Wstęp
Debiut giełdowy to taka pierwsza randeczka. Spółka przychodzi w najlepszym ubraniu, z historią przećwiczoną przed lustrem, wyniki za ostatnie trzy lata ułożone tak, żeby każdy wykres szedł w prawo i w górę.
Bank, który ją przyprowadził, mówi, że to najlepsza partia w mieście. I ludzie się zakochują. Na pierwszej sesji kursy akcji skaczą o 60, 70 procent, a potem mija pół roku i zaczyna być widać, jaka ta spółka jest naprawdę.
Hulajnogi, które w sierpniu były 70 procent nad ceną z oferty IPO, w październiku są 8, bo każda kolejna hulajnoga zarabia tyle samo co poprzednia, a nową trzeba kupić.
Procesor szybszy od Nvidii, który debiutował z plusem 68 procent, dziś jest 20 procent pod kreską, bo wystarczyła plotka, że jego największy klient flirtuje z kimś innym.
Fabryka silników do centrów danych, którą rynek odrzucił na dzień dobry, minus 40 procent, a która, jak sprawdzicie liczby, jest z tej piątki najciekawsza.
Pięć mniej standardowych, ale ciekawych debiutów giełdowych z tego roku. Pięć pierwszych randeczek i weryfikacja po kilku miesiącach. Dla mnie ten test przeszła tylko jedna z nich. Kupcie kwiaty, załóżcie garnitur i zapraszam.
TOP 5 debiutów na giełdzie, które przegapiłeś w tym roku! Początek wielkich historii inwestycyjnych?
Jak oceniać IPO i debiuty giełdowe spółek?
Zanim zaczniemy, to jedna statystyka i jedno pytanie, które będą wracać przy każdej spółce. Jay Ritter z Uniwersytetu Florydy liczy to od czterdziestu lat – przeciętne amerykańskie IPO przez trzy lata po debiucie przegrywa z rynkiem o kilkanaście do dwudziestu punktów procentowych.
Nie dlatego, że debiutanci to złe firmy, tylko dlatego, że na giełdę wchodzi się wtedy, gdy historia wygląda najlepiej, a cena akcji w ofercie publicznej jest ustalana przez ludzi, którzy ją sprzedają. Dlatego pytanie, które zadaję każdemu IPO, nie brzmi „czy to dobra firma”, tylko „z CZEGO ta firma rośnie?”.
Z tego, co już ma, czyli klientów, którzy płacą więcej, albo sprzętu, który zarabia więcej, czy z tego, co dopiero kupuje? Kolejnych hulajnóg, kolejnych firm, kolejnego klienta? Wzrost, który trzeba co roku dokupić, to nie wzrost, a rachunek. Tak oceniam jakość tych IPO, o których dziś będzie.
Lime – czy debiut hulajnóg to dobra inwestycja?
Zacznijmy sobie od Lime. Pewnie kojarzycie zielone hulajnogi i rowery elektryczne, które wypożyczacie przez aplikację. Dla Was to kilka kliknięć, ale dla firmy to cała logistyka. Hulajnoga musi stać we właściwym miejscu, mieć naładowaną baterię i jeździć na tyle często, żeby na siebie zarobić.
Od tego zależy cały biznes Lime. Hulajnoga, która przez cały dzień stoi pod płotem przy kebabie w Pruszkowie, tylko kosztuje. Trzeba ją kupić, serwisować, czasem przewieźć, a w końcu wymienić. Zarabia dopiero wtedy, gdy ktoś nią jeździ. Dlatego w Lime liczą się dwie rzeczy. Ile pojazdów firma ma na ulicach i ile średnio zarabia każdy z nich w ciągu dnia.
Tutaj Lime przez ostatnie lata wyglądało naprawdę dobrze. W 2024 i 2025 roku flota rosła o mniej więcej 20 procent rocznie, a przychód z jednego pojazdu dziennie o około 10 procent. Firma dokładała hulajnogi, a każda z nich zarabiała więcej. Stąd sprzedaż rosnąca o mniej więcej 30 procent rok w rok.
Ważniejsze jest jednak to, co działo się z pieniędzmi. Wypożyczalnie hulajnóg kojarzyły się kiedyś głównie z przepalaniem kapitału inwestorów. Lime z tego wyszło. Marża skorygowanej EBITDA urosła w dwa lata z 19 do 25 procent. Gotówka, która zostaje po zakupie nowych pojazdów i innych inwestycjach, wzrosła w tym czasie od zera do około 100 milionów dolarów rocznie. Według spółki nowa hulajnoga zwraca się średnio po około roku. To niezły powód, dla którego Lime jest lepszym biznesem, niż podpowiada obrazek hulajnogi porzuconej w krzakach.
Zanim się jednak zachłyśniecie, to musicie wiedzieć, że ostatnie kwartały jednak trochę ten obraz psują. W drugim kwartale flota była o ponad 20 procent większa niż rok wcześniej, ale przychód z jednego pojazdu urósł zaledwie o 1 procent.
Lime rośnie teraz głównie dlatego, że wystawia na ulice więcej sprzętu, a sprzęt trzeba zawsze kupić. W pierwszym półroczu, po zakupach nowego sprzętu, z firmy wypłynęło około cztery razy więcej gotówki niż rok wcześniej. Część to sezonowość, bo hulajnogi zarabiają głównie latem, a jeśli zarobek z jednego pojazdu dalej będzie stał w miejscu, każdy kolejny procent wzrostu trzeba będzie po prostu kupić.
Do tego dochodzą miasta i ryzyka regulacyjne. To urzędnicy decydują, ile pojazdów może jeździć po ulicach, a Paryż w 2023 roku w ogóle pożegnał się z hulajnogami na minuty. Całkowicie ich zabroniono i to w wyniku referendum, gdzie około 89 procent głosowało za zakazem. To na razie pewien wyjątek i firmę średnio obeszło. W samym 2025 roku Lime 48 razy dostało zgodę na powiększanie flot w różnych miejscach. To jednak ryzyko regulacyjne, na które firma ma ograniczony wpływ.
Giełda zdążyła już ostudzić swój entuzjazm po tym debiucie. W sierpniu kurs akcji Lime był nawet o ponad 70 procent wyżej niż cena z oferty pierwotnej. W połowie października już tylko około 8 procent.
Moja ocena? Lime udowodniło, że z hulajnóg można zrobić biznes, który zarabia prawdziwą gotówkę, ale to biznes, który rośnie przede wszystkim wtedy, gdy kupuje kolejny sprzęt i dostaje zgody od kolejnych urzędników. Stawiam taki model biznesowy dużo niżej niż firmy, które mocniej przywiązują do siebie klienta. Ja osobiście nie jestem fanem takiego biznesu.
INNIO – silniki gazowe dla centrów danych i AI
Druga spółka, INNIO, zadebiutowała na giełdzie Nasdaq 4 czerwca 2026 roku i rozwiązuje znacznie droższy problem. Możecie postawić centrum danych i zamówić procesory, ale bez prądu cały ten sprzęt będzie stał bezczynnie. INNIO produkuje silniki gazowe. Takie silniki mogą stanąć przy centrum danych i dawać prąd na miejscu, bez czekania latami na przyłącze do sieci energetycznej.
Przez lata był to dość spokojny biznes. Silniki do elektrociepłowni, zakładów przemysłowych i tłoczni gazu. W 2024 roku sprzedaż urosła o 7 procent. Potem przyszły centra danych. W 2023 roku zamówienia od nich były dla INNIO marginesem, a w 2025 roku dawały już około 60 procent wszystkich zamówień na urządzenia. Portfel zamówień na urządzenia, czyli to, co klienci już zamówili, a firma jeszcze nie dostarczyła, urósł od końca 2023 roku do połowy tego roku mniej więcej dziesięciokrotnie. Z 650 milionów do 6,6 miliarda dolarów.
Te zamówienia już zamieniają się w sprzedaż. W 2025 roku przychody INNIO urosły o ponad 20 procent, a w tym roku zarząd zakłada jeszcze szybsze tempo.
Mnie jednak najbardziej podoba się to, co dzieje się później. Silnik pracuje u klienta latami i przez cały ten czas potrzebuje przeglądów, napraw i części. Na świecie pracują już silniki INNIO o łącznej mocy około 44 gigawatów. W 2025 roku serwis dał niecałą połowę przychodów, ale aż dwie trzecie zysku segmentów. Każdy silnik sprzedany dziś do centrum danych to więc klient serwisu na kolejne lata.
Każdy medal ma jednak dwa końce i ostatni kwartał pokazał drugą stronę tego boomu na centra danych. W obecnych warunkach sprzedaż urządzeń rośnie dużo szybciej niż serwis, a na urządzeniach INNIO zarabia mniej niż na serwisie. W efekcie marża EBITDA spadła z około 22 do 18 procent. Przy takiej kolejce zamówień to zrozumiałe. Zarząd musi pokazać, że po rozbudowie produkcji rentowność wróci do normy.
Główne ryzyko inwestowania w INNIO to zależność od jednego trendu. Jeśli inwestycje w centra danych zwolnią albo sieci energetyczne szybciej nadrobią zaległości, kolejka zamówień zacznie się skracać. Do tego INNIO ma spory dług, a z IPO nie dostało ani dolara, bo akcje sprzedawał wyłącznie dotychczasowy właściciel. Plus jest taki, że zysk rośnie szybciej niż dług, a we wrześniu Moody’s i Fitch podniosły oceny ratingowe spółki.
Rynek przyjął jednak INNIO chłodno. W połowie października kurs akcji był już prawie 40 procent niżej niż cena z oferty IPO.
INNIO to dla mnie jednak dużo ciekawsza spółka niż Lime i w ogóle jedna z najciekawszych z całej dzisiejszej piątki. Ma produkt, na który ustawia się kolejka, i serwis, który zostanie, nawet gdy boom osłabnie. Po przecenie wycena jest dziś niższa niż w dniu debiutu. Zarząd ma tylko jedno wyzwanie. Zwiększyć produkcję i nie oddać przy tym marży. Jeśli miałbym w coś zainwestować z tej dzisiejszej paczki, to byłaby to ta firma.
Arxis – debiut giełdowy spółki z branży lotniczej
Trzeci debiutant, Arxis, wszedł na rynek 16 kwietnia 2026 roku i żyje z tego, że klient nie chce zmieniać dostawcy. Firma robi małe części do bardzo drogich urządzeń dla lotnictwa. Złącza, łożyska, uszczelnienia, czujniki. Brzmi nudno, ale spróbujcie przekonać producenta samolotu, żeby oszczędził kilka dolarów na małym elemencie, od którego zależy niezawodność całej maszyny.
Taka część jest projektowana pod konkretny samolot czy rakietę, testowana i zatwierdzana przez klienta. Zmiana dostawcy oznacza nowe testy i ryzyko, a skoro część kosztuje grosze w porównaniu z całym urządzeniem, to nikt nie szuka oszczędności akurat tutaj.
Nawet jeśli uszczelka jest obiektywnie droga, to i tak jej cena jest niczym wobec całego samolotu. To daje Arxis dużą swobodę w ustalaniu cen. Prawie połowa sprzedaży trafia do obronności i kosmosu, reszta do lotnictwa cywilnego i przemysłu.
Arxis urósł przede wszystkim przez przejęcia. Spółka szuka firm, które robią podobne krytyczne elementy do lotnictwa jak ona sama, i kupuje je. Od 2019 roku kupiła ponad 30 firm, a w 2025 roku jej sprzedaż podwoiła się, głównie dzięki dużym zakupom. Dlatego patrzę na wzrost organiczny, czyli bez przejęć. Ten jednak bardzo mi się podoba. W 2025 roku sprzedaż bez przejęć urosła o 9 procent, w pierwszym kwartale tego roku o 17, a w drugim już o 21 procent. Jednocześnie co roku rośnie marża. Z każdych 100 dolarów sprzedaży zostaje dziś około 40 dolarów EBITDA, a dwa lata temu niecałe 33.
Ostatni kwartał tylko to potwierdził, a zarząd podniósł prognozy na cały rok. Dużą część pieniędzy z IPO firma przeznaczyła na spłatę długu, który w relacji do zysku spadł o ponad połowę.
Problemem tutaj jest głównie cena akcji. Kurs Arxis jest dziś ponad 90 procent wyżej niż w IPO, a licząc razem z długiem, rynek wycenia Arxis na mniej więcej 30-krotność EBITDA, którą firma ma zarobić w tym roku. Sporo nawet jak na świetny biznes.
Biznesowo Arxis ekstremalnie mi się podoba, ale trochę za szybko dostał wycenę analogiczną do dużo starszego konkurenta Heico. Jasne, za jakość trzeba zapłacić, ale po takim rajdzie kursu wolałbym poczekać, aż wyniki finansowe dogonią kurs.
Bending Spoons – przejęcia firm i wzrost na kredyt
Czwarta spółka debiutowała 1 lipca 2026 roku. Bending Spoons. Ona też buduje się na przejęciach, ale kupuje coś zupełnie innego. Evernote, Vimeo, WeTransfer, AOL czy Eventbrite. Znane marki technologiczne, które najlepsze lata często mają już za sobą, ale wciąż mają miliony użytkowników i rozpoznawalne produkty.
Grupa wychodzi z założenia, że nie trzeba budować kolejnej aplikacji od zera, skoro można kupić taką, która już ma klientów, tylko jest nieefektywnie zarządzana. Po przejęciu Bending Spoons mocno tnie zatrudnienie, ujednolica zaplecze technologiczne i często ostro podnosi ceny abonamentów. Chodzi o to, żeby z istniejącej bazy użytkowników wypracować znacznie większe zyski.
Obniżyć koszty przez ograniczenie zatrudnienia i podnieść przychody przez ceny. Klient, który korzysta z aplikacji od lat, ponarzeka na droższy abonament, ale przeprowadzka gdzie indziej też kosztuje go czas i nerwy. Szczególnie jeśli przez lata zgromadził tam swoje pliki, notatki czy całe procesy pracy. Na tej niechęci do zmiany dostawcy Bending Spoons zarabia.
Najlepiej widać to na Evernote. Przez dwa lata przed przejęciem jego przychody stały w miejscu. Po zmianach wprowadzonych przez Bending Spoons urosły o około 30 procent.
W skali całej grupy ten model biznesowy działa imponująco. Od 2023 do 2025 roku przychody urosły ponad trzykrotnie, a z każdego dolara sprzedaży zostaje coraz więcej zysku, przynajmniej według miary, którą pokazuje sama spółka. Gdy porównamy te same firmy rok do roku, tak jakby grupa miała je już wcześniej, obrazek będzie skromniejszy. W 2024 roku taki wzrost wyniósł 7 procent, w 2025 roku 13, a w drugim kwartale tego roku już tylko 3 procent. Bending Spoons rośnie więc przede wszystkim dlatego, że kupuje kolejne firmy.
To spory czynnik ryzyka. Żeby utrzymać tempo wzrostu, grupa musi kupować coraz więcej i coraz drożej. W 2023 roku kupiła firmy warte łącznie niecałe 200 milionów dolarów, w 2025 roku prawie 2 miliardy, a w samym pierwszym kwartale tego roku więcej niż w całym poprzednim. We wrześniu zamknęła zakup Airtable i podpisała umowę na przejęcie Miro, w obu przypadkach za ponad miliard dolarów. Na te zakupy grupa w dużej części pożycza.
Jeśli zabraknie tanich okazji do przejęć, zarząd stanie przed wyborem między wolniejszym wzrostem a przepłacaniem. Żaden wybór nie będzie dobrze odebrany przez rynek.
Na giełdzie Bending Spoons przeszło przez te kilka miesięcy prawdziwą huśtawkę. W sierpniu kurs był ponad 80 procent wyżej niż w IPO. Potem przewaga stopniała do około 10 procent. W połowie października Berkshire Hathaway, który kupił akcje już przy debiucie, dołożył kolejne 330 milionów dolarów, a kurs w jeden dzień wystrzelił o ponad 40 procent. Dziś jest prawie dwa razy wyżej niż w IPO.
Bending Spoons traktuję głównie jako zakład na zarząd, bo firma, która sama z siebie rosła ostatnio o 3 procent, a resztę dokupuje w dużej części na kredyt, jest bardzo zależna od tego, czy jutro trafi się kolejna dobra okazja.
I jedna uwaga do tego skoku kursu o 40 procent, bo zobaczyłem już w komentarzach „skoro Berkshire kupuje, to ja też”. Berkshire kupiło Bending Spoons przy debiucie, a potem dokupiło, ale mówiłem Wam już przy materiale o Buffetcie, że kopiowanie Berkshire z opóźnieniem to kopiowanie czyjejś pozycji bez jego ceny, jego horyzontu i jego wiedzy.
Greg Abel może sobie pozwolić na zakład na zarząd, który kupuje firmy na kredyt, bo dla Berkshire to zaokrąglenie portfela. Ciekawostka. Jeśli dla Was portfelowo też taką pozostanie – super. Jeśli wejdziecie all in, to liczcie się z tym, że pobuja.
Cerebras – procesory AI szybsze od Nvidii?
Piąty i ostatni debiutant giełdowy to Cerebras. Zupełnie inna bajka, a na giełdzie pojawił się 14 maja 2026 roku. Tutaj obietnica jest największa. Firma projektuje gigantyczne procesory AI, z których każdy zajmuje niemal cały krzemowy wafel, i buduje na nich systemy do sztucznej inteligencji. Postawcie ich chip obok procesora Nvidii, a zobaczycie, o jakiej skali mówimy.
Na czym Cerebras chce zarabiać? Na szybkości. Jeśli prosicie model AI o jedno zdanie, kilka sekund różnicy nie zmieni Waszego życia. Jednak agent AI, który wykonuje po kolei dziesiątki kroków, za każdym razem czeka na odpowiedź.
Każda zaoszczędzona sekunda mnoży się przez liczbę kroków, a za to klient może zapłacić więcej. Cerebras chwali się, że na jego sprzęcie modele sztucznej inteligencji odpowiadają nawet kilkanaście razy szybciej niż na kartach graficznych.
To możliwe dzięki nietypowej konstrukcji procesora, który jest wielki. Pozwala to umieścić ogromną ilość szybkiej pamięci bezpośrednio na chipie, tuż obok rdzeni obliczeniowych. Dzięki temu dane nie muszą być nieustannie przesyłane między procesorem a zewnętrzną pamięcią, co przyspiesza obliczenia.
Na wykresie spore znaczenie ma jednak drobny druczek. Te kilkanaście razy szybciej to porównanie z typowymi chmurami na kartach graficznych. Gdy Cerebras stanął obok najmocniejszego systemu Nvidii, Blackwella, przewaga spadła do mniej więcej dwóch i pół raza. Dużo, ale już nie tak przełomowo.
Historia wzrostu spółki wygląda jednak spektakularnie. Od 2022 do 2025 roku przychody Cerebras urosły około 20 razy, a w sierpniu zarząd podniósł prognozę na ten rok.
Problem polega na tym, kto za ten wzrost płacił. W 2023 i 2024 roku ponad 80 procent sprzedaży przypadało na jednego klienta, firmę G42 z Abu Zabi. W 2025 roku G42 razem z uczelnią AI z tego samego emiratu wciąż dawały ponad 80 procent.
Teraz do gry weszło OpenAI, z kontraktem wartym ponad 20 miliardów dolarów. W ostatnim kwartale dwóch największych klientów dało razem dwie trzecie sprzedaży. Zależność trochę się rozkłada, ale z perspektywy akcjonariusza to wciąż losy firmy w rękach jednego czy dwóch klientów.
Jak bardzo to wrażliwe, pokazał przełom września i października. Pojawiły się doniesienia, że jeden z najszybszych trybów OpenAI działa na sprzęcie Nvidii, więc akcje Cerebras mocno spadły.
Odbiły, gdy Sam Altman zapewnił, że Cerebras to bliski partner. Nikt nie zerwał kontraktu. Wystarczyła wątpliwość co do miejsca Cerebras w łańcuchu pokarmowym rynku sztucznej inteligencji.
Do tego firma wciąż traci na podstawowej działalności. W 2025 roku do każdych 100 dolarów sprzedaży dokładała prawie 30 dolarów. Pieniędzy z IPO ma sporo, ale rentowności jeszcze tu nie widać. Z jednej strony to niby nic wyjątkowego w spółkach na tym etapie rozwoju, ale z drugiej strony inwestor ma dziś do wyboru całą plejadę spółek półprzewodnikowych, które są rentowne jak nigdy wcześniej, a też rosną wyjątkowo szybko. Relatywna atrakcyjność inwestycyjna Cerebras wypada więc dość… kiepsko.
Kurs akcji dobrze oddaje te emocje. W dniu debiutu skoczył o 68 procent ponad cenę z oferty, a w połowie października był już ponad 20 procent poniżej niej. Kto kupił na zamknięciu pierwszej sesji, traci już ponad połowę.
Cerebras ma najbardziej widowiskową technologię w tej piątce i najszybciej rosnącą sprzedaż bez pomocy przejęć. Ale dopóki los firmy zależy od decyzji jednego czy dwóch klientów, wolę ją obserwować z boku.
Które IPO z 2026 roku wygląda najciekawiej?
Wróćmy do pytania z początku – na czym rośnie spółka, bo po pięciu debiutach giełdowych widać, że to właśnie to pytanie, a nie branża, dzieli tę piątkę na pół. Dwie rosną z tego, co kupują: Lime kupuje hulajnogi, Bending Spoons kupuje firmy, i obie muszą co roku kupić więcej, żeby pokazać wzrost.
Trzy rosną z tego, co mają: INNIO z kolejki do własnego produktu, Arxis z części, których nikt nie chce zmieniać, Cerebras z technologii, którą ma tylko ono.
Z tych trzech jedna jest za droga, jedna zależy od dwóch klientów, a jedna została przeceniona o 40 procent, bo rynek przestraszył się marży. Dlatego dla mnie to właśnie INNIO jest najciekawsze.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk








