Wstęp
Meta…. Metunia… Kochana moja. Największa pozycja mojego prywatnego portfela obrzucana błotem jako „przegrany wyścigu AI”, wyśmiewana za miliardy pakowane w centra danych, które skończą „jak Metaverse”. No to macie swój Metaverse. Metunia wstała i pokazała wszystkim środkowy palec.
Powód nazywa się Muse. Osobisty agent AI, któremu podpinacie maila, kalendarz i kartę, a on sam rezerwuje, zamawia, klika i zna Was lepiej niż Wy sami, bo ma dostęp do Waszego Instagrama i Facebooka.
1,8 miliona pobrań w dwanaście dni. Najszybciej rosnąca aplikacja konsumencka w historii. Tak, szybsza niż ChatGPT. O tym będzie sporo w tym FinWeeku, ale spokojnie.
Będzie też o NOVO NORDISK i ostatnim spadku po konferencji dla inwestorów, ale wyluzujcie, będą też pozytywne informacje.
Strefa euro przyspiesza mimo drogiej energii, Niemcy dostały pierwszą podwyżkę prognozy OECD po kilkunastu cięciach z rzędu, a akcje McDonald’s spadły najniżej od 2022 roku i, uprzedzam, będę się z tego cieszył nieprzyzwoicie głośno, bo od dwóch lat mówiłem, że wycena McD to żart.
A jeszcze trochę powiemy o tym, jak Kreml przejął sobie ot tak rosyjski oddział Nestlé. Lecimy.
No i przecież, przecież! Spore zmiany w agresywnym portfelu Freedom24. Dwie spółki do kosza, a dwie nowe wchodzą do gry. To teraz lecimy.
Meta wyprzedza ChatGPT! Duże zmiany w moim portfelu i co dalej z Novo Nordisk?
Meta podbija świat AI przez agenta Muse
Meta, Metunia kochana moja. Największa pozycja prywatnego portfela. Jak Ty się mnie podobasz. Meta wypuściła nowy produkt, agenta konsumenckiego AI Muse, i podbija nim świat AI. To nie to samo co agenci typu Claude Code. Muse ma zupełnie inne zadanie.
Chatbota pytacie, który hotel wybrać, a potem sami idziecie na Bookinga, porównujecie ceny i rezerwujecie. Agentowi AI zlecacie całe zadanie od początku do końca. Podpinacie mu maila, kalendarz i płatności, a on sam klika, rezerwuje, zamawia. Działa dalej, nawet gdy zamkniecie aplikację, i pamięta Wasze preferencje, bo w końcu ma dostęp do Waszych danych z FB czy Instagrama, więc z każdym tygodniem zna Was lepiej.
Jak to przyjęli ludzie? Lepiej niż ktokolwiek zakładał. W pierwszych 12 dniach Muse zanotował 1,8 miliona pobrań na iPhone’ach w Stanach i Kanadzie. ChatGPT w tym samym momencie po swojej premierze miał 1,3 miliona, a przecież to była do tej pory najszybciej rosnąca aplikacja konsumencka w historii. Teraz to miano zyskał Muse.
Jeszcze lepiej wygląda zaangażowanie. Dwunastego dnia Muse miał w USA 642 tysiące aktywnych użytkowników, prawie trzy razy więcej niż ChatGPT na tym samym etapie.
Rynek nagle przeprosił się z Metą, bo dostał odpowiedź na pytanie, gdzie idą wszystkie pieniądze z inwestycji w centra danych, które wykłada Zuckerberg. W poniedziałek więc kurs Mety wzrósł o 12%, a następnie cały tydzień kontynuował wzrosty. Przez cały rok Meta nosiła łatkę przegranego w wyścigu AI, a inwestorzy bali się, że miliardy wydawane na centra danych skończą jak wydatki na Metaverse. Muse tę łatkę zerwał.
Muse nie zmienia jednak jedynie tego, jak rynek postrzega Metę. Muse powinien zmieniać to, jak postrzegamy dziś Internet i to, gdzie w Internecie można zarabiać. Wiele internetowych marek to w gruncie rzeczy zastępstwo dla researchu. Macie przed sobą 50 ofert kredytu, wynajmu auta albo hotelu i nie chce Wam się porównywać wszystkich 50. Przy piątej macie dość, więc bierzecie jakąś porównywarkę albo jakąś stronę, która agreguje popyt, typu Booking, i wykorzystujecie ją, żeby porównała te oferty za Was. Oszczędzacie czas i nerwy.
Na agregowaniu ofert przez lata świetnie zarabiały platformy, które zbierają za nas oferty w jednym miejscu, porządkują je i pobierają za tę wygodę swoją marżę. Dla przykładu Booking pobiera od 15 do 20% kwoty, jaką płacicie za nocleg.
Rynek połączył więc kropki dotyczące tego, kto straci na nowych agentach konsumenckich AI. Wszyscy, którzy zarabiają na tym, że klientowi nie chce się porównywać. Booking, DoorDash i Instacart w ostatnich dniach wyraźnie więc potaniały. Zwłaszcza Booking. Im większa część zysku spółki pochodzi z reklam i z tego, że klient odkrywa produkty na jej własnej stronie, tym więcej ma do stracenia.
Jak bardzo innych zabolał i zaskoczył Muse, widać dobrze w reakcjach pozostałych. W poniedziałek Amazon zablokował Muse i odciął mu możliwość robienia zakupów na swojej platformie. Oficjalnie powiedział, że Meta go nie uprzedziła, agent nie przedstawia się jako agent i do tego przechowuje dane logowania użytkowników. Meta odpowiedziała, że Muse nie widzi ani haseł, ani kart płatniczych, bo te trafiają do zabezpieczonego sejfu. Te powody to jednak tylko wymówka, a gra toczy się o coś innego.
Amazon zarobił w zeszłym roku na reklamach 68 miliardów dolarów, co stanowi niecałe 10% przychodów spółki, ale bardzo wysoko rentownych przychodów. W samym drugim kwartale 2026 roku ten segment urósł o 26% względem roku wcześniej, więc ten biznes wciąż rośnie w bardzo szybkim tempie.
Dużą część tych pieniędzy dają oferty sponsorowane. Sprzedawcy płacą Amazonowi za to, żeby ich produkt wyskoczył wyżej w wynikach wyszukiwania na stronie. Człowieka da się skusić do kliknięcia w ofertę na górze listy. Agenta nie.
Agent szybko przejrzy cały katalog i wybierze najlepszą cenę i dostawę, niezależnie od tego, kto zapłacił za pozycję na górze listy. Jeśli między klientem a Amazonem stanie cudzy agent, który będzie przeglądał sklep zamiast człowieka, to Amazon przestanie być miejscem, któremu sprzedawca płaci za lepsze pozycjonowanie na stronie. W efekcie część tych przychodów z reklam może wyparować.
Kilka dni później, na swojej dorocznej konferencji dla sprzedawców, Amazon otworzył narzędzia do zarządzania sklepem dla zewnętrznych agentów, ale nie dla agentów konsumenckich, tylko agentów dla sprzedawców, czyli mowa o czymś innym.
Zaczął od Claude’a od Anthropic, w którym jest jednym z dużych inwestorów, oraz od własnego asystenta. Sprzedawca może teraz sprawdzać stany magazynowe, zmieniać ceny i poprawiać oferty prosto z czatu, bez logowania do panelu Amazona.
Czyli ogólnie agenci tak, ale tylko ci, których wybierze Amazon, i na zasadach Amazona. Nie ma się co dziwić. Biznes jest biznes. Shopify zareagował jednak całkowicie odwrotnie od Amazona, ale też prowadzi całkiem inny model biznesowy.
Odpowiednik Shopera zza oceanu zaprasza agentów i właśnie dodał Metę i agenta Muse jako kanał sprzedaży dla swoich sklepów. Mówicie agentowi, żeby znalazł buty do biegania poniżej 150 dolarów w rozmiarze 44, a on przeszukuje tysiące sklepów na Shopify, wybiera najlepszą ofertę i kupuje.
Shopify może sobie na to pozwolić, bo nie zarabia na interfejsie ani na reklamach na własnej stronie jak Amazon, tylko na kreatorze sklepów i obsłudze płatności. Sprzedawcy stawiają własny sklep internetowy na infrastrukturze Shopify. W efekcie tej spółce jest wszystko jedno, kto przyprowadzi klienta, byle transakcja przeszła przez jego koszyk. Do tego małe sklepy, których człowiek nigdy by sam nie znalazł, nagle stają się widoczne dla agenta. To może prowadzić do rozproszenia rynku. Giełda to zrozumiała i nagrodziła Shopify mocnym wzrostem kursu.
Tylko że to wcale nie oznacza, że marketplace’y mają problem. One zrobią blokady, postawią swoich agentów, dalej będą pobierać kasę za reklamy, żeby robić pozycjonowanie w swoich agentach, którzy będą gadać z Muse i podobnymi agentami. WSZĘDZIE AGENCI.
Teraz jeszcze czas na drugą stronę tej historii, czyli na to, kto dostarczy do tego wszystkiego moc obliczeniową. Pamiętajcie, że taki Muse sprawia, że każdy użytkownik ma w chmurze własną maszynę, która klika, przegląda strony i przechowuje dane. To oznacza ogromny popyt na procesory, pamięć i dyski. Widać to było od razu na kursach. W poniedziałek razem z Metą mocno rosły ARM, AMD i Intel.
Czemu? Bo właśnie dostaliśmy kolejne potencjalnie przełomowe rozwiązanie AI, które będzie potrzebować masę mocy obliczeniowej, a to oznacza, że półprzewodniki mają przed sobą jeszcze spoooorą drogę na północ!
Jeśli dalej wierzycie w bańkę i czekacie na peronie, to naprawdę szkoda strzępić ryja. Sam odjeżdżam i żegnam czule.
Gospodarka strefy euro przyspiesza we wrześniu
Witam za to również czule w końcu większe przyspieszenie w strefie euro. Wrzesień miał być dla Europy miesiącem próby. Kryzys energetyczny się zaostrzył, gaz wyraźnie podrożał, brakuje oleju napędowego, a dostawcy z Bliskiego Wschodu odwołują dostawy paliw. Konflikt USA z Iranem trwa już blisko siedem miesięcy i końca nie widać. Do tego rosną rentowności obligacji, więc kredyt drożeje. Ekonomiści spodziewali się spowolnienia, a wyszło dokładnie odwrotnie.
Wskaźnik PMI dla strefy euro wzrósł we wrześniu z 52 do 53,1 punktu i jest najwyżej od prawie trzech i pół roku. PMI to comiesięczna ankieta, w której menedżerowie w firmach mówią, jak wyglądają u nich zamówienia, produkcja, zatrudnienie i ceny. Wynik powyżej 50 oznacza, że aktywność gospodarcza rośnie, a poniżej 50, że się kurczy. Menedżerowie wiedzą pierwsi, co się dzieje w ich biznesie, bo zamawiają surowce, zanim ruszy produkcja, i dlatego rynek tak uważnie ten wskaźnik śledzi. Jest to wskaźnik wyprzedzający, który zwiastuje zmianę w gospodarce, zanim ta pokaże się w twardych danych.
Najmocniej zaskoczyły tu Niemcy. Tamtejszy PMI wyniósł 53,8, najwięcej od 11 miesięcy.
Do tego OECD podniosło prognozę wzrostu niemieckiego PKB na ten rok z 0,7 do 1,1%. To może brzmieć skromnie, ale posłuchajcie kontekstu. Przez ponad trzy lata OECD aż 11 razy obcinała prognozy dla Niemiec. To pierwsza wyraźna podwyżka od prawie czterech lat, a przemysł w strefie euro, ciągnięty właśnie przez Niemcy, rośnie najszybciej od ponad czterech lat.
Skąd ta siła? Z tego samego źródła, o którym przed chwilą mówiłem przy Mecie. Na świecie trwa boom inwestycyjny w centra danych, energetykę i zbrojenia. OECD wylicza, że aż dwie trzecie wzrostu światowego handlu to dziś towary związane z łańcuchem dostaw sztucznej inteligencji. Najwięcej zyskują kraje, które te towary produkują, i dlatego Korei, gdzie są spółki pamięciowe, jak SK Hynix i Samsung, OECD podniosła prognozę wzrostu z 2,6 do 3,7%.
Niemcy jako kraj przemysłowy też ukroiły sobie kawałek tego tortu. Pieniądze, które wielkie spółki technologiczne wydają na infrastrukturę, trafiają więc również do niemieckich fabryk. Czy to tylko jednorazowy zryw? Wszystko wskazuje, że nie.
Nowe zamówienia w strefie euro rosną najszybciej od maja 2022 roku, a to właśnie one pokazują, co będzie się działo w kolejnych miesiącach. Firmy drugi miesiąc z rzędu zatrudniają więcej ludzi. Nawet Francja, uważana ostatnio za najsłabsze ogniwo Europy, pokazała pierwszy wzrost aktywności od 10 miesięcy i najmocniejszy od ponad dwóch lat, co oddala ryzyko recesji. Cała strefa euro urosła w drugim kwartale o 0,6% po stagnacji na początku roku, a wrześniowe ankiety wskazują na około 0,4% w trzecim kwartale.
Europa chyba po latach wyczekiwania na ten moment naprawdę odbija i wchodzi w okres ożywienia gospodarczego. Może czas zainteresować się doważeniem trochę Europy w portfelach?
Akcje McDonald’s najniżej od 2022 roku
Na pewno lepszy czas niż dopakowanie do portfela McDonald’s, który dostał w tym tygodniu ostry wpier… ostre lanie, a cena akcji jest na poziomach z 2022 roku. No powiem szczerze, że dawno mnie tak nic nie radowało. Teraz jeszcze czas na Walmarta. Naprawdę McDonald’s już dawno na ten zjazd zasłużył, co zresztą wiele razy tu na kanale podkreślaliśmy.
W środę McDonald’s zorganizował dzień inwestora, czyli spotkanie, na którym zarząd przedstawia strategię na kolejne lata. Najważniejsza zapowiedź to 8,5 miliarda dolarów wsparcia dla franczyzobiorców, czyli właścicieli restauracji działających pod szyldem McDonald’s, rozłożone aż do 2036 roku. Pieniądze pójdą na ulgi w czynszach i dopłaty do inwestycji.
Za co rynek ukarał spółkę? Za to, że pieniądze wychodzą ze spółki teraz, a efekty mają przyjść w ciągu następnej dekady. Zarząd pokazał same cele, bez żadnych postępów. Chce na przykład poprawić efektywność restauracji o około 250 punktów bazowych, czyli 2,5 punktu procentowego, między innymi dzięki uproszczeniu obsługi i nowemu systemowi opartemu na sztucznej inteligencji. Brzmi w sumie spoko, tylko że to obietnica na długie lata, a McDonald’s to nie start-up, tylko powolny moloch. Inwestor w McDonald’s nie chce opowieści o tym, co będzie za 10 lat, tylko gotówki tu i teraz.
Od dwóch lat powtarzam, że McDonald’s, Walmart i inne molochy z sektora consumer staples w USA są za drogie i powinny spaść do kibla. W przypadku McDonald’s w końcu się to wydarzyło. Czas na kolejnych.
Serio, za co tu ktoś płacił taki mnożnik? Przez ostatnie 20 lat przychody McDonald’s rosły średnio o 1,8% rocznie. To wolniej niż inflacja, czyli realnie spółka przez dwie dekady nie rosła wcale. Okej, dzięki skupom akcji własnych EPS rósł w bardziej przyzwoitym jednocyfrowym tempie. Odkupowanie sprawia, że akcji jest coraz mniej, a ten sam zysk dzieli się na mniej kawałków. Zysk na akcję rośnie, choć sam biznes stoi w miejscu.
Jednak ślimacze tempo wzrostu przychodów poniżej inflacji połączone z wyceną przekraczającą 25x rocznych zysków to był dla mnie jakiś absurd. Tyle płaci się zwykle za spółki, które rosną szybko, a nie za takie, które ledwo nadążają za cenami w sklepach. Obniżenie wyceny jest tu w pełni zasłużone. Szczególnie kiedy weźmiemy pod uwagę, jak szybko popularyzuje się leczenie GLP-1, które ogranicza łaknienie pacjentów.
Na szczęście po obecnej przecenie mnożnik cena do zysku dla tego biznesu został słusznie skorygowany i spadł z okolic 26 do 18. Oby tam został albo poleciał jeszcze niżej.
Jedyne, co może przyciągnąć tu inwestora, to stopa dywidendy, która po tym spadku wyniosła 3,2%. I chociaż mnie to nie interesuje, to być może wśród Was są inwestorzy dywidendowi. Tylko jednocześnie przypomnę, że te 3,2% to dalej w ciul mało, gdy 10-letnie obligacje USA płacą… około 5%. Nawet polskie obligacje detaliczne dają ponad 4%, więc pytanie, po jakiego grzyba pakować się w McDonald’s dla 3%?
Nie wiem, ale inwestorzy stricte dywidendowi to od zawsze była dla mnie zagadka mentalna, więc nie będę próbował ich zrozumieć. Akcje takich spółek jak McDonald’s mogły być ciekawe w ubiegłej dekadzie, gdy stopy procentowe były bliskie zera, a obligacje płaciły jakieś śmieszne oprocentowanie. Wtedy można było je traktować jako bezpieczny parking dla gotówki, która dodatkowo procentowała na te 2–3%, ale teraz taka spółka, która płaci 3%, nie jest żadną alternatywą.
Dlatego CHWAŁA, ŻE NIE MAM TAKIEGO BADZIDLAKA w portfelu, a skoro o portfelach mowa. Od dobrych 2 tygodni zapowiadałem, że będzie większa zmiana w portfelu agresywnym Freedom24. Ta zadziała się w czwartek i została, zgodnie z uprzedzeniem, napisana wcześniej na darmowym Discordzie.
Co się stało? Żadna sprzedaż nie była w tym wypadku generowana zmianą zdania. Rotacja ma na celu rekalibrację pod ewentualne odbicie „AI / energy trade”, czyli zarządzanie kosztem alternatywnym, co oznacza, że do tych 2 pożegnanych pozycji najpewniej portfel wróci, ale zasada jest na teraz jasna – max 10 pozycji.
Portfel pożegnał więc na ok. 17% zysku spółkę Xyz oraz na ok. 0% spółkę MercadoLibre.
W zamian za to kupił za uwolnione 18% portfela po równo akcje Rolls-Royce Holdings oraz Legence Corporation. Wbrew pozorom obie spółki są pochodną AI trade. Jedna pod kątem energetyki, a druga pod kątem fizycznej budowy centrów danych. Co z tego będzie? Zobaczymy.
A Wy, jeśli chcecie tworzyć sobie takie portfele dla siebie, to potrzebujecie też dobrego brokera, który ma dostęp do jak najszerszej oferty. Freedom24, który jest partnerem całej serii FinWeek, ma dokładnie taką ofertę. Szeroki dostęp do masy rynków, których nie znajdziecie nigdzie indziej, i do tego bogatą ofertę opcji. Już niedługo będziecie tam mogli również handlować akcjami z GPW, więc wszystko w jednym miejscu :)
Do tego możecie odebrać specjalny bonus – do 20 akcji o wartości do kilkuset dolarów każda jest do odebrania. Wystarczy założyć konto z linka, spełnić warunki i można odbierać akcje za darmolca. Byle tylko Wam się nie wylosowały europejskie akcje obronne, bo wiele wskazuje na to, że skończył się złoty okres tego sektora.
Novo Nordisk spada po dniu inwestora
Tak jest, w portfelu agresywnym i moim własnym dalej pozostaje Novo Nordisk, który przeszedł w tym tygodniu przez bardzo podobny scenariusz jak McDonald’s.
Novo zorganizowało w poniedziałek w Londynie swój dzień rynków kapitałowych i w trakcie sesji traciło podczas niego ponad 7%. Pewnie myślicie, że powiedzieli, jak to bankrutują. Niespecjalnie. Obiecali ponad pięć nowych hitów sprzedażowych do 2030 roku i ponad 23 miliardy dolarów nowej sprzedaży do 2035. To, czego im zabrakło, to jakichś twardych danych z badań. Rynek ewidentnie liczył na jakąś wielką odsłonę, ale… serio? To Duńczycy. Tu nie ma showmanów.
Szef działu naukowego przyznał, że wszystkie badania wciąż trwają i niewiele jest do pokazania, ale jak już coś będzie, to pokażą.
Inwestorów to boli, bo uważają, że Novo ma problem z czasem. Ozempic i Wegovy generują dziś ogromną część sprzedaży firmy, a ich patenty w Europie i w USA wygasają na początku przyszłej dekady.
Wtedy na rynek wejdą tańsze zamienniki i sprzedaż oryginałów miałaby zacząć gwałtownie spadać. To nazywa się klifem patentowym. Czy tak w ogóle będzie? Dotychczasowe dane z krajów, gdzie patenty wygasły, tego nie potwierdzają, ale mimo wszystko Novo do zmiany narracji potrzebuje jakiegoś WOW.
Prezes Mike Doustdar powiedział nawet w wywiadzie dla Bloomberga, że firma w ostatnich latach „za dużo obiecywała, a za mało dowoziła” i że to bardzo szybko niszczy zaufanie. Rzadko słyszy się takie zdanie z ust szefa spółki, mimo że to prawda. Novo ostatnie trzy lata niszczyło zaufanie inwestorów, więc rynek przez trzy lata spółkę karał.
Ale skoro rynek karze za brak WOW, to spójrzmy uczciwie, co Novo ma w rękach, bo „nic do pokazania” na dniu inwestora nie znaczy „nic w pipeline”. Wegovy w tabletce miażdży wersję od Eli Lilly. CagriSema pokazała w fazie trzeciej ponad 20 procent utraty wagi. Mniej, niż obiecywano, i za to rynek raz spuścił lanie, ale wciąż więcej niż Wegovy. Rynek to lubi, ale potrzebuje kroku dalej w wynikach nowych badań.
Sam patent to też nie jest jedyna fosa Novo. Semaglutyd to peptyd, nie prosta cząsteczka jak aspiryna. Generyk trzeba umieć wyprodukować w skali milionów penów tygodniowo, z jakością pod nadzorem FDA. Novo wydało 11 miliardów dolarów na przejęcie Catalentu właśnie po to, żeby kontrolować moce produkcyjne. Pierwsze generyki semaglutydu w Kanadzie i Chinach pojawiają się w tym roku, ale dotychczas spadek sprzedaży oryginału po wejściu tanich zamienników był o wiele wolniejszy, niż zakładały modele wyceniające przepaść.
Na świecie jest ponad miliard ludzi z otyłością, a leki GLP-1 bierze na razie ułamek procenta z nich. Amerykański Medicare zaczął w tym roku dopiero refundować te leki po obniżce cen, którą Novo i Lilly wynegocjowały z Białym Domem. Novo nie musi wygrać wyścigu z Lilly i nie obchodzi mnie, czy wygra. Wystarczy mu drugie miejsce na rynku, który podwaja się co kilka lat. To analogiczny przypadek jak AMD vs Nvidia.
Novo jest wyceniane na kilkanaście razy zyski przy marży operacyjnej ponad 40 procent, zwrocie z kapitału, o jakim większość spółek może pomarzyć, i dywidendzie plus skupie akcji, które razem dają kilkuprocentowy zwrot gotówki rocznie.
No i oczywiście klasyczek, jak to zwykle po spadkach na Novo poleciała nowa lawina komentarzy: „OLABOGA PIOTER TOSZ TO ZNOWU SPADA, CO Z TYM?”. Odpowiadam więc: NIC. Tak samo jak NIC było, gdy Novo podrosło sobie o 50% od kwietnia do lipca.
Kiedy ja zacząłem sobie budować prywatną pozycję w Novo od dokładnie 41,14 euro za akcję 1 sierpnia 2025 roku, to miałem jedno podstawowe założenie. Firma, która przez długie lata dowoziła przełomy farmaceutyczne – od coraz lepszych i wygodniejszych form insuliny, przez peny do jej podawania i nowocześniejsze analogi, aż po leki GLP-1, semaglutyd i pierwszą tabletkę z tej grupy – jest wyceniana po tak niskim mnożniku, jakby już nigdy więcej miała nie dowieźć żadnego przełomu farmaceutycznego. Wtedy było to jakieś 11x P/E.
Od tamtego czasu Novo dokupiłem sobie 5 razy od 34,22 EUR aż do 45,66 EUR. Moja prywatna pełnoskalowa pozycja jest po szalonej średniej cenie 39,22 EUR, co oznacza, że generuje szalone -11,6%. W międzyczasie wygenerowała też kilka wypłat dywidend, co oznacza, że realnie jest na szalonym… ok. -7,5%.
CYMCOL JAK TY SE Z TYM RADZISZ?!?!?! No jakoś sobie radzę i dalej uważam, że złapałem piękną wartość fundamentalną, a jeśli kogoś piecze każdy ruch o 5%, to kupcie sobie te obligacje detaliczne, o których mówiłem wcześniej, i odpuśćcie sobie.
Ja niezmiennie uważam, że firma, która od 100 lat dowozi przełomy farmaceutyczne, będzie to robić dalej, i czy to się przesunie o kwartał czy rok, to naprawdę nie jest dla mnie kluczowe.
Spółki z Grenlandii rosną po umowie z USA
A jeśli Wy nie lubicie inwestować, tylko chcecie na bombie spekulować, to zawsze są inne okazje! Przykładowo tydzień temu w piątek Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone dogadały się z Danią i Grenlandią w sprawie bezpieczeństwa wyspy i po miesiącach gróźb aneksji wyszło porozumienie, które daje Amerykanom bezterminowy dostęp do baz i przestrzeni powietrznej, zakazuje budowy baz krajom spoza NATO i pozwala Waszyngtonowi blokować wrażliwe inwestycje przeciwników. Umowa ma obowiązywać nawet wtedy, gdy Grenlandia kiedyś ogłosi niepodległość. Pełnych warunków wciąż nie opublikowano, a porozumienie muszą jeszcze zatwierdzić parlamenty Danii i Grenlandii.
Jak zareagował rynek? Jak w kasynie. W poniedziałek akcje Greenland Energy, firmy poszukującej ropy i gazu, wzrosły o 159%. Greenland Mines, który rozwija złoże palladu, złota i platyny, poszedł w górę o ponad 200%, a Critical Metals, budujący kopalnię metali ziem rzadkich, zyskał prawie 37%. Tyle że dwie z tych trzech spółek wcześniej mocno w tym roku potaniały, więc wzrosty startowały z bardzo niskiego poziomu.
Grenlandia kusi, bo chodzi głównie o metale ziem rzadkich, czyli pierwiastki potrzebne do produkcji silnych magnesów w silnikach elektryków, turbinach wiatrowych i uzbrojeniu, które są obecne na wyspie. Dziś to Chiny zaspokajają ponad 90% amerykańskiego zapotrzebowania na te metale. Co ważniejsze, wąskim gardłem nie jest sama kopalnia, tylko przerobienie rudy na gotowy materiał, a w tej rafinacji Chiny mają aż 91% światowych mocy.
Te spółki planują wejść na Grenlandię i zacząć tam wydobywać te surowce. Critical Metals planuje wydobyć pierwszą rudę na przełomie 2028 i 2029 roku.
Co ósmy nowy samochód w Europie jest chiński
Takie metale są też potrzebne chociażby do produkcji aut elektrycznych i tak oto płynnie przechodzimy do tematu chińskich elektryków, które, jak się okazuje, odpowiadały już za prawie 12% sprzedaży nowych samochodów w Europie. Rok wcześniej było to dwa razy mniej. Czyli co ósmy nowy samochód w Europie ma dziś chiński znaczek. Dzieje się to szybciej, niż naprawdę większość zakładała.
Jak to możliwe, skoro Unia nałożyła na chińskie elektryki wysokie cła? Możliwe, bo Chińczycy znaleźli furtkę i nazywa się ona hybrydy. Unijne cła obejmują samochody w pełni elektryczne, a hybryd na razie nie. Chińskie marki sprzedają dziś co czwartą hybrydę w Europie, a wśród hybryd z wtyczką nawet co trzecią. Zwykła hybryda ładuje baterię sama w trakcie jazdy, a hybrydę z wtyczką można podłączyć do gniazdka i przejechać kawałek na samym prądzie. Dla wielu kierowców to idealny kompromis. Boją się, że nie znajdą ładowarki albo że zabraknie im zasięgu, więc pełnego elektryka nie chcą. Jednocześnie paliwo jest drogie, więc auto na samą benzynę też przestaje się opłacać.
Jak bardzo działają cła, najlepiej widać, porównując kraje. W Wielkiej Brytanii, która dodatkowych ceł na chińskie elektryki nie ma, chińskie jest już ponad co piąte nowe auto. W Niemczech, czyli na największym rynku w Europie, to 6,4%. Mało? Przy takiej skali rynku to i tak ogromna liczba samochodów.
Europejscy producenci czują to coraz mocniej. Volkswagen przyznał, że rosnąca sprzedaż elektryków obniża mu marże, szczególnie w marce Volkswagen i w Audi, bo na takich autach zarabia mniej. A Stellantis wstrzymuje na dwa ostatnie tygodnie października produkcję nowego Fiata 500 w zakładzie Mirafiori we Włoszech. Według włoskiej prasy w tym roku powstanie około 60 tysięcy sztuk tego modelu, choć plan zakładał 100 tysięcy.
Czy Europa to zatrzyma? Niemcy szykują pakiet, w którym mogą się znaleźć cła także na chińskie hybrydy. Moim zdaniem to najwyżej trochę wypłaszczy krzywą. Chiny mają ogromne wolne moce produkcyjne i słaby popyt u siebie, więc muszą sprzedawać za granicą, a chińskie fabryki, które powstają w krajach Unii, z czasem i tak przejmą część tego wzrostu, bo auto zrobione w Europie ceł nie płaci. Dla Volkswagena i Stellantisa to zła wiadomość na lata. Dla BYD i Chery dobra.
To trend nie do zatrzymania. Motoryzacja przechodzi w ręce Chin. Europa tutaj przegra.
Kreml przejmuje rosyjskie aktywa Nestlé
Przegrali też ci, którzy ostatnio trafili pod dekret Władimira Putina, który oddał rosyjskie biznesy Nestlé i francuskiej sieci Auchan pod tymczasowy zarząd spółki L.E.V. Menedżment. Kto to jest? Firma zarejestrowana w Moskwie w 2024 roku z jednym pracownikiem. Taka firemka ma przejąć kontrolę nad biznesem, który daje Nestlé około 2 miliardów franków sprzedaży rocznie. To największe przejęcie zagranicznych aktywów w Rosji co najmniej od 2024 roku.
Dlaczego akurat Nestlé? Kreml nawet nie udaje. Rzecznik Putina powiedział wprost, że przy decyzji brano pod uwagę, że chodzi o firmy z krajów nieprzyjaznych, które najaktywniej wspierają Ukrainę. Szwajcaria po inwazji przejęła unijne sankcje i odeszła od swojej tradycyjnej neutralności. W tę niedzielę, 27 września, Szwajcarzy głosują w referendum nad powrotem do jej ściślejszej wersji, a Rosja publicznie tę inicjatywę popiera. Jeśli referendum przejdzie, Szwajcaria nie mogłaby utrzymać obecnych sankcji w tej samej formie. Musiałaby znów stać się bardziej neutralna.
Co będzie dalej? Rosja ma na to utarty schemat. W ten sam sposób przejęła wcześniej lokalne spółki Danone i Carlsberga. Na krótko nawet im je zwrócono, ale potem musiały sprzedać biznes rosyjskim kupcom z dużym dyskontem w cenie. Wyjście z Rosji w ogóle jest drogie, bo firma z kraju nieprzyjaznego musi sprzedać swoje aktywa co najmniej 60% poniżej wartości i zapłacić jeszcze specjalny podatek.
Ile to kosztuje Nestlé? Rosja to około 2% globalnej sprzedaży. Analitycy szacują, że utrata kontroli oznaczałaby odpis rzędu miliarda franków. To jednak jednorazowa pozycja księgowa, a nie gotówka, która wypływa z firmy. Rynek zareagował umiarkowanie. W piątek akcje straciły około 2%, ale jednocześnie zeszły do najniższego poziomu od trzech miesięcy. Dla Nestlé to ukłucie, ale niezbyt bolesne. Moim zdaniem ważniejsza jest lekcja dla tych, którzy wciąż działają w Rosji, jak Pepsi, Mondelez czy austriacki Raiffeisen. Na nich dopiero może przyjść pora.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









