Big Tech traci miliardy, indeksy spadają, a AI właśnie tworzy nowych zwycięzców!

Spółki technologiczne to tylko pomysł na inwestowanie maksymalnie na parę kwartałów?

Co myślisz o prognozach analityków dla cen akcji za 12 miesięcy? Mają jakąś skuteczność, czy są do kitu?

Co zrobić, kiedy gotówka cię parzy i każdy spadek traktujesz jako okazję życia, na którą trzeba wydać całą rezerwę? Jak nauczyć się w tej kwestii cierpliwości?

ULALALA, no to będzie mocarny materiał. Największy debiut giełdowy w historii ludzkości może wydarzyć się w ciągu kilku tygodni i nie chodzi o jakąś tam spółkę, ale o firmę, która może od razu wejść do TOP 10 największych spółek świata.

Do tego sporo dzieje się w świecie technologii. Mamy Metę i Google, które dostały pierwszy wyrok za uzależnienie kogoś od social mediów, a AMD i Intel zdecydowały o podniesieniu cen CPU, które być może stoją przed analogicznym niedoborem, jak kiedyś GPU, a potem sektor pamięci.

Ten sam sektor pamięci, który w ostatnim tygodniu dostał po dupie, bo inwestorzy spanikowali przed nowym algorytmem, który… w praktyce może jeszcze bardziej napędzić cały sektor.

Do tego dochodzi geopolityka, podejrzane transakcje na ropie i ofensywa chińskich gigantów technologicznych. DZIEJE SIĘ i o wszystkim sobie opowiemy.

Big Tech traci miliardy, indeksy spadają, a AI właśnie tworzy nowych zwycięzców!

Zyskaj dostęp do milionów akcji, ETF-ów i opcji na całym świecie z Freedom24
Na start odbierz do 20 darmowych akcji.
Sprawdź ofertę

Największe IPO w historii – SpaceX w drodze na giełdę

Największy debiut giełdowy w historii ludzkości już w tym roku! Najnowsze doniesienia mówią, że proces IPO Spacex rusza na dniach. Kosmiczne imperium Elona Muska przygotowuje się do złożenia prospektu emisyjnego, co oficjalnie rozpocznie drogę spółki do notowań.

Te podobno mają zacząć się około czerwca. Skala tego debiutu może być trudna do ogarnięcia. SpaceX zamierza pozyskać z rynku od 40 do nawet 80 miliardów dolarów.

Jeśli te plany wypalą, firma zmiecie dotychczasowy rekord należący do saudyjskiego giganta naftowego Saudi Aramco, który w 2019 roku zebrał „zaledwie” niecałe 30 miliardów dolarów.

Porównanie IPO Aramco SpaceX

Wycena SpaceX ma oscylować w granicach od 1,5 do 1,75 biliona dolarów. Żeby złapać punkt odniesienia: to kwota, która stawia firmę w jednym rzędzie z już największymi firmami świata. Inwestorzy płacą tu przede wszystkim za marzenia kolonizacji Marsa oraz rozbudowę sieci satelitarnej Starlink.

Oczywiście Elon Musk musi być Muskiem i nie byłby sobą, gdyby przeprowadził ten proces w standardowy sposób. Zazwyczaj, gdy duża firma wchodzi na giełdę, jej szefowie jeżdżą po świecie i namawiają fundusze do zakupu akcji. To tzw. roadshow. Musk odwraca ten schemat. Chce, żeby to inwestorzy przyjechali do niego – do fabryk w Los Angeles czy na platformy startowe na przylądku Canaveral – i zobaczyli rakiety z bliska zamiast prezentacji.

Rozważane jest też nagrodzenie tych, którzy wspierali go wcześniej. Inwestorzy posiadający akcje Tesli lub ci, którzy pomogli mu sfinansować przejęcie platformy X, mogą liczyć na preferencyjne traktowanie przy przydziale akcji. Aż jedna trzecia wszystkich oferowanych udziałów ma trafić do inwestorów indywidualnych. W standardowych debiutach „drobni gracze” dostają zazwyczaj tylko około 10%. Firma planuje też nietypowe podejście do tzw. lockupów, czyli okresów, w których pierwsi udziałowcy nie mogą sprzedawać swoich akcji. Część dużych graczy ma zostać „zablokowana” na dłużej niż standardowe pół roku, żeby nagły wysyp akcji nie zbił ceny na starcie.

Przy wycenie na poziomie 1,75 biliona dolarów wskaźnik P/S, czyli Cena do Przychodów dla SpaceX wynosi około 74 (patrząc już na prognozy na przyszły rok). To… no sporo. Dla porównania, Rocket Lab ma ten wskaźnik na poziomie 48, a Tesla około 14. Nie chcę wchodzić teraz w dywagację, czy SpaceX zasługuje na tyle czy nie – zwracam tylko uwagę, że hype na kosmos i obronność jest obecnie ogromny.

Wskaźnik P S spółek

Oczywiście SpaceX ma w sobie premię Muska i nie ma w tym nic złego. Firmy Muska zasługują na premię foundera, ale trzeba pamiętać, że inwestorzy kupują tu głównie przyszłość. Podobnie jak kiedyś Teslę pod EV, a dziś pod AV i humanoidy. Do tej pory Musk dowoził swoje obietnice – z opóźnieniami, ale dowoził.

Premia jest więc zasłużona. Czy okaże się słuszna, pokażą dopiero notowania po roku od debiutu.

Samo wejście na giełdę ma nastąpić prawdopodobnie w połowie czerwca, co zbiega się z urodzinami Muska. Tak czy inaczej wiele wskazuje na to, że TOP 10 największych spółek świata dostanie nowy podmiot i zaczniemy mówić o MAG8 zamiast MAG7.

Meta i Google z pierwszym wyrokiem za uzależnianie od social mediów

A skoro już przy MAG7 jesteśmy, to Meta i Google dostały w ubiegłym tygodniu wyrok, który dla ich budżetu nie znaczy nic, ale rynkowi wystarczył, żeby potraktować te firmy, jakby właśnie skończył się świat.

Meta i Google uznane za winne w pierwszym procesie dotyczącym uzależnienia od mediów społecznościowych.

To wyrok ławy przysięgłych z Los Angeles, który według niektórych zmienia zasady gry dla całego sektora mediów społecznościowych. Mhm, na pewno tak będzie.

Ława przysięgłych uznała, że Meta i Google dokonały zaniedbania przy projektowaniu swoich platform. Sąd zasądził odszkodowanie na rzecz 20-letniej Kaley G.M., która twierdzi, że uzależnienie od tych serwisów zrujnowało jej zdrowie psychiczne.

Meta ma zapłacić 4,2 miliona dolarów.
Google musi zapłacić 1,8 miliona dolarów.

Dla kontekstu finansowego – ta kara to jakieś 0,007% zysku netto Mety z 2025 roku. Warto jednak wyjaśnić jej mechanizm. Połowa kwoty to tzw. odszkodowanie kompensacyjne, czyli zwrot realnych strat, na przykład kosztów terapii. Druga połowa to odszkodowanie retorsyjne, czyli karne. Ta druga część kwoty nie ma tylko naprawić szkody, ale przede wszystkim ukarać firmę i zniechęcić ją do podobnych działań w przyszłości.

Z perspektywy inwestorów sprawa jest obecnie traktowana jako modelowa. To próbny balon, który pokazuje, jak sądy mogą podchodzić do podobnych pozwów. Jeśli kolejne wyroki będą niekorzystne, firmy mogą zostać zmuszone do gigantycznych ugód, porównywalnych z tymi, które przed laty niemal pogrzebały przemysł tytoniowy.

Prawnicy nie atakowali treści, czyli zdjęć czy filmów, ale skupili się na funkcjach oprogramowania, takich jak:

• nieskończony scroll, czyli automatyczne ładowanie kolejnych treści bez końca,
• powiadomienia i przyciski „lubię to”,
• filtry upiększające, wpływające na postrzeganie własnego ciała.

Argumentowano, że te funkcje działają jak w kasynie i mają wywoływać w mózgu wyrzuty dopaminy, tworząc tzw. pętlę nagrody, która uzależnia młodych użytkowników.

Google broni się, twierdząc, że YouTube to serwis streamingowy, a nie społecznościowy, i zapowiada apelację. Meta również nie zgadza się z wyrokiem, wskazując, że na stan psychiczny dziewczyny wpływały inne czynniki, jak problemy w domu czy szkole.

Popuśćmy teraz wodze fantazji. Po pierwsze, dla takich spółek losowe kary rzędu kilku milionów dolarów są „błędem statystycznym”. Nawet w skali masowych ugód liczonych w miliardach dolarów to dalej jest kropla w morzu zysków Mety czy Google.

Prawnicy Mety słusznie zauważyli, że na zdrowie psychiczne wpływa mnóstwo czynników: sytuacja w domu czy relacje z rówieśnikami. W masowej skali tysięcy procesów udowodnienie bezpośredniego i wyłącznego związku między konkretną funkcją aplikacji a depresją konkretnego użytkownika jest nierealne. Nawet więc zakładając masowe wieloletnie pozwy, które są lawinowo wygrywane, kwoty odszkodowań byłyby znacznie niższe niż proste przeskalowanie 3 milionów dolarów razy X pozwów.

Branża technologiczna ma za sobą szereg podobnych batalii regulacyjno-prawnych. Niedawno przechodziła przez wojnę o prywatność danych, co miało „zabić” reklamy. Nie zabiło. Meta dostosowała swoje algorytmy i wyszła z tego jeszcze silniejsza.

Jeśli sądy nakażą zmianę funkcji takich jak „nieskończony scroll”, to wprowadzi się inne mechanizmy angażowania użytkowników. Takie sytuacje to dla firm tego typu najmniejszy problem. Zresztą… ktoś porównuje produkt cyfrowy o marży 90% z byciem tak uzależniającym jak papierosy, a Ty jako inwestor się przejmujesz? Serio?

AMD i Intel podnoszą ceny CPU. Czy procesory będą kolejnym gorącym segmentem?

Dobra, ciśnijmy jeszcze te wydarzenia ze świata technologii, bo sporo zadziało się również w świecie AMD i Intela, które zaliczyły solidny dzień wzrostów po informacji o podniesieniu cen CPU. Tak, CPU, nie GPU, gdzie lideruje Nvidia.

Kto wie, może po szalonym rajdzie na kartach graficznych i pamięciach przyszedł czas na szalony rajd CPU? AMD i Intel zapowiedziały podwyżki w tym segmencie o około 15%.

Zwrot Intel AMD wykres

Jeszcze niedawno rynkiem trzęsły układy graficzne GPU od Nvidii, potem inwestorzy rzucili się na spółki produkujące pamięci HBM, czyli Micron albo SK Hynix. Teraz w podobny cykl zdają się wchodzić procesory centralne, czyli CPU.

Dlaczego? Bo wyścig zbrojeń w dziedzinie sztucznej inteligencji wymaga ogromnej mocy nie tylko do samych obliczeń, ale też do zarządzania ruchem danych w centrach serwerowych. AI stworzyło tak wielki głód na czipy, że producenci laptopów i serwerów stracili siłę przebicia i muszą płacić tyle, ile zażąda góra.

Dla AMD te podwyżki to czysty zysk, który wzmacnia ich pozycję. Ich procesory serwerowe skutecznie odbierają udziały konkurencji i obecnie dominują na rynku CPU. Przychody z tego segmentu wzrosły w firmie ostatnio o ponad 39%.

Dzięki wyższym marżom brutto, wynoszącym około 51%, czyli temu, co zostaje w kieszeni po opłaceniu produkcji, firma zyskuje środki na walkę z Nvidią o rynek akceleratorów AI. Droższe procesory bezpośrednio finansują ich ofensywę na nowym froncie.

Dla Intela zdolność do narzucania wyższych cen to również zwycięstwo. Firma realizuje właśnie plan IDM 2.0 – gigantyczną i kosztowną inwestycję w budowę własnych fabryk, by częściowo konkurować z tajwańskim TSMC. Dodatkowe pieniądze z marży to dla nich kluczowe paliwo, które pozwala finansować tę transformację bez konieczności szukania kapitału u inwestorów zewnętrznych. Pokazuje też, że Intel akurat w tym segmencie wciąż ma na tyle silną markę, żeby rynek zaakceptował ich nowe cenniki.

Dlatego też bardzo cieszy mnie obecność AMD w publicznym portfelu agresywnym Freedom24, który dla was prowadzę. Ostatnio co prawda trochę redukowaliśmy AMD na rzecz Oracle, ale jak mówiłem – to ten sam świat technologii powiązany z kondycją głównie OpenAI. Dalej mam przeświadczenie, że ten taktyczny chwilowy ruch na lekką zmianę AMD na Oracle się opłaci. Potem sobie do AMD zapewne wrócę całą parą.

A co tam w portfelu słychać? Dalej walka z rynkiem, który w ciągu ostatnich 2 miesięcy nie rozpieszcza inwestorów technologicznych. Coś za coś, kochani. Zmienność działa w obie strony, więc proszę powstrzymać się od tzw. „zesrańska”, lub, jeśli nie potraficie go mentalnie przeżyć, to wychillować sobie przy grillu.

Sam portfel wydaje się, że najgorsze ma za sobą i dalej utrzymuje solidną przewagę o 20 punktów procentowych nad S&P500. Stresujące? Niespecjalnie, bo segment tech ma to do siebie, że gdy rynek zawróci, to ten zawróci ze zdwojoną siłą. Tym bardziej że technologia jest dziś na rynku wyceniana tak samo… jak w dołku kwietnia 2025.

S P500 tech PE wykres

Panika w sektorze pamięci po TurboQuant. Rynek znów nie rozumie technologii

Może np. trafi Ci się do portfela jakaś z ostatnio przecenionych spółek z sektora pamięci. Panikę wywołał tam nowy algorytm Google, co jest kolejnym podręcznikowym przykładem tego, jak strach przed „technologicznym przełomem” potrafi przyćmić ekonomiczną logikę.

TurboQuant, okrzyknięty przez niektórych „zabójcą popytu na pamięć”, ma rzekomo sprawić, że serwerownie będą potrzebować sześciokrotnie mniej podzespołów, co posłało kursy Micron Technology czy SK Hynix o kilkanaście procent w dół.

MU vs SP500 zwrot

To jednak czysta iluzja, niemal identyczna jak ta, którą przerabialiśmy już ponad rok temu z modelem DeepSeek. Wtedy wieszczono koniec dominacji Nvidii, a rzeczywistość pokazała, że efektywniejsze modele tylko napędzają głód na jeszcze potężniejsze chipy. Dokładnie tak samo będzie w tym wypadku, bo TurboQuant zamiast uderzyć w producentów, paradoksalnie może napędzić im nowych klientów.

Kluczem do zrozumienia tego zamieszania jest fakt, że nowy algorytm uderza jedynie w bardzo wąski wycinek infrastruktury – tak zwany cache KV, czyli Key-Value, czyli tymczasowy schowek na dane, który rośnie wraz z długością rozmowy z AI. TurboQuant faktycznie potrafi go skompresować, co pozwala na obsługę znacznie dłuższych zapytań na tym samym sprzęcie, ale kompletnie nie dotyka „wagi” samych modeli ani procesów ich trenowania.

Oznacza to, że zapotrzebowanie na najdroższą i najbardziej zyskowną pamięć HBM, montowaną bezpośrednio w akceleratorach Nvidii, pozostaje całkowicie nienaruszone. Co więcej, chociaż mniejsi gracze produkujący pamięci flash NAND, tacy jak Kioxia czy Sandisk, mogą odczuć pewne zawirowania, to dla gigantów rynku DRAM cała ta rewolucja jest w najgorszym razie neutralna, a w najlepszym bardzo obiecująca.

W ekonomii istnieje pojęcie znane jako paradoks Jevonsa, który idealnie tłumaczy, dlaczego inwestorzy uciekający z rynku są w błędzie. Głosi on, że im bardziej efektywnie wykorzystujemy dany zasób, tym bardziej rośnie na niego popyt, bo staje się on bardziej dostępny i potrzebny.

Ot, samochody czy komputery osobiste to tego najlepszy przykład. Jak były drogie i skomplikowane, to był jeden taki sprzęt na całe miasto. Dziś każdy ma jeden, a czasem kilka. Jeśli dzięki TurboQuant koszt pojedynczego zapytania do AI spadnie, firmy zaczną wdrażać sztuczną inteligencję na masową skalę tam, gdzie wcześniej było to mniej opłacalne.

Większa liczba użytkowników i bardziej złożone aplikacje oznaczają, że serwerownie i tak będą musiały kupować coraz więcej pamięci, by nadążyć za lawiną nowych zadań. Krótkoterminowy szum wokół algorytmu Google’a to tylko giełdowy hałas, który dla trzeźwo myślących inwestorów stanowi raczej okazję do kupna niż powód do ewakuacji z sektora, który do końca dekady i tak będzie borykać się z niedoborami sprzętu.

Geopolityka, ropa i podejrzane transakcje wokół otoczenia Trumpa

Spory szum kręci też ciągle Donald Trump, który raz twierdzi, że negocjuje z Iranem, potem że nie, bo nie ma z kim, potem że jednak negocjuje, a potem, że nie. W tle jest Iran, który ciągle postuje, że on nie negocjuje, ale niektórzy twierdzą, że jednak negocjuje, itd.

Obie strony grają tu pod swoją publikę i naciągają fakty. Oficjalnych spotkań jednak na razie nie było. Działają pośrednicy z Egiptu, Turcji czy Arabii Saudyjskiej, tworząc kanał komunikacji. Prawda leży więc gdzieś pośrodku.

Trump ogłosił jednak, że USA nie będą bombardowały infrastruktury energetycznej Iranu przez kolejne 10 dni, a amerykańskie banki inwestycyjne wypluwają notki, w których twierdzą, że zmieniają swoje pozycjonowanie z taktycznego niedźwiedzia na neutralne lub bycze, wieszcząc, że Ameryce raczej spieszy się już z zakończeniem wojny.

Izraelskie pociski Arrow-3 w większości się wyczerpały, a w zaledwie 16 dni wojny koalicja wystrzelała uzbrojenie za 26 miliardów dolarów. To nie są zapasy, które można uzupełnić w tydzień. Ich odtworzenie zajmie trochę czasu.

W tle tego wszystkiego mamy szereg podejrzanych transakcji giełdowych, które jasno kierują podejrzenia na ludzi z otoczenia Prezydenta. Zaledwie 16 minut przed tym, jak Trump ogłosił wstrzymanie ataków na irańskie elektrownie, zawarto transakcje na spadek cen ropy z ekspozycją na 580 milionów dolarów.

Podobne schematy widać na platformach do obstawiania wyników, takich jak Polymarket, oraz przy decyzjach o cłach. Schemat powtarza się od dawna.

Meme trading ojciec syn

Biały Dom oczywiście zaprzecza, ale fakty są takie, że struktury mające ścigać korupcję zostały mocno ograniczone. Zespół prokuratorów od spraw korupcji politycznej stopniał z 36 osób do zaledwie dwóch. W tym samym czasie rodzina prezydenta i bliscy współpracownicy, jak Jared Kushner czy synowie Trumpa, prowadzą interesy w regionach bezpośrednio dotkniętych wojną lub inwestują w firmy produkujące drony dla Pentagonu.

To wszystko nie odbywa się w próżni. Ocena wyborców tego, jak Trump zarządza gospodarką, spadła do najniższego poziomu od czasów jego pierwszej prezydentury i jest nawet niżej niż za czasów Bidena, kiedy mieliśmy spowolnienie gospodarcze i ogromną inflację. Jeśli administracja planuje jednak wygrać wybory połówkowe do Kongresu, to czas najwyższy wyciągnąć królika z kapelusza. Nierealne? Trump robił to już dwa razy, więc nie mówmy hop.

Sondaż gospodarka prezydent

Tym bardziej że za pasem mamy zbliżające się spotkanie Trumpa z Xi Jinpingiem, a to właśnie wielka umowa handlowa Chiny–USA jest tym, na czym najbardziej zależy podobno administracji USA.

Alibaba i JD.com ruszają do ofensywy. Czy chiński tech wraca do gry?

Może to też jeden z powodów, dla których chińscy giganci technologiczni przechodzą do ofensywy. Rynek ten przez ostatnie miesiące zmagał się z potężną niepewnością, a najnowsze dane i ruchy strategiczne Alibaby oraz JD.com sugerują, że sektor ten może właśnie szykować się do pewnego odbicia, a dodatkowym paliwem może być wspomniane spotkanie. Na pierwszy ogień przyjrzyjmy się krzemowej niezależności Alibaby.

Alibaba nie chce już tylko polegać na zachodnich technologiach. Ich ramię badawcze, Damo Academy, zaprezentowało właśnie procesor XuanTie C950. To jednostka oparta na architekturze RISC-V. Brzmi skomplikowanie? W uproszczeniu to otwarty standard projektowania chipów, który pozwala Chinom omijać patenty i ograniczenia narzucane przez gigantów takich jak Intel czy Arm.

Co potrafi nowy chip? Jest ponad trzykrotnie szybszy od swojego poprzednika i został zoptymalizowany pod kątem tzw. Agentic AI.

Alibaba nie ogranicza się tylko do projektowania sprzętu, ale też drastycznie zmienia swoją strukturę. Powstała nowa jednostka – Alibaba Token Hub, czyli ATH, którą kieruje sam prezes grupy, Eddie Wu. Nazwa nie jest przypadkowa: odnosi się do „tokenów”, czyli jednostek obliczeniowych, za które firmy płacą, korzystając z AI. To jasny sygnał, że Alibaba kończy z darmowymi testami i zaczyna monetyzować, czyli zarabiać realne pieniądze na swoich modelach językowych Qwen.

Przykładem tego podejścia jest usługa Wukong, nazwana na cześć mitycznego Małpiego Króla, która ma pomagać przedsiębiorcom prowadzić firmy niemal w pojedynkę, automatyzując zadania prawnicze, projektowe czy restauracyjne.

Na tle tych wszystkich newsów cena akcji Alibaby znajduje się jakieś 35% poniżej szczytów z października ubiegłego roku.

Akcje Alibaba wykres ceny

Podczas gdy Alibaba walczy o dominację w chmurze, JD.com rusza na podbój Europy. Firma właśnie uruchomiła platformę Joybuy w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji i krajach Beneluksu. Ich plan jest ambitny: chcą pokonać Amazona jego własną bronią – szybkością dostaw.

JD.com oferuje dostawę tego samego dnia dla zamówień złożonych do godziny 11:00, co obejmuje już 15 milionów gospodarstw domowych w Europie. Aby skrócić drogę do klienta, Chińczycy przejęli niemieckiego giganta elektroniki Ceconomy, właściciela MediaMarkt i Saturn, za 2,2 miliarda euro.

Już dziś JD.com jest znane w Chinach ze swojej niezawodnej logistyki, więc to nie nowy pomysł, a rozszerzenie sprawdzonej strategii w nowym regionie geograficznym.

JD.com na chwilę obecną jest niesamowicie tanie. Wyprzedzający mnożnik EV/Sales wskazuje na wycenę zaledwie na poziomie 0,14x. Podczas gdy ten sam mnożnik dla Alibaby jest na poziomie 1,8x, a dla Amazona na poziomie 2,9x. W marcu cena akcji JD.com zaczęła lekko odbijać i od dołka wzrosła już o ponad 20%.

EV Sales Amazon Alibaba JD

Mimo tych planów sytuacja nie jest różowa na każdym froncie. JD.com odnotowało swoją pierwszą stratę netto od czterech lat, co jest efektem kosztownej wojny cenowej na rynku dostaw jedzenia – firma chce tam zwiększyć swój udział w rynku z 15% do 30%. Dodatkowo sprzedaż sprzętu AGD w Chinach spadła w czwartym kwartale aż o 18%, co pokazuje, że chińscy konsumenci wciąż oszczędzają.

JD com zysk netto

To właśnie dlatego spotkanie Xi–Trump jest do pewnego stopnia kluczowe. Jeśli rozmowy przyniosą choćby cień szansy na poprawę relacji, chiński sektor technologiczny może stać się ciekawym miejscem dla kapitału.

Celsius i Costco pokazują, jak private label niszczy premię wzrostową

Dobra, zmieniamy temat na coś bardziej przyziemnego. ENERGOLE. W świecie wielkiego biznesu lojalność klienta kończy się tam, gdzie zaczyna się o połowę niższa cena. Przekonała się o tym firma Celsius Holdings, której akcje ostro straciły po tym, jak sieć Costco, jej kluczowy dystrybutor, wprowadziła do sprzedaży własny energetyk pod marką Kirkland Signature.

Dla kontekstu Celsius to producent napojów w puszce, a Costco to sieć sklepów, która sprzedaje między innymi napoje Celsius.

Wydarzenia z zeszłego tygodnia to klasyczny scenariusz walki o portfel klienta. Marka własna, czyli private label, czyli produkty tworzone bezpośrednio dla danej sieci sklepów, często naśladują liderów rynku, ale kosztują znacznie mniej. Znamy to z naszych własnych dyskontów, gdzie produkty marki Kaufland często są tańsze niż markowe odpowiedniki. Nowy napój od Kirkland wygląda niemal identycznie jak Celsius: biała puszka, owocowe grafiki i te same 200 mg kofeiny. Największy szok wywołuje jednak cena. W Costco za 24 puszki Celsiusa trzeba zapłacić niemal 38 dolarów, podczas gdy wersja od Kirkland kosztuje zaledwie 17 dolarów.

Marki napojów energetycznych

Dla inwestorów to solidny sygnał alarmowy, ponieważ aż 11% ubiegłorocznej sprzedaży Celsiusa pochodziło właśnie z półek Costco. Akcje spółki spadły w tym tygodniu o około 13%.

Celsius akcje YTD wykres

Analitycy są jednak podzieleni. Przedstawiciele Celsiusa uspokajają, że w kategorii napojów energetycznych to marka i lojalność budują długofalowy sukces, a nie tylko niska cena. Wskazują też, że dotychczasowe próby gigantów, jak np. marka Solimo od Amazona, nie podbiły tego rynku.

Z drugiej strony Costco to potężny gracz, a Kirkland ma trafić do wszystkich lokalizacji Costco do maja, co może przyciągnąć oszczędnych konsumentów. Celsius na tym nie zginie, ale firma miała sporą premię za dynamiczny wzrost przychodów, który teraz na pewno częściowo spowolni.

Celsius przychody zysk akcje

Europa i Kanada zwiększają wydatki na obronność. NATO wchodzi w nową epokę

Europa i Kanada wydały w 2025 roku o 20% więcej na obronność.

Stary Kontynent i Kanada wreszcie wybudziły się z militarnego letargu, pompując w armie rekordowe sumy. Według najnowszych danych NATO europejscy sojusznicy oraz Kanada zwiększyli swoje wydatki na obronność o blisko 20% drugi rok z rzędu. To nie są drobne kwoty – w samym 2025 roku dodatkowe nakłady wyniosły aż 574 miliardy dolarów.

Wydatki NATO Europa USA

Ten nagły skok to efekt dwóch czynników: twardych żądań prezydenta Donalda Trumpa oraz rosnącego lęku przed zagrożeniem ze strony Rosji. Przez dekady Europa polegała na potędze militarnej USA, ale teraz widać wyraźną zmianę myślenia. Co ciekawe, Polska, kraje bałtyckie oraz niektóre państwa nordyckie wydają obecnie na obronność większy procent swojego PKB niż same Stany Zjednoczone.

Wydatki obronne mapa Europy

Jednak Trump postawił poprzeczkę bardzo wysoko. Chce, aby kraje sojusznicze docelowo wydawały 5% swojego PKB na szeroko pojęte bezpieczeństwo. Ten cel dzieli się na dwie części:

• 3,5% PKB na twarde wydatki wojskowe, czyli sprzęt i żołnierzy – ten próg już teraz przekroczyły Polska, Litwa i Łotwa.
• 1,5% PKB na bezpieczeństwo pozamilitarne, czyli np. infrastrukturę i cyberbezpieczeństwo.

Czas na osiągnięcie tego poziomu wyznaczono do 2035 roku. Ta ogromna fala gotówki dosłownie transformuje Europę, wskrzeszając przemysł obronny, który od zakończenia zimnej wojny był niemal w uśpieniu.

Mimo że pieniędzy przybywa, atmosfera w NATO jest gęsta. Szef Sojuszu, Mark Rutte, stara się łagodzić relacje z Trumpem, co nie zawsze podoba się pozostałym członkom. Największą próbą jest obecnie konflikt USA i Izraela z Iranem. Choć Rutte popiera działania Trumpa, wielu europejskich liderów obawia się wciągnięcia w tę wojnę. Kością niezgody jest też kwestia odblokowania Cieśniny Ormuz – kluczowego szlaku transportowego, który Iran skutecznie sparaliżował. Europa wstrzymuje się z pomocą, czekając, aż walki nieco ustaną.

Lipcowy szczyt NATO będzie więc momentem prawdy. Kraje członkowskie będą chciały pochwalić się zbrojeniami, by udobruchać Trumpa, który mimo rekordowych wydatków sojuszników wciąż nie szczędzi im ostrej krytyki.

OpenAI kończy z Sorą i chatbotem adult. Wszystko stawia na Agentów AI

Na sam koniec jeszcze ciekawostka zmian od OpenAI, które kończy wsparcie dla generatorów wideo i wstrzymuje rozwój erotycznego chatbota.

OpenAI właśnie nacisnęło przycisk „reset”, rezygnując z projektów, które jeszcze niedawno miały być ich największymi przebojami. Firma Sama Altmana oficjalnie ogłosiła, że kończy wsparcie dla generatora wideo Sora oraz bezterminowo zawiesza prace nad erotycznym chatbotem. To wyraźny sygnał, że gigant AI kończy z „pobocznymi misjami” i stawia wszystko na jedną kartę: narzędzia do pracy i Agentów AI.

Największym zaskoczeniem dla rynku jest porzucenie Sory. Zaledwie sześć miesięcy po głośnym debiucie aplikacji OpenAI zamyka ten projekt i wycofuje się z partnerstwa z Disneyem. Ta współpraca miała być gigantyczna, bo Disney planował zainwestować miliard dolarów w formie warrantów, czyli papierów wartościowych, które pozwalają kupić akcje firmy w przyszłości po ustalonej cenie, w zamian za ożywienie na ekranie postaci takich jak Myszka Miki czy Kopciuszek.

Dlaczego OpenAI odpuszcza wideo? Powód jest prozaiczny: pieniądze i moc obliczeniowa. Generowanie realistycznych filmów „zjada” potężne ilości zasobów procesorów, których teraz brakuje na ważniejsze cele. Zespół pracujący nad Sorą nie idzie jednak na bruk. Mają się teraz zająć badaniami nad robotyką, czyli nauką maszyn tego, jak radzić sobie z fizycznymi zadaniami w prawdziwym świecie.

Równie głośno jest o wstrzymaniu prac nad trybem „adult”, roboczo nazwanym Citron. Miał to być chatbot pozwalający na intymne rozmowy, ale opór pracowników i inwestorów okazał się zbyt silny. Obawiano się, że ludzie zaczną się zbyt mocno przywiązywać emocjonalnie do maszyn, a co gorsza, że do takich treści dotrą dzieci.

Problemem okazała się też technologia. OpenAI przyznało, że ich system przewidywania wieku użytkowników mylił się w ponad 10% przypadków, co przy skali tej firmy jest niedopuszczalne. Dodatkowo trudno było wytrenować model tak, by potrafił prowadzić pikantne rozmowy, ale jednocześnie skutecznie blokował treści nielegalne czy szkodliwe.

Co to oznacza dla nas? OpenAI o wartości 730 miliardów dolarów chce teraz stworzyć jedną, potężną aplikację, która połączy czat, pisanie kodu i przeglądarkę internetową. Kluczem do sukcesu mają być Agenci AI.

W świecie technologii „agent” to coś więcej niż zwykły bot, z którym się rozmawia. To program, który ma realnie „robić robotę” – na przykład samemu zaplanować podróż, zarezerwować loty czy zarządzać plikami w naszym imieniu. Fundamentem tych zmian ma być nowy model o nazwie Spud, którego premiera zapowiadana jest na najbliższe tygodnie. Sam Altman chce teraz poświęcić swój czas na zdobywanie kapitału i budowę infrastruktury, by te ambitne plany stały się rzeczywistością. Dziś w zakresie Agentowego AI przoduje główny rywal OpenAI, czyli Anthropic.

Czy lider rynku da radę wrócić na prowadzenie?

Anthropic vs OpenAI ARR
Zyskaj dostęp do milionów akcji, ETF-ów i opcji na całym świecie z Freedom24
Na start odbierz do 20 darmowych akcji.
Sprawdź ofertę

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

Porcja informacji o rynku prosto na Twoją skrzynkę w każdą niedzielę o 19:00



    Chcę zapisać się do newslettera i wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych przeze mnie danych zgodnie z Polityką Prywatności strony DNA Rynków.

    Zastrzeżenie prawne

    Materiały DNA Rynków, w szczególności aktualizacje Strategii DNA Rynków, Analizy spółek oraz Analizy sektorów są jedynie materiałem informacyjno-edukacyjnym dla użytku odbiorcy. Materiał ten nie powinien być w szczególności rozumiany jako rekomendacja inwestycyjna w rozumieniu przepisów „Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) nr 2016/958 z dnia 9 marca 2016 r. uzupełniającego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w odniesieniu do regulacyjnych standardów technicznych dotyczących środków technicznych do celów obiektywnej prezentacji rekomendacji inwestycyjnych lub innych informacji rekomendujących lub sugerujących strategię inwestycyjną oraz ujawniania interesów partykularnych lub wskazań konfliktów interesów”. Skorzystanie z materiału jako podstawy lub przesłanki do podjęcia decyzji inwestycyjnej następuje wyłącznie na ryzyko osoby, która taką decyzję podejmuje. Autorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za takie decyzje inwestycyjne. Wszystkie opinie i prognozy przedstawione w tym opracowaniu są wyrazem najlepszej wiedzy i osobistych poglądów autora na moment publikacji i mogą ulec zmianie w późniejszym okresie.

    Subskrybuj
    Powiadom o
    guest
    0 komentarzy
    Inline Feedbacks
    View all comments