównajcie to z 13 miliardami euro w Finlandii, pełną listą miast i konkretnymi datami.
Amazon, największy dostawca chmury na świecie, nie ma w Polsce nawet pełnego regionu, tylko mniejszą strefę lokalną. W Warszawie aż 84 procent mocy to serwerownie na wynajem, a nie własne obiekty gigantów.
Dlaczego w Polsce powstaje tak mało centrów danych?
Dlaczego jesteśmy dziś w tyle z centrami danych? Są trzy konkretne powody. Pierwszy to cena prądu, bo centrum danych jest w praktyce fabryką, która zamienia prąd w obliczenia, więc cena energii to jeden z jej największych kosztów przyszłego utrzymania. Polskie firmy płacą za prąd mniej więcej dwa razy więcej niż w Skandynawii czy we Francji i więcej niż w Niemczech. Dla dużego centrum danych, które pobiera średnio 80 megawatów, różnica jest spora, bo najwięksi odbiorcy płacą w Polsce około 184 euro za megawatogodzinę, a we Francji 72. To rachunek wyższy o nawet 80 milionów euro rocznie. Sporo.
Tyle że sama energia razem z siecią kosztuje u nas mniej więcej tyle co w Hiszpanii i mniej niż w Niemczech. Drożej robi się dopiero po uwzględnieniu podatków i różnych dodatkowych opłat, które w Polsce stanowią około 40 procent ceny. Politycy mogą to częściowo zmienić. Finlandia tak zrobiła i wprost obniżyła centrom danych podatki związane z tym typem inwestycji, żeby tylko przyciągnąć kapitał.
To jednak nie rozwiązuje całego problemu, bo prąd w Polsce należy do najbardziej emisyjnych w Europie. Jest dwa razy brudniejszy od niemieckiego i dziesięć razy od fińskiego. Wciąż ponad połowę energii elektrycznej wytwarzamy z węgla.
Dla Google'a czy Microsoftu to poważny problem, bo obiecywali inwestorom neutralność klimatyczną. Centra danych nie zaakceptują też jakichkolwiek przerw w dostawach. Serwery pracują całą dobę, więc mocno rozbudowane u nas OZE w formie fotowoltaiki to też za mało. Potrzeba więc wiatraków, a tych z kolei nie tak łatwo postawić przez problematyczną ustawę.
Wielkim korporacjom trudniej uzasadnić budowę dużych centrów danych akurat w Polsce, skoro każda megawatogodzina z naszej sieci psuje ich statystyki.
Tym bardziej że na sam koniec dochodzą problemy z siecią energetyczną i urzędami. Budowa centrum danych trwa w Polsce około czterech lat, z czego ponad dwa to… samo czekanie na decyzje. WTF?
Jak to wygląda w praktyce, opisywał Puls Biznesu na przykładzie dewelopera, który chce postawić centrum danych w Dąbrowie Górniczej. Inwestycja warta nawet 3,5 miliarda złotych. Centrum danych na co najmniej 50 megawatów i do tego wielki magazyn energii, czyli dokładnie to, czego polskiej sieci brakuje.
Zanim wbił pierwszą łopatę, musiał wpłacić 6 milionów złotych kaucji i wydać ponad 25 milionów na samo przygotowanie projektu. Potem stracił kilka miesięcy przez literówkę w decyzji urzędu.
Dodajcie do tego fakt, że na przyłączenie do sieci czeka się często nawet półtora roku i dłużej. Tak to my potęgą AI nie zostaniemy.
Czy Polska może zostać europejskim hubem AI?
Czy to wszystko da się jakoś zmienić? Tak, ale nie z dnia na dzień. Najwięksi optymiści to analitycy Pekao, którzy w czerwcowym raporcie piszą, że Polska może stać się jednym z kluczowych hubów centrów danych w Europie, a ich główny argument to bezpieczeństwo energetyczne. Od importu energii zależymy mniej niż przeciętny kraj Unii.
Do tego budujemy dziś najwięcej w Europie elektrowni gazowych, które dają czysty prąd niezależnie od pogody.
Zmienia się też to, skąd bierzemy czystą energię. W lipcu popłynął pierwszy prąd z pierwszej polskiej morskiej farmy wiatrowej, a do 2030 roku na Bałtyku ma pracować około 6 gigawatów takich farm. Wiatr na morzu wieje bardziej równomiernie i stale niż na lądzie, więc to dokładnie ten rodzaj czystej energii, którego szukają centra danych. Oprócz tego w 2036 roku w Polsce ma ruszyć pierwszy blok jądrowy, który też oferuje stabilną i czystą energię.
Ponadto PSE, czyli Polskie Sieci Elektroenergetyczne, w nowym planie rozwoju sieci pierwszy raz na poważnie rezerwują miejsce dla centrów danych na ponad 3 gigawaty w 2036 roku. Polska walczy też o unijną gigafabrykę AI, czyli ogromne centrum obliczeniowe finansowane razem z Unią. Decyzja o nim zapadnie na początku 2027 roku.
Samych projektów też nie brakuje. Są takie w Koninie, pod Bełchatowem czy na Pomorzu i każdy na ponad 100 megawatów. Żaden z nich się jednak jeszcze nie buduje.
Na wykresie zestawiłem różne prognozy dla Polski dotyczące mocy centrów danych. Ich rozrzut jest ogromny. W czarnym scenariuszu w 2030 roku mamy około 500 megawatów, czyli dwa razy więcej niż dziś, a wielkie kampusy AI powstają w Skandynawii i Hiszpanii. W najbardziej optymistycznym, który przygotowało PSE, w 2036 roku jest ponad 3 gigawaty, a centra danych zużywają 7–8 procent polskiego prądu. Dziś to około 1 procent. Niezależnie jednak od wariantu do 2028 roku wielkich postępów nie będzie. Prawdziwa zmiana skali to prędzej lata 2028–2032.
Po co Polsce centra danych i serwerownie?
Jeśli wszystko pójdzie dobrze. I tu warto się zatrzymać, bo ktoś słusznie pewnie zapyta: po co nam to w ogóle? Skoro to tylko hale pełne serwerów, które nikogo nie zatrudniają, to czemu mielibyśmy się o nie bić z Finlandią? Według PwC branża centrów danych daje dziś około 0,3 procent tego, co wytwarza cała polska gospodarka, i utrzymuje około 41 tysięcy miejsc pracy.
Ano po to, że centrum danych nie jest fabryką miejsc pracy, tylko infrastrukturą. Jak port, autostrada albo lotnisko. Port też zatrudnia garstkę ludzi w stosunku do tego, co przez niego przepływa, a mimo to nikt nie pyta, po co Rotterdamowi port.
Wartość centrum danych leży nie w nim, tylko w tym, co umożliwia. Umożliwia np. usługi, które muszą być blisko. Każde 100 kilometrów to opóźnienie, a bank, szpital, firma logistyczna czy nawet głupia gra online potrzebują serwera obok, nie w Finlandii. Brak lokalnej mocy obliczeniowej to wolniejsze, droższe i gorsze usługi dla całej gospodarki.
Do tego centrum danych u nas to dane, które z Polski wyjść nie mogą. Sektor publiczny, banki pod nadzorem KNF, energetyka, obronność – to wszystko sektory, dla których chmura za granicą jest albo zakazana, albo politycznie nie do przyjęcia, a Unia z każdym rokiem zaostrza wymóg, żeby europejskie dane leżały w Europie.
To jest popyt, który nie patrzy na cenę prądu, bo nie ma wyboru. Centrum danych płaci też podatek od nieruchomości liczony w milionach rocznie. Dla gminy to jak kopalnia bez kopalni.
I teraz uczciwie o raporcie Pekao. Argument o bezpieczeństwie energetycznym jest prawdziwy. Po 2022 roku zależność od importu prądu to dla Niemiec realny problem, a dla nas nie, ale to argument dla analityka, nie dla Microsoftu. Microsoft patrzy na cenę megawatogodziny, emisyjność i czas przyłączenia. Polska tu przegrywa.
Cena jest do naprawienia podatkami, jak w Finlandii, czyli jedną ustawą. Emisyjność nie jest do naprawienia ustawą. Dlatego moje zdanie jest takie, że hubem dla CAŁEJ Europy to my nie będziemy. Hubem dla NASZEJ części Europy być możemy. Dla Czech, Słowacji, Bałtów, Ukrainy po wojnie. Dla nich Helsinki są za daleko. To jest rynek kilkukrotnie większy niż dzisiejsza Polska i to o niego warto grać.
Jakie spółki z GPW zarobią na centrach danych?
Niezależnie jednak od tego, jak wysoko będziemy w europejskiej hierarchii centrów danych, to wzrost inwestycji w tym zakresie jest pewny. Swego rodzaju boom w tym obszarze też. Kto więc na giełdzie może na tym zarobić? Pierwsze skojarzenie to energetyka.
Centra danych zużywają mnóstwo prądu, więc PGE, Tauron czy Enea sprzedadzą go więcej. Tylko że to drobne. Centrum danych o mocy 100 megawatów to dla sprzedawcy około 400–450 milionów złotych przychodu rocznie, ale przy marży kilku procent zostaje z tego od kilkunastu do trzydziestu kilku milionów zysku.
Prawdziwe pieniądze są jednak w dystrybucji energii elektrycznej, czyli w sieciach, które dostarczają prąd do odbiorcy. Ten biznes działa zupełnie inaczej niż handel prądem. Dystrybutor ma na swoim terenie monopol, bo nie wybierzecie sobie innego właściciela kabli pod domem. Dlatego o tym, ile może zarobić, decyduje Urząd Regulacji Energetyki. Bierze wartość sieci, którą operator zbudował, i pozwala mu zarobić na niej określony procent rocznie, dziś mniej więcej 7,5 procent plus premie. W praktyce przypomina to lokatę, na której oprocentowanie ustala urząd.
Co z tego wynika? Dystrybutor nie zarabia więcej dlatego, że przez jego kable płynie więcej prądu. Zarabia więcej, kiedy ma większą sieć. Centrum danych, które potrzebuje 50 czy 100 megawatów, wymusza budowę nowych stacji i linii. Każdy wydany na nie miliard złotych powiększa „lokatę”, od której operator dostaje odsetki.
Są tu jednak dwa haczyki. Pierwszy to fakt, że oprocentowanie tej lokaty ustala urzędnik. W listopadzie 2025 roku wystarczyło, że minister energii zapowiedział przegląd taryf, a inwestorzy zaczęli się bać obniżki tego oprocentowania. Kursy Tauronu, Enei i PGE spadły w jeden dzień od 6 do ponad 11 procent. Miesiąc później URE rzeczywiście je obniżył.
Drugi haczyk jest taki, że największe kampusy centrów danych mogą się podłączyć bezpośrednio do sieci PSE, z pominięciem lokalnego dystrybutora, a PSE to spółka Skarbu Państwa spoza giełdy.
Tauron, PGE czy Enea – kto zyska na boomie AI?
Z giełdy zostają więc trzej kandydaci: Tauron, PGE i Enea. Żeby wybrać zwycięzcę, patrzę na dwie rzeczy. Jak duża część ich biznesu w ogóle może skorzystać na centrach danych i gdzie te centra mają powstać.
Pierwsza rzecz to udział dystrybucji w zyskach. W Tauronie dystrybucja daje około dwóch trzecich EBITDA, w Enei połowę, a w PGE tylko około 40 procent. Resztę zarabiają elektrownie, ciepłownie i handel energią, a w Enei także kopalnia Bogdanka. Im większą część spółki stanowią sieci, tym mocniej każdy nowy odbiorca, który wymusza rozbudowę sieci, przekłada się na wynik całej grupy. Tauron tutaj wygrywa.
Tyle że sporo zależy od tego, gdzie te centra powstaną. Na mapie PSE widać, gdzie operator spodziewa się nowych centrów danych do 2036 roku. Poza Warszawą, którą obsługuje Stoen (również nienotowany na GPW), najwięcej ma ich powstać wokół Wrocławia i Krakowa, na terenie Tauronu, oraz wokół Poznania, na terenie Enei, w każdym z tych miejsc po około 300 megawatów. Tauronowi dochodzą jeszcze Gliwice i okolice Dąbrowy Górniczej, więc potencjalnie to on ma u siebie najwięcej przyszłej mocy.
PGE ma ciekawą kartę w okolicach Bełchatowa. Przy tamtejszej stacji zewnętrzny inwestor planuje kampus do 500 megawatów, a pierwszy budynek ma ruszyć około 2029 roku.
Po geografii potencjalnym zwycięzcą znowu byłby Tauron. Ma największą część biznesu w sieciach i sporo przyszłych centrów danych potencjalnie na swoim terenie.
Nie jest to żaden pewniak i wszystko może się zmienić, a centra nie powstać, ale trzeba gdzieś szukać tropów. Te trzy energetyczne spółki to jednak nie koniec.
Inną drogą zarabia Polenergia. Podpisuje z globalnymi firmami wieloletnie kontrakty na prąd z farm wiatrowych. W styczniu zawarła 15-letnią umowę z nieujawnioną, globalnie rozpoznawalną firmą, która ma dać do 53 milionów złotych przychodu rocznie. Przy EBITDA rzędu 510 milionów to odczuwalna kwota. Umowa startuje w 2029 roku.
Pośrednio mogą skorzystać jeszcze Budimex, który planuje własne centrum danych w Warszawie, oraz Elektrotim, który buduje stacje i linie dla energetyki.
Przyszłość centrów danych w Polsce do 2036 roku
Mamy chętnych, mamy miejsce i coraz więcej czystej energii z Bałtyku. Jeśli politycy to wykorzystają i pomogą regulacyjnie, to możemy zostać centrum danych dla całej naszej części Europy. Jeśli nie, Google dalej będzie wydawał miliardy w Finlandii.
W wyścigu o sztuczną inteligencję Polska nie przegrywa na algorytmach, bo mamy ElevenLabs, mamy DataWalk, mamy inżynierów, których Dolina Krzemowa podkupuje. Nie przegrywa na pieniądzach, bo kapitał stoi w kolejce, deweloper w Dąbrowie miał gotowe trzy i pół miliarda. Polska przegrywa na papierze.
Na decyzji o przyłączeniu, która trwa półtora roku. Na kaucji, którą trzeba wpłacić, zanim ktokolwiek odpowie. Na literówce, która kosztuje kwartał opóźnienia.
Finlandia wygrała, bo w 2015 roku jedną decyzją obniżyła centrom danych podatek i jedną decyzją skróciła procedury. Mamy chętnych, mamy miejsce, mamy Bałtyk, ale mamy też urząd, który musi zdecydować, czy chce być Finlandią, czy bawić się w pierdoły o literówkach.
Dla inwestora niestety oznacza to, że kto obstawia polskie centra danych, ten obstawia reformy podejścia urzędów i to jest chyba najstraszniejsze podsumowanie.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk








