Wstęp
Sprzedam 20 procent spółki. Stan: idealny, przychody plus 189 procent. Cena: 19 procent poniżej rynku. Powód sprzedaży: za dużo chętnych. Tak mniej więcej brzmiał komunikat Epicomu, największego akcjonariusza Digital Network, który w środę wieczorem sprzedał prawie jedną piątą spółki, mimo że zapowiadał dwanaście procent. Skoro tyle chętnych było, to czemu aż po cenie o 19 procent niższej niż na zamknięciu? Wystarczyło, żeby mocno dać po tyłku kursowi na otwarciu.
I to nie było jedyne ogłoszenie tygodnia, które lepiej czytać do końca. PGE powiedziało z kolei, że po 10 latach da w końcu dywidendę, ale maksymalnie 5 procent, a minimum… nie podano. Kurs zrobił więc minus cztery procent, podnosząc sobie potencjalną stopę dywidendy samodzielnie.
Medicalgorithmics obiecał z kolei, że „kupują nas Amerykanie z Nasdaq!”, a potem ktoś policzył, że minimalna cena przejęcia równa się kapitalizacji z zerową premią za ryzyko i dodatkowo warunkiem jest… dosypanie nowych akcji i emocji.
Ukraińskie spółki z kolei na wieść o pokoju bliżej niż kiedykolwiek zrobiły po minus 15 procent w dwie sesje… Także tak… Ale przynajmniej polska gospodarka trzyma się mocno. Produkcja przemysłowa z najmocniejszym wrześniem w historii. Rośnie produkcja cementu i szkła, a i sprzedaż detaliczna daje radę. Lampka ostrzegawcza świeci się tylko jedna. Tak, spokojnie. Powiem która.
Dywidenda wraca do PGE po 10 latach, a gwiazdy GPW tracą po 20%!
Akcje ukraińskich spółek na GPW mocno tracą
Ukraińskie spółki z GPW miały fatalny tydzień. Astarta we wtorek spadła o 14 procent, a w trakcie sesji traciła nawet 19 procent i obrót akcjami trzeba było wstrzymać. W środę to samo spotkało IMC, które w ciągu dnia spadało o 18 procent.
Astarta to największy producent cukru na Ukrainie. Uprawia ponad 200 tys. hektarów, ma też mleczarstwo i przetwórstwo soi. IMC to rolnik, któremu kukurydza generuje niemal całą sprzedaż.
Skąd te spadki kursów ukraińskich spółek na GPW? W sumie to nie wiadomo. Można się domyślać, że ma to związek z wojną, ale to dalej będą tylko domysły.
We wtorek wysłannicy Białego Domu spotkali się z Zełenskim w Oslo, w środę Steve Witkoff pojechał do Putina. Zełenski powiedział, że zgodzi się na zamrożenie frontu na obecnej linii. To spore ustępstwo ze strony Ukrainy, ale Putin dalej żąda reszty Donbasu. Skończyło się obietnicą kolejnych rozmów po 10 listopada i zmasowanym atakiem na Kijów kilka godzin później.
Historycznie te spółki zwykle rosły na wiadomościach o pokoju. Rozmowa Trumpa z Putinem w lutym 2025 roku dała indeksowi WIG Ukraine 12 procent w jedną sesję, a pierwsze rozmowy trójstronne w styczniu 11 procent w dwie. Te akcje zachowywały się jak opcja na koniec wojny. W tym tygodniu, przy kolejnej rundzie rozmów, indeks stracił 15 procent w dwie sesje. Najmocniej od marca 2025 roku, gdy Trump pokłócił się z Zełenskim w Gabinecie Owalnym.
Może rynek zobaczył, że koniec wojny musi być powiązany ze sporymi ustępstwami Ukrainy. Może te ustępstwa obejmą jakieś tereny Astarty? To wszystko domysły.
Rosja ciągle mocno uderza w ukraińską gospodarkę, a eksport rolny jest jednym z głównych celów rosyjskich ataków. Od lipca ataki blokują porty czarnomorskie. Objazdami da się wywieźć mniej więcej połowę tego, co trzeba, a kolej podniosła stawki o 30 procent. Dla IMC, które żyje z eksportu kukurydzy, to sedno biznesu.
IMC ma jeszcze jeden kłopot. Prawie 85 procent jego upraw leży w obwodach czernihowskim i sumskim, które graniczą z Rosją albo Białorusią. W rozmowach Rosja tych ziem nie wymienia jako czegoś, czego by chciała, ale to właśnie tam latają dziś drony.
Astarta w pierwszym półroczu miała straty netto wobec zysku rok wcześniej, a dług netto w stosunku do EBITDA urósł czterokrotnie. Już w raporcie za pierwszy kwartał firma ostrzegała przed ryzykiem złamania kowenantów, czyli warunków umów kredytowych, a z tego łatwo może urosnąć większy problem z płynnością finansową. Banki chętniej przedłużają kredyt komuś, kto za rok może zarabiać na odbudowie kraju, niż komuś przed kolejną blokadą ze strony Rosji.
Polska gospodarka: produkcja i inflacja we wrześniu
Sporo informacji przyleciało też w ostatnim tygodniu z polskiej gospodarki. Zacznę od tej dobrej. Produkcja przemysłowa wzrosła we wrześniu o 4,6 procent rok do roku, wyraźnie powyżej oczekiwań na poziomie około 3 procent. Ekonomiści Pekao policzyli, że bez korekty o sezonowość to najmocniejszy wrzesień w historii.
Wzrost jest przy tym szeroki. I co ciekawe, cement, szkło i wyroby z metalu rosną, a to o tyle zaskakujące, że samo budownictwo się posypało. Produkcja budowlana spadła o 9 procent rok do roku, choć ekonomiści spodziewali się wzrostu. Budowa budynków zjechała aż o 19 procent. Jednak GUS tłumaczy to nieregularnymi rozliczeniami firm. Chodzi po prostu o to, że na budowie robota idzie codziennie, ale pieniądze płyną etapami. Przy dużych kontraktach, np. drogach, torach czy dużych obiektach, wykonawca rozlicza się z zamawiającym po odbiorze kolejnego etapu: protokół odbioru, potem faktura. Jeśli odbiór dużego etapu przesunie się z września na październik, bo inspektor nie podpisał albo inwestor przesunął termin, to we wrześniowych danych tej roboty nie ma. Koparki pracowały, a „produkcja” na papierze spada.
Skoro więc cement się sprzedaje, to ktoś nim buduje. Dlatego prawdopodobnie zaległe faktury wrócą w październiku i dadzą solidne odbicie w tych danych.
Drugi wątek jest ważniejszy dla całej giełdy. Ceny producentów w przemyśle wzrosły o 6,1 procent rok do roku, najszybciej od 2023 roku. Najpierw ciągnęły je paliwa, ale teraz samo przetwórstwo przemysłowe bez paliw odpowiada już za ponad jeden punkt z tych 6,1 procent. To pierwszy poważny sygnał, że inflacja zaczyna się gdzieś tam sączyć do innych kategorii niż tylko paliwa i energia. Do tej pory wszystkie takie sygnały były raczej naciągane. To nie oznacza, że zaraz będzie powtórka z 2022 roku i inflacja wystrzeli do 18 procent, ale oznacza, że trzeba się mocniej wyczulić na kolejne dane inflacyjne.
W tym wszystkim dobrze trzyma się też pracownik. Płace w firmach rosną o 5,9 procent, a po odjęciu inflacji o około 1,7 procent, najwolniej od sierpnia 2023 roku. I nawet dobrze, bo cały czas na plusie, ale nie przyspiesza, a zbyt szybki wzrost płac wywołuje presję inflacyjną i spiralę cenowo-płacową, co widzieliśmy w latach 2022–2023.
Jedynym zaskoczeniem in minus była sprzedaż detaliczna, która wzrosła o 3,3 procent, i to niby wynik poniżej oczekiwań. Tyle że wynik trzeba rozebrać na części, bo tu mocno wynik zaburza jedna kategoria – paliwo. Ludzie kupili paliwo na zapas w sierpniu, przed powrotem wyższego podatku VAT, i we wrześniu sprzedaż paliwa mocno spadła i zabrała z całego wyniku około półtora punktu procentowego. Według wyliczeń Pekao bez paliw sprzedaż detaliczna przyspieszyła do 5,4 procent, najszybciej od czerwca. Sprzedaż towarów bez paliw jest wręcz fenomenalna, a gorsza sprzedaż przejawia się głównie w usługach.
Wszystko to dobry zestaw danych z polskiej gospodarki. Także brawa dla Was wszystkich. Dobrą robotę tam robicie. Jest się z czego cieszyć.
Asbis: spadek kursu akcji i rynek AI
Mniej cieszyć mogą się ostatnio akcjonariusze Asbisu – gwiazdy tego roku na GPW. Zaczynał styczeń przy 33 zł, a 12 października zamknął się na 193 zł, prawie sześć razy wyżej. Od tamtej pory w osiem sesji oddał około 20 procent. W poniedziałek kurs zjechał o 10 procent, a w środę o kolejne 9 procent.
Asbis to dystrybutor sprzętu komputerowego i elektroniki. Sprzedaje w naszej części Europy, w Kazachstanie, na Ukrainie i w Emiratach. Jeszcze niedawno kojarzył się głównie z iPhone'ami i laptopami, a dziś z AI, serwerami na chipach Nvidii i pamięcią.
We wtorek spółka pochwaliła się pierwszym w historii miesiącem z ponad miliardem dolarów sprzedaży, ponad trzy razy więcej niż rok wcześniej. Kurs odbił o 8 procent, a dzień później oddał wszystko z nawiązką. Skąd taka nerwowość?
Bo przez ostatni rok Asbis zmienił skórę i koreluje z szerokim koszykiem AI. W drugim kwartale serwery i ich podzespoły dały już 43 procent przychodów, prawie cztery razy więcej niż rok wcześniej. Rynek zaczął go wyceniać jak spółkę od sztucznej inteligencji. Trzonem tej sprzedaży są już pamięci i procesory.
Pamięci zdrożały w tym cyklu cztery, pięć razy, co pompowało przychody. Ale to, co „daje” ekspozycja na AI, to też korelacja z rynkową paniką na półprzewodnikach. Od szczytu 6 października indeks spółek półprzewodnikowych SOX stracił około 13 procent, a koreańska giełda, czyli Samsung i SK Hynix, najwięksi producenci pamięci na świecie, zjechała w niecałe trzy tygodnie o 18 procent.
Przy obecnym kursie płacicie za Asbis około 13-krotność tegorocznych zysków, więc o jakiejkolwiek „bańce” trudno mówić, pomimo tych wzrostów. Chociaż trzeba pamiętać, że mówimy o dystrybutorze cudzego sprzętu w pozytywnej fazie silnego cyklu.
Kupując dziś akcje Asbisu, kupujecie cykl cen pamięci. Tak długo, jak ceny rosną, to dystrybutor zarabia na tym, że kupuje po cenie wcześniejszej i sprzedaje za jakiś czas po wzrostach. Ten efekt się odwróci, kiedy cykl się skończy. Nie mówię, kiedy się skończy, chcę tylko, żebyście mieli tego świadomość. Nie można jednocześnie twierdzić, że jest bańka w USA, i kupować Asbis, a znam takich ananasów xD.
Dywidenda PGE w 2027 roku – ile wyniesie?
PGE w poniedziałek zaktualizowała strategię do 2035 roku i zapowiedziała coś, na co akcjonariusze czekali dekadę. Wraca dywidenda, i to już z zysku za ten rok, z wypłatą w 2027 roku. Ostatni raz PGE płaciła w 2016 roku, 25 groszy na akcję.
Reakcja kursu? Spadek o 4 procent na koniec dnia. Skąd taki chłód? Diabeł siedzi w jednym zdaniu. Stopa dywidendy PGE ma być „nie wyższa niż 5 procent”. Zarząd obiecał więc sufit. Podłogi nie ma wcale.
Przy dzisiejszej kapitalizacji to mniej więcej 80 groszy na akcję. A może być wyraźnie mniej. Wiceprezes do spraw finansów Przemysław Jastrzębski sam studził emocje i prosił, żeby nie przywiązywać się do tych 5 procent, bo przed grupą ogromne inwestycje. Kolejne wypłaty uzależnił od tego, co po 2028 roku stanie się z rynkiem mocy.
Nie wiem, na ile ta dywidenda jest przemyślaną decyzją, a na ile decyzją polityczną, bo rząd, który jest głównym akcjonariuszem, potrzebuje pieniędzy, żeby ograniczać deficyt budżetowy, więc pieniądze od spółek Skarbu Państwa mu się przydadzą. Ale nie hejtuję, to o niebo lepsze rozwiązanie niż kolejny nadzwyczajny podatek, który ominie innych akcjonariuszy i wytransferuje pieniądze tylko do Skarbu Państwa.
Skąd pieniądze na dywidendę? Po pierwsze, węgiel ma przynosić mniejsze straty, niż zakładano. W 2035 roku EBITDA energetyki węglowej ma być na minusie o około 1,5 mld zł, a jeszcze rok temu rynek liczył się z około 3,2 mld zł straty.
Po drugie, program inwestycyjny PGE do 2035 roku obcięto z 235 do 210 mld zł.
Po trzecie, atom. Inwestorem drugiej elektrowni jądrowej będą Polskie Elektrownie Jądrowe, a PGE przygotuje tylko analizy lokalizacji i studia wykonalności. Rynek od dawna bał się, że rachunek za atom dostanie PGE. Nie dostanie.
PGE od końca czerwca podrożało o blisko 80 procent i kosztuje dziś więcej, niż zakładają wszystkie publiczne ceny docelowe. W StockScanie mieliśmy PGE w top pickach i między 7 września a 11 października dało 33 procent, prywatnie miałem furę kontraktów i furę zarobiłem. Cieszę się, że w tym wypadku absolutnie wszystkie hipotezy się sprawdziły.
Tylko że przy maksymalnych 5 procentach dywidendy i kursie po takim rajdzie ta historia jest dla mnie w dużej mierze w cenie. Ja mam już nowego faworyta dla podobnej historii, ale Panie Areczku, jest dla osób z DNA Premium.
Digital Network: sprzedaż 20% akcji z dyskontem
W tygodniu mieliśmy jeszcze jedną wywałkę podobną do Asbisu. W środę wieczorem Epicom, największy akcjonariusz Digital Network, sprzedał w przyspieszonej budowie księgi popytu, czyli ABB, prawie 20 procent spółki. Cena wyniosła 290 zł, o prawie 19 procent mniej niż na zamknięciu sesji. W czwartek kurs otworzył się 16 procent niżej i skończył dzień 11 procent pod kreską.
Dla przypomnienia Digital Network zajmuje się cyfrową reklamą zewnętrzną, czyli DOOH. Zarządza siecią około 20 tys. ekranów LED w centrach miast, na dworcach, lotniskach i w galeriach. To jeden z ulubieńców inwestorów indywidualnych. Trzy lata temu akcje kosztowały niespełna 20 zł, a we wrześniu dotarły do 423 zł.
Tydzień temu opowiadałem Wam o ABB w Auto Partnerze. Prezes sprzedał tam 3 procent spółki z dyskontem około 15 procent i obiecał nic więcej nie sprzedawać przez 540 dni. Tutaj pakiet jest prawie siedem razy większy, dyskonto wyższe, a zakaz dalszej sprzedaży obowiązuje 360 dni. Zwykle ABB nie powinno budzić niepokoju, bo ktoś musi dać akcje instytucjom, które chcą wejść na rynek, a założyciele i fundusze, które już mają zysk na akcjach, chcą go po prostu zrealizować – nie ma w tym nic niezwykłego.
Tutaj jednak jest kilka niepokojących sygnałów.
Epicom zapowiadał sprzedaż do 12 procent spółki, a sprzedał prawie 20 procent, i jego udział spada z niespełna połowy do około 30 procent. Czemu sprzedał więcej, niż zapowiadał? Podobno dlatego, że był duży popyt. Tylko zastanawia mnie, dlaczego sprzedający, który widzi duży popyt, daje dyskonto do ceny rynkowej na poziomie 19 procent?
To naprawdę spore dyskonto jak na transakcję ABB, a mediana dla takich transakcji na GPW jest poniżej 10 procent.
Więc czy coś złego dzieje się w samym biznesie Digital Network? Póki co, wręcz przeciwnie. W pierwszym półroczu przychody urosły o 189 procent, a EBITDA o 183 procent, tylko że to głównie dzięki przejęciu innej spółki.
Na 2027 rok prognozy analityków mówią już o wzroście w okolicy 20–30 procent. W efekcie przy takim wyhamowaniu kłopot widzę w cenie. Przy kursie 318 zł płacimy około 32-krotność rocznych zysków. A mamy do czynienia z biznesem, który będzie już rósł coraz wolniej, a jedna ustawa krajobrazowa może zmieść jego działalność z planszy. Więc nie można też mówić, że jest on pozbawiony poważnych ryzyk.
Medicalgorithmics: przejęcie przez spółkę z Nasdaq
W poniedziałek przed sesją Medicalgorithmics ogłosił list intencyjny w sprawie przejęcia 100 procent akcji przez amerykańską spółkę notowaną na Nasdaq. Kurs otworzył się prawie 10 procent wyżej, ale sesję skończył na plusie o niecały 1 procent. W czwartek był już wyraźnie niżej niż przed ogłoszeniem.
Dla przypomnienia Medicalgorithmics to polski medtech od nieinwazyjnej diagnostyki serca, który do analizy EKG wykorzystuje algorytmy AI. Coraz większa część przychodów pochodzi z USA. W trzecim kwartale sprzedaż urosła według wstępnych danych o 52 procent rok do roku, a EBITDA była na plusie, co w spółce medtech nie jest takie oczywiste.
Jak to możliwe, że wiadomość o przejęciu przez Amerykanów skończyła się spadkiem po początkowym wystrzale kursu? Wystarczy policzyć. Minimalna wartość transakcji to 67 mln dolarów, czyli około 261 mln zł. Kapitalizacja spółki w piątek wynosiła około 263 mln zł. Premii za przejęcie nie ma więc wcale, a kto kupował na otwarciu po 27,55 zł, płacił około 10 procent więcej, niż wynosi sama potencjalna oferta minimalna.
Na tym nie koniec. Zapłata ma przyjść głównie w akcjach nabywcy, którego nazwy nie znamy. List jest niewiążący, wyłączność trwa 30 dni, a jednym z warunków jest to, że Medicalgorithmics najpierw pozyska co najmniej 10 mln euro nowego kapitału. Co to znaczy? Inwestorzy dowiedzieli się już w czwartek.
Wtedy spółka zapowiedziała dwie emisje nowych akcji, które sprzeda, żeby pozyskać określone środki. To rozwadnia dotychczasowych akcjonariuszy. Na razie strony podpisały jedynie umowę o poufności.
Obie emisje dałyby razem około 54 mln zł, czyli więcej niż wymagane 10 mln euro. Spółka tych dwóch spraw nie łączy, ale ja w taki przypadek nie wierzę. Kurs akcji Medicalgorithmics spadł w czwartek o ponad 4 procent, najniżej od ponad roku. To także nie pierwszy list intencyjny w tym roku. W maju spółka podpisała podobny z luksemburskim holdingiem medycznym i nie słychać, żeby coś z niego wyszło.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk








