Wstęp
Dawno nie wkurzyłem wielu osób jednocześnie i jakoś tak mnie już piecze, więc czas najwyższy. Lojalnie uprzedzam, że jeśli masz w ramce złotą monetę, cytaty Misesa i przekonanie, że „fiat to scam”, to zaciśnij poślady.
Uwaga… pieniądz bez pokrycia, ten rzekomy wielki przekręt naszych czasów, jest super i stanowi narzędzie, bez którego Zachód przegrałby swoją przyszłość. Powrót do parytetu złota, o którym marzy część dziwaków, byłby dziś strzałem w kolano o cywilizacyjnej skali.
Tak, „dodruk” kasy to faktycznie ukryty podatek. Inflacja zjada deflacyjny prezent od technologii, dzięki któremu telefon, auto i mieszkanie mogłyby z roku na rok tanieć. Ta część libertariańskiej diagnozy jest prawdziwa. Tyle że między prawdziwą diagnozą a dobrą receptą jest przepaść.
Obiecuję dziś twarde dane, zero pierdololo kukieł i wniosek, który nie zadowoli ani jastrzębi, ani gołębi, bo brzmi: pytanie „czy drukować” jest źle postawione. Właściwe pytania to „kiedy drukować” i „na co drukować”. Lecimy.
Drukowanie pieniędzy nie musi być złe. Powrót do złota byłby katastrofą!
Jak działałby powrót do parytetu złota?
Libertariańska wizja świata monetarnego wygląda mniej więcej tak, że pieniądz ma stuprocentowe pokrycie w kruszcu, najlepiej w złocie. Rząd nie może go emitować, bo nie ma czego emitować. Każdy złoty, dolar czy euro musi mieć fizyczne pokrycie w skarbcu. Pieniądz jest w tym scenariuszu po prostu wygodniejszą formą złota. Papierowym i lżejszym odpowiednikiem, który w każdej chwili można wymienić w banku na żółte kamyczki.
Argumenty za takim rozwiązaniem brzmią na pierwszy rzut… ucha przekonująco. Emisja pieniądza przez rząd to de facto ukryty podatek. Kiedy bank centralny emituje nowe pieniądze, te, które już mamy w portfelu, tracą na wartości. Nikt nam ich nie zabiera fizycznie, ale ich siła nabywcza maleje. Dla inwestora odpowiednikiem tego zjawiska jest emisja akcji przez spółkę.
Kluczowa obserwacja zwolenników tego podejścia jest taka, że w świecie, w którym ilość pieniądza pozostaje mniej więcej stała i nie mamy akurat żadnego szoku podażowego, takiego jak wojna, katastrofa naturalna czy pandemia, ceny powinny regularnie spadać. Rozwój technologiczny i doskonalenie procesów produkcji systematycznie obniżają bowiem koszty wytwarzania tego, z czego korzystamy na co dzień.
Na podłożu czysto akademickim rzeczywiście brzmi to fajnie. Zakazać emisji, powiązać pieniądz ze złotem, pozwolić rynkowi działać. Problem w tym, że żyjemy w bardzo konkretnym świecie, a nie w debacie akademickiej.
Czym jest pieniądz bez pokrycia i waluta fiat
Wyjaśnijmy sobie, czym właściwie jest „pieniądz bez pokrycia”. W debacie publicznej „drukowanie pieniędzy” to skrót myślowy, który może oznaczać zupełnie różne rzeczy.
We współczesnym systemie pieniądz nie jest pokryty złotem. Jest tak zwanym pieniądzem fiducjarnym. To ta słynna waluta fiat. Jej wartość zależy od zaufania do państwa, prawa podatkowego, zdolności instytucji do egzekwowania zobowiązań, wiarygodności polityki makroekonomicznej czy siły gospodarczej danego kraju.
Większość pieniądza w obiegu tworzą w tym systemie banki komercyjne w procesie udzielania kredytów. Bank centralny bezpośrednio kontroluje tak naprawdę jedynie bazę monetarną, czyli rezerwy i gotówkę.
Państwo może bezpośrednio „drukować” pieniądze, czyli zwiększać ich ilość w obiegu, za pomocą wielu narzędzi. Pierwszym może być QE, czyli luzowanie ilościowe, w ramach którego bank centralny skupuje obligacje albo inne aktywa, głównie od banków komercyjnych, płacąc za nie nowo wyklikanymi pieniędzmi. Bank komercyjny ma wtedy więcej cyferek po swojej stronie, a to zwiększa jego zdolność do udzielania kredytów.
Druga droga to monetyzacja długu, czyli trwałe finansowanie wydatków publicznych pieniędzmi banku centralnego, a trzecia to ukierunkowane programy kredytowe, takie jak refinansowanie banków, gwarancje czy specjalne linie finansowania dla konkretnych sektorów.
Jak ten nowy pieniądz faktycznie wpływa na gospodarkę? Kiedy bank centralny skupuje obligacje z rynku, nie tylko poprawia płynność banków komercyjnych, ale też podbija ceny innych obligacji, jednocześnie obniżając ich rentowności. Niższe rentowności przekładają się na tańszy kredyt. Rynek widzi więc, że stopy spadają, a następnie firmy i konsumenci zaciągają więcej kredytów. W efekcie banki komercyjne kreują więcej nowego pieniądza. W dużym uproszczeniu właśnie tak to działa.
Kiedy drukowanie pieniędzy pomaga gospodarce?
Klasyczny argument ekonomiczny za emisją pieniądza pojawia się w bardzo konkretnym scenariuszu, a mianowicie wtedy, kiedy gospodarka ma niewykorzystane moce produkcyjne. W każdej gospodarce są fabryki, które stoją. Są ludzie, którzy chcą pracować, ale nie mogą znaleźć zatrudnienia. Jest potencjał, ale nie ma czym go uruchomić. Dla przykładu w Polsce przez ostatnie 10 lat przeciętne wykorzystanie mocy produkcyjnych wynosiło niecałe 83%. Im ten stopień jest niższy, tym silniejszy jest argument za tym, żeby emitować więcej „pustego” pieniądza.
W takiej sytuacji nowy pieniądz może zadziałać jak rozrusznik. Obniża koszt finansowania, zachęca firmy do inwestycji, zwiększa wydatki, a w efekcie tworzy miejsca pracy, podnosi produkcję i w konsekwencji PKB.
Jeśli w gospodarce mamy niewykorzystane moce, to państwo, identyfikując, gdzie one się znajdują, może na przykład wejść na rynek z nowymi inwestycjami publicznymi i za wykreowane pieniądze odpowiednio zwiększyć ich wykorzystanie.
Gdy z kolei PKB podrośnie szybciej niż tempo zadłużenia, to realnie kraj się… oddłuży. Szok, nie?
Czy tak można zawsze, bez względu na okoliczności i powody drukowania? Nie. Dobrym przykładem są Niemcy w 1923 roku. Podaż pieniądza rosła już od 1914 roku, kiedy Niemcy finansowały wojnę emisją. Po przegranej drukarka weszła jednak na jeszcze pełniejsze obroty. W szczytowym momencie hiperinflacji inflacja sięgała ponad miliona procent miesięcznie. Wartość marki spadała tak szybko, że pensje wypłacano codziennie, a ludzie biegli do sklepów natychmiast po otrzymaniu pieniędzy, bo za godzinę te same banknoty mogły już być bezwartościowe.
Drukowanie pieniędzy było wtedy problemem, ale z czasem pieniądz zaczął tak szybko tracić na wartości, że inflacja wielokrotnie przekroczyła to, co wynikałoby z samej kreacji nowego pieniądza. Czemu? Ponieważ problemem stał się brak zaufania do waluty, a nie sam dodruk. Dodruk był częściowym zapalnikiem, ale to słabość gospodarki i brak zaufania do pieniądza zrobiły najgorsze.
Kreacja waluty to narzędzie. Może być wykorzystane dobrze i źle. Jak każde narzędzie. I są na to twarde dane. Najlepszym przykładem jest fakt, że po kryzysie finansowym w 2008 roku Fed przeprowadził trzy rundy luzowania ilościowego. Aktywa Rezerwy Federalnej wzrosły czterokrotnie. Czterokrotnie!
Efekt? Stopa bezrobocia spadła z 9,3% w 2009 roku do 5,3% w 2015 roku. Inflacja? Właściwie nie widać żadnej korelacji. W 2015 roku zmieniła się nawet na chwilę w deflację. Czterokrotna ekspansja pieniądza i WIELKIE DRUKOWANIE przetoczyły się przez gospodarkę, a ceny nawet na moment nie wymknęły się spod kontroli.
Na wykresie niebieska linia oznacza bezrobocie, a zielona inflację. Ktoś może powiedzieć, że gospodarka sama wróciłaby do stanu równowagi bez luzowania ilościowego.
Pewnie tak, ale pozostaje pytanie: w jakim czasie? Druga rzecz to fakt, że inflacja mimo ogromnej kreacji pieniądza wyskoczyła na chwilę dość wysoko, ale nawet nie przebiła szczytu z okresu sprzed recesji, a potem szybko zanurkowała razem ze stopą bezrobocia.
Kolejnym przykładem jest Japonia po 2013 roku. Bank Japonii uruchomił agresywny program luzowania ilościowego i jakościowego, tak zwane QQE. Bezrobocie spadło z 3,6% do 2,4%, a liczba pracujących wzrosła o prawie trzy miliony osób. Realny PKB okazał się wyższy o szacunkowo 1,3–1,8% dzięki tym programom. Tymczasem inflacja po jednorazowym wyskoku do poziomu 3,7% niedługo później wróciła do okolic poniżej 1% i pozostała tam do końca dekady!
Czy to znaczy, że przysłowiowa drukarka jest cudownym lekiem na wszystko? Nie, ale w warunkach niewykorzystanego potencjału gospodarki, w tym na przykład recesji, taka kreacja pieniądza potrafi realnie pomagać.
Dlaczego dodruk pieniądza to dziś gra geopolityczna?
W dzisiejszym świecie klasyczny argument ekonomiczny, zgodnie z którym nowy pieniądz aktywuje niewykorzystane moce, nie jest nawet kluczowy. Kluczowy problem leży gdzie indziej.
Ta wizja jest utopijna, bo żeby działała, trzeba byłoby wdrożyć ją kolektywnie na całym świecie. Jednocześnie. A to jest po prostu nierealne.
Dlaczego? Ponieważ w dzisiejszej gospodarce sektory strategiczne, takie jak sztuczna inteligencja, półprzewodniki, obronność czy energetyka, mieszają się z geopolityką. To już dawno nie jest gra o to, która firma więcej zarobi. To gra o to, kto zdominuje konkretne sektory gospodarcze.
Wyobraźcie sobie, że w tym świecie Zachód mówi: „Rezygnujemy z kreacji pieniądza, bo libertarianie mają rację, drukowanie jest złe”. Co się dzieje? Chiny, które nie będą miały takich skrupułów, przyspieszają. Pompują pieniądze w strategiczne sektory. Doganiają technologicznie, a Zachód traci przewagi, które budował przez dekady.
W świecie, w którym więcej niż jeden gracz rywalizuje o kontrolę nad przyszłością, taka ortodoksja monetarna musi ustąpić miejsca pragmatyzmowi. Alternatywą jest strategiczna porażka w zimnej wojnie 2.0, bez względu na to, jak bardzo nie wpisuje się to w ideały wolnego rynku.
Wielki Kryzys i gospodarcze skutki złota
Zresztą historia przeprowadziła już kiedyś dla nas idealny eksperyment na ten temat i mało kto o nim pamięta. Wielki Kryzys lat 30. To nie była jedna globalna katastrofa o równym przebiegu. Kraje wychodziły z niego w RÓŻNYM tempie, a często różnicowała je decyzja o tym, jak szybko porzucono parytet złota.
Wielka Brytania zeszła ze złota w 1931 roku i jej gospodarka zaczęła się odbudowywać niemal natychmiast. Stany Zjednoczone zdewaluowały dolara wobec złota w 1933 roku i dopiero wtedy ruszyło ożywienie. Kraje, które twardo broniły parytetu do końca, takie jak Francja, dusiły się w depresji najdłużej, aż do drugiej połowy dekady. Ekonomiści nazywają to „złotymi kajdanami”: im dłużej kraj był przykuty do złota, tym dłużej krwawił.
To nie jest teoria z podręcznika monetarnych fanatyków. To twardy historyczny wynik z kilkudziesięciu krajów. Standard złota nie zapobiegł największemu kryzysowi w historii kapitalizmu, ale go pogłębił i przedłużył.
Jest też inny problem, którego libertariańska wizja taniejącego świata elegancko nie zauważa. Deflacja jest piękna, dopóki nie masz długów, a dzisiejszy świat już stoi na długu. Kredyty hipoteczne, obligacje rządowe, finansowanie firm – wszystko JUŻ jest zobowiązaniem zapisanym w sztywnych, nominalnych kwotach.
Co zrobi z nimi deflacja? Realny ciężar długu rośnie z każdym rokiem spadających cen. Dłużnicy tną wydatki, żeby spłacać coraz cięższe relatywnie raty. Ceny spadają, więc popyt spada, więc ceny spadają dalej, a długi realnie rosną jeszcze bardziej. Ekonomiści nazywają to spiralą deflacji długu i jest to dokładnie ten mechanizm, który zamienił krach z 1929 roku w dekadę nędzy.
W gospodarce, w której dług publiczny i prywatny wynosi grubo ponad dwieście procent PKB, zafundowanie sobie systemowej deflacji nie jest powrotem do raju, ale podpaleniem lontu pod całym systemem finansowym. A wiecie, kto zyskuje na trwałej deflacji najbardziej? Posiadacze wielkiej gotówki i wierzyciele. System złotego pieniądza, sprzedawany jako bunt przeciwko elitom finansowym, w praktyce byłby więc największym w historii transferem bogactwa DO wierzycieli. Rentierzy klaszczą, kredytobiorcy płaczą.
Chiny największym producentem złota na świecie
Pomyślmy sobie jeszcze przez chwilę, co tak naprawdę oznacza „pieniądz oparty na złocie”. Oznacza to, że podaż pieniądza w globalnej gospodarce zależy od… tego, ile żółtego kamyka uda się w danym roku wykopać z ziemi. To jest cały mechanizm. Światowe zasoby złota rosną o mniej więcej półtora do dwóch procent rocznie i ani technologia, ani demografia, ani potrzeby gospodarki nie mają tu wiele do gadania.
Decyduje o tym geologia. Historycznie dawało to efekty wprost komiczne: gorączka złota w Kalifornii czy na Klondike oznaczałaby nagłą inflację, bo pieniądza przybyło, a lata bez wielkich odkryć przynosiłyby duszącą deflację. Polityka monetarna świata w rękach poszukiwaczy z kilofami.
Wisienka na torcie teraz. Wiecie, kto jest dziś największym producentem złota na świecie? Chiny, a zaraz za nimi Rosja. Powrót Zachodu do parytetu złota oznaczałby więc oddanie części kontroli nad podażą własnego pieniądza dwóm państwom, przeciwko którym toczy się ta cała zimna wojna 2.0. Wybitnym analitykiem trzeba być, żeby wpaść na takie rozwiązanie xD.
To już nie jest strzał w kolano. To wręczenie przeciwnikowi pistoletu i instrukcji obsługi.
Tak, technologia rok w rok obniża koszty i rozdaje nam deflacyjny prezent, a państwa rok w rok przejmują go poprzez emisję. Tu libertarianie mają pełną rację i nie zamierzam im jej odbierać. Ukryty podatek istnieje, a skoro emisja pieniądza to ukryty podatek od trzymania gotówki, to jedyną realną obroną przed nim jest posiadanie aktywów. A do tego potrzebujecie sensownego dostępu do globalnych rynków.
Czy drukowanie pieniądza bez pokrycia ma sens?
Między prawdziwą diagnozą a dobrą receptą leży cała ta droga, którą dziś przeszliśmy. Standard złota nie zapobiegł największemu kryzysowi kapitalizmu, tylko go przedłużył. Deflacja w świecie zadłużonym po uszy to nie raj konsumenta, tylko spirala, która realnie dokręca każdy kredyt i nagradza rentiera kosztem wszystkich pozostałych.
Podaż pieniądza uzależniona od kilofa i łopaty to abdykacja z polityki gospodarczej na rzecz geologii, a dziś dodatkowo na rzecz Pekinu i Moskwy. Rezygnacja z elastycznego finansowania to oddanie przyszłości walkowerem przeciwnikowi, który postanowi mieć to w dupie.
Dodruk kasy „bez pokrycia” to narzędzie. Wystarczy odpowiednio go używać. Pytania, z których naprawdę warto rozliczać rządzących, nie brzmią: „czy drukują?”, lecz: „na co drukują?”.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









