Kupowanie po wejściu do S&P 500 nie działa. 30 lat danych zaskakuje!
Większość inwestycyjnych jutuberów powie Wam ,że jeśli spółka wchodzi do S&P 500, to KUPOWAĆ, bo cena urośnie. Fundusze pasywne muszą ją kupić, popyt rośnie, brand jest mocniejszy, sytuacja finansowa lepsza. Logiczne? Logiczne.
Tylko że my nie jesteśmy inwestycyjnymi jutuberami, a inwestorami i postanowiliśmy sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest zwykłe pierdololo, bo gdyby ta narracja była prawdziwa, to spółki wchodzące do S&P 500 systematycznie biłyby rynek w pierwszych miesiącach po debiucie. Tymczasem statystyka mówi coś dokładnie odwrotnego.
30 lat danych. Wniosek? Spółki wchodzące do indeksu, w pierwszym miesiącu po debiucie, średnio dają… -0,1%.Prawdziwy zysk do zrobienia tutaj kryje się w ZUPEŁNIE innym miejscu niż 99% inwestorów oczekuje. Istniej strategia, która w 29 na 30 lat biła tutaj indeks.
Rozkładam dla was w tym materiale dane, pokażę konkretne przykłady (Tesla, Block, AppLovin), wytłumaczę, jak znaleźć dzisiejszych kandydatów do indeksu i pokażę, dlaczego standardowa narracja „kup, gdy wchodzi do S&P” jest dla spóźnionych. Lecimy.
Kupowanie po wejściu do S&P 500 nie działa. 30 lat danych zaskakuje!
Fundament badania: jak sprawdzono efekt wejścia do S&P 500
Żeby sprawdzić, czy wejście do indeksu rzeczywiście gwarantuje wzrost cen akcji, potrzebna była dobra baza danych. Nasza analiza objęła aż trzydzieści lat historii indeksu S&P 500, konkretnie okres od 1996 do 2025 roku.
Badanie zostało podzielone na dwa główne etapy. Pierwszy z nich dotyczył czasu przed oficjalnym włączeniem firmy do indeksu:
- Trzy miesiące przed wejściem – to moment, w którym na rynku pojawiają się pierwsze przewidywania. Inwestorzy mogą wtedy podjąć ryzyko i postawić na to, która spółka wywalczy awans.
- Miesiąc przed wejściem – to czas, w którym prawdopodobieństwo włączenia firmy do indeksu staje się już bardzo wysokie.
- Pięć sesji przed wejściem – to kluczowe kilka dni giełdowych, w których zazwyczaj przecieki już istnieją, po czym startuje faza, gdzie fundusze i inwestorzy próbują wyprzedzić ruchy innych graczy na rynku.
Drugi etap badania skupił się na tym, co działo się już po dołączeniu spółki do indeksu. Badane były stopy zwrotu po upływie jednego miesiąca oraz trzech miesięcy od tego wydarzenia.
Do wyliczeń wykorzystano ceny skorygowane. Oznacza to, że uwzględniają one zjawiska, które mogłyby sztucznie zniekształcić wykres, takie jak wypłaty dywidend czy podziały akcji, nazywane splitami. Dzięki temu badane są realne zmiany wartości, a nie sztuczne przesunięcia kursu. Na dzień wejścia pod uwagę wzięto cenę z otwarcia notowań, a w pozostałych punktach odniesienia, ceny z zamknięcia sesji. Dla zachowania pełnej precyzji, zachowanie akcji poszczególnych firm zestawiono z wynikami samego indeksu S&P 500 w dokładnie tych samych okresach.
Po debiucie: zyski są, ale bez przewagi nad rynkiem
Mając taki fundament możemy przejść do konkretnych wyników. Zaczniemy od momentu, w którym spółka świętuje swój sukces, czyli od zachowania kursu tuż po oficjalnym debiucie w indeksie.
Moment świętowania awansu szybko mija, a dla inwestorów, którzy decydują się na zakup akcji w dniu wejścia firmy do indeksu, nadchodzi czas weryfikacji. Spójrzmy na czystą statystykę dotyczącą tego, ile spółek w ogóle notuje jakiekolwiek zyski po dołączeniu do indeksu. Po miesiącu od włączenia do koszyka S&P 500, 52% firm odnotowuje wzrost ceny swoich akcji. W ujęciu rocznym oznacza to, że w 18 latach na 30 badanych przynajmniej połowa debiutujących spółek przyniosła dodatnią stopę zwrotu.

Z kolei po trzech miesiącach od debiutu wzrostami może pochwalić się 53% podmiotów, a sytuacja, w której minimum połowa firm zyskiwała na wartości, powtórzyła się w 17 z 30 badanych lat.

Na pierwszy rzut oka te liczby wyglądają całkiem stabilnie. W końcu dodatni wynik notuje ponad połowa stawki. Jednak same dane o tym, czy cena wzrosła, czy spadła, nie wskazują precyzyjnie, czy wejście do indeksu daje ponadprzeciętną szansę na pobicie szerokiego rynku. Prawdziwą jakość inwestycji widać dopiero wtedy, gdy zestawimy wyniki tych spółek z zachowaniem indeksu S&P 500 w tym samym czasie.
Tutaj pojawia się spore zaskoczenie. Okazuje się, że średnia stopa zwrotu debiutujących spółek po pierwszym miesiącu wynosi skromne -0,1%. W tym samym okresie cały indeks S&P 500 rośnie średnio o 1%. Jeśli wydłużymy czas obserwacji do trzech miesięcy, średni zysk wchodzących do indeksu firm wynosi 0,9% , podczas gdy szeroki rynek notuje w analogicznych momentach średni wzrost na poziomie 2%.

Różnica staje się jeszcze bardziej widoczna, gdy policzymy, jak często nowo upieczeni członkowie indeksu okazują się lepsi od całego rynku. W horyzoncie jednomiesięcznym średnia stopa zwrotu wchodzących spółek pokonała benchmark tylko w 8 z 30 badanych lat.

W okresie trzymiesięcznym ta sztuka udała się w 12 przypadkach, co oznacza skuteczność na poziomie zaledwie 40%.

Dlaczego efekt debiutu szybko wygasa
Jasno widać, że po jednym i po trzech miesiącach od awansu spółki zachowują się zazwyczaj… gorzej niż sam indeks S&P 500. Działo się tak niezależnie od tego, czy na giełdzie panowała ogólna hossa, czy bessa.
Dlaczego nowicjusze tak wyraźnie tracą siły i zaczynają odstawać od reszty stawki? Odpowiedzią jest mechanizm techniczny, czyli wygasanie rynkowego momentum. Przed wejściem do indeksu wokół spółki jest często ogromne zainteresowanie. W momencie samego debiutu ten dodatkowy, sztucznie napędzany popyt po prostu się wyczerpuje.
Sprawdźmy jednak jak te spółki zachowują się przed wejściem do indeksu, czyli czy działa również kupowanie plotek. Zobaczmy najpierw, co dzieje się na ostatniej prostej, czyli w ciągu pięciu sesji giełdowych bezpośrednio poprzedzających wejście spółki do indeksu. To czas, w którym zazwyczaj pojawia się oficjalny komunikat o decyzji komitetu.
Kiedyś ten krótki, pięciodniowy okres był dla inwestorów źródłem bardzo wysokich zysków. Dane historyczne pokazują, że do 2010 roku co najmniej połowa firm wchodzących do indeksu odnotowywała w tym czasie dodatnią stopę zwrotu. Zyski, jakie można było wtedy wypracować w tak krótkim horyzoncie, były imponujące. W latach 1996–2009 tylko w jednym roku (w 2002) średnia pięciodniowa stopa zwrotu była minimalnie pod kreską i wyniosła -0,1%. W pozostałych przypadkach ceny akcji regularnie rosły tuż przed samym debiutem.

W kolejnych latach sytuacja uległa jednak diametralnej zmianie. Choć po 2010 roku ujemne średnie stopy zwrotu w tym pięciodniowym oknie odnotowano zaledwie w 3 na 16 lat , to ogólne wyniki stały się co najwyżej przeciętne. Stało się tak pomimo faktu, że w tym samym czasie na rynku doszło do prawdziwej eksplozji kapitału pasywnego i ogromnych zakupów ze strony funduszy ETF.
Profesjonaliści wyprzedzają ETF-y
Dlaczego rynkowe zyski na ostatniej prostej tak wyraźnie stopniały w ostatnich 15 latach? Odpowiedzią może być pojawienie się nowych, bardzo sprawnych uczestników na rynku i funduszy działających pod konkretne wydarzenia. Ci gracze nie czekają na sam moment wejścia spółki do indeksu. Realizują oni zakupy natychmiast w dniu ogłoszenia komunikatu przez komitet S&P Dow Jones Indices oraz w krótkim okienku między tą zapowiedzią a faktycznym debiutem. Z kolei klasyczne fundusze ETF, ze względu na swoje restrykcyjne zasady działania, kupują akcje zazwyczaj dopiero po cenie zamknięcia na ostatniej sesji przed dniem włączenia spółki do indeksu.
W praktyce oznacza to, że profesjonalne fundusze kupują akcje wcześniej i ubiegają fundusze pasywne, przez co informacja o awansie zostaje w znacznej części zdyskontowana przez rynek, zanim inni zdążą zareagować.
Warto jednak pamiętać o jednej zależności: samo otwarcie sesji giełdowej tuż po upublicznieniu informacji o rewizji indeksu bywa dla spółek bardzo pozytywne. Skala tego początkowego wzrostu zależy od tego, jak duże było to zaskoczenie, im mniej rynek spodziewał się takiego awansu i im słabiej uwzględnił go wcześniej w wycenie, tym silniejszy i wyższy może być nagły skok ceny na otwarciu.
Trzy miesiące wcześniej: prawdziwe źródło przewagi
Prawdziwy zysk kryje się jednak na trzy miesiące przed faktycznym wejściem spółki do indeksu. W tym przypadku historyczne dane przynoszą zupełnie inne, bardzo optymistyczne wnioski. Wcześniejsze zajęcie pozycji dawało bardzo wysokie szanse zarówno na wypracowanie dodatniej stopy zwrotu, jak i na wyraźne pokonanie szerokiego rynku.
Główną przyczyną tak dobrych rezultatów jest połączenie dwóch silnych mechanizmów: naturalnego momentum spółki oraz handlu wyprzedzającego, czyli tak zwanego anticipatory trading. Pamiętajmy, że firmy nie trafiają do S&P 500 z przypadku. Zazwyczaj są to takie, które już wcześniej znajdowały się w silnym trendzie wzrostowym i dynamicznie się rozwijały, co samo w sobie przyciągało kupujących.
Gdy na rynku pojawiają się pierwsze przewidywania i rośnie prawdopodobieństwo, że dany podmiot ma realną szansę na awans, inwestorzy zaczynają kupować akcje z dużym wyprzedzeniem. Chcą w ten sposób ubiec oficjalne ogłoszenie komitetu i zyskać na fali popytu, który dopiero nadejdzie ze strony funduszy pasywnych.
Skuteczność tego podejścia doskonale widać w statystyce. Jeśli spojrzymy na wskaźnik zyskownych inwestycji w horyzoncie jednego miesiąca przed wejściem do indeksu, to w ciągu całych trzydziestu lat zaledwie pięciokrotnie zdarzyła się sytuacja, w której przeważały ujemne stopy zwrotu.

W przypadku strategii trzymiesięcznej wyniki są jeszcze bardziej jednoznaczne. W całej historii objętej badaniem tylko w dwóch latach cena akcji na trzy miesiące przed debiutem była wyższa niż w dniu samego wejścia do indeksu. Oznacza to, że w pozostałych 28 latach inwestorzy kupujący z takim wyprzedzeniem kończyli ten okres na plusie.

Większość z tych analizowanych lat charakteryzowała się wysokimi, wyraźnie dodatnimi wartościami średnich i median stóp zwrotu. Przykładowo, ujemną średnią stopę zwrotu w ujęciu jednomiesięcznym odnotowano zaledwie w dwóch badanych latach, a w ujęciu trzymiesięcznym, tylko w jednym roku.


Przewaga nad benchmarkiem i siła wcześniejszego pozycjonowania
Prawdziwy fenomen tej strategii widać jednak dopiero wtedy, gdy zestawimy wyniki spółek z wynikami całego benchmarku. Podmioty zakupione zarówno miesiąc, jak i trzy miesiące przed oficjalnym włączeniem do S&P 500, pobiły ten indeks w aż 29 na 30 badanych lat!


No dobrze, to teraz trzeba jeszcze znaleźć odpowiedź na pytanie, jak właściwie zidentyfikować spółkę, która ma realną szansę na wejście do S&P 500? Cała ta strategia zależy tylko od tego, czy wytypujemy ją dobrze. Kryteria dołączenia są publiczne i można je weryfikować na bieżąco. Sa 4 główne:
Pierwsze: kapitalizacja rynkowa. Spółka musi mieć minimum 22,7 miliarda dolarów wartości rynkowej (próg jest podnoszony co jakiś czas). Dziś na rynku amerykańskim jest około 250 spółek powyżej tej kapitalizacji, które NIE są w S&P 500. To jakaś pula kandydatów.
Drugie: rentowność. Suma zysków netto z 4 ostatnich kwartałów musi być dodatnia, a najnowszy kwartał też musi być na plusie. To eliminuje większość spółek growth, które wzrosły szybko, ale dalej nie zarabiają (Snowflake przez lata, Palantir przez lata).
Trzecie: płynność i free float. Spółka musi mieć minimum 50 procent akcji w wolnym obrocie i konkretną dzienną płynność. To eliminuje spółki z dominującymi inwestorami strategicznymi.
Czwarte: zasada decyzyjna komitetu. Tutaj jest jedyna pułapka. Ostateczna decyzja zawsze należy do komitetu S&P Dow Jones Indices, który zbiera się raz w kwartale. Nawet jeśli spółka spełnia wszystkie kryteria, komitet może ją pominąć i wybrać inną. Tesla była ignorowana przez ponad rok mimo spełniania wszystkich kryteriów, zanim ostatecznie ją dopuścili.
Snapchat spełniał kryteria kapitalizacji od 2017 roku i aż kilka lat spekulowano o wejściu do S&P 500. Analitycy wpisywali ją na watchlisty. Inwestorzy spekulujący kupowali w nadziei na wejście. Nie wszedł nigdy, bo komitet ma władzę dyskrecjonalną.
W praktyce wygląda to tak, że warto monitorować listę spółek powyżej 18 miliardów dolarów kapitalizacji, które są rentowne i mają dobre free float, a NIE są w S&P 500. To jest „watchlist”. Spółki z tej listy, które dopiero co zyskały rentowność albo właśnie przebiły próg kapitalizacji, są bardzo prawdopodobnymi kandydatami w najbliższych kwartałach do wejścia.
Konkretne nazwiska z dzisiejszej watchlisty? Bardzo proszę: Alnylam Pharmaceuticals (ALNY), Marvell Technology (MRVL), Ferguson Enterprises (FERG). Osobiście myślę, że będzie to Marvell.
Najlepszą walidacją tej strategii jest fakt, że jedne z największych funduszy świata jej używają. Yale Endowment, zarządzany przez Davida Swensena (jednego z legendarnych inwestorów instytucjonalnych), miał dedykowaną strategię „index inclusion arbitrage”. To jest na tyle skuteczne, że zarządzający uniwersyteckich funduszy w USA traktują tę grę poważnie.
Najważniejsza lekcja z tego całego jest taka, że na rynku akcji najwięcej zarabiają nie ci, którzy reagują na wydarzenia, ale Ci, którzy je dobrze przewidują. Inwestor, który reaguje na newsy, jest zawsze drugi i wiecznie zdziwiony.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk
Materiały DNA Rynków, w szczególności aktualizacje Strategii DNA Rynków, Analizy spółek oraz Analizy sektorów są jedynie materiałem informacyjno-edukacyjnym dla użytku odbiorcy. Materiał ten nie powinien być w szczególności rozumiany jako rekomendacja inwestycyjna w rozumieniu przepisów „Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) nr 2016/958 z dnia 9 marca 2016 r. uzupełniającego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w odniesieniu do regulacyjnych standardów technicznych dotyczących środków technicznych do celów obiektywnej prezentacji rekomendacji inwestycyjnych lub innych informacji rekomendujących lub sugerujących strategię inwestycyjną oraz ujawniania interesów partykularnych lub wskazań konfliktów interesów”. Skorzystanie z materiału jako podstawy lub przesłanki do podjęcia decyzji inwestycyjnej następuje wyłącznie na ryzyko osoby, która taką decyzję podejmuje. Autorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za takie decyzje inwestycyjne. Wszystkie opinie i prognozy przedstawione w tym opracowaniu są wyrazem najlepszej wiedzy i osobistych poglądów autora na moment publikacji i mogą ulec zmianie w późniejszym okresie.