Chaos na GPW: Dino runęło, Tusk miesza przy Orlenie, a Wirtualna Polska ze sporymi stratami!
Ten tydzień na polskim rynku to podręcznikowy przykład chaosu. Z jednej strony polska gospodarka zwalnia, konsument zaczyna się cofać, a inflacja może znowu przyspieszyć przez wydarzenia na Bliskim Wschodzie.
Z drugiej strony firmy takie jak LPP pokazują rekordowe wyniki i podnoszą prognozy, jakby nic złego się nie działo.
Ale jednocześnie obok tego mamy spółki, które nagle się potykają. Dino zaliczyło na przykład najgorszy dzień w całej swojej giełdowej historii, a Wirtualna Polska pokazuje wielkie straty i mówi nawet o „małym COVID-zie”.
Wielu inwestorów więc słusznie zaczyna się zastanawiać, czy coś się właśnie nie zmienia głębiej. W tle dochodzi do tego polityka, która znowu wchodzi na giełdę z buta, a premier Tusk zapowiada ręczne sterowanie cenami paliw i nowe podatki. To stare schematy, które rynek zna aż za dobrze i ma ochotę się wyrzygać, widząc je po raz kolejny.
To będzie odcinek o sprzecznościach, które zaczynają układać się w jeden obraz. Zaczynamy od polskiej gospodarki.
Chaos na GPW: Dino runęło, Tusk miesza przy Orlenie, a Wirtualna Polska ze sporymi stratami!
Mieszane dane z polskiej gospodarki i konsument pod presją
Zaczynamy od mieszanych danych z polskiej gospodarki. Polski konsument trochę zwolnił tempo, ale dalej idzie do przodu. Najnowsze dane z gospodarki mogą wydawać się trochę pokomplikowane, ale dalej są spójne z fazą przejściową, a nie z zapowiedzią katastrofy. Kilka różnych sił, od pogody po geopolitykę, oddziałuje teraz na portfele Polaków jednocześnie.
W efekcie sprzedaż detaliczna w lutym wzrosła o 5% w porównaniu do zeszłego roku. Sporo, ale to wynik nieco słabszy, niż zakładała większość analityków. Za mniejszą ochotę na zakupy w dużej mierze odpowiadała… pogoda. Ekstremalnie niskie temperatury sprawiły, że rzadziej chodziliśmy do sklepów.

Teraz w marcu konsument dostał nowe wyzwania. Przez sytuację w Zatoce Perskiej inflacja może wynieść nawet około 0,7 punktu procentowego więcej, niż zakładano w tym roku. Oczywiście o ile konflikt będzie się wydłużać. To oznacza, że pensje będą rosły realnie nieco wolniej, więc i konsumpcja może zwolnić obecne tempo wzrostu.
Na rynku pracy jednak sytuacja pozostaje bezpieczna. Nagłówki krzyczały ostatnio o najwyższym odczycie stopy bezrobocia w Polsce od 5 lat! No tak, jest on najwyższy od 5 lat. Jednocześnie dalej jest ekstremalnie niski. W lutym stopa bezrobocia wyniosła 6,1%, co oznacza minimalny wzrost o 0,1 punktu procentowego względem stycznia.

Rozpiętość regionalna też jest spora: od rekordowo niskiego poziomu 3,9% w Wielkopolsce po nieco wyższe 10,1% na Warmii i Mazurach. Warto też dodać, że mimo iż konsumpcja prywatna może w tym roku nieco wyhamować, to fundamenty wzrostu PKB pozostają zdrowe. Gospodarkę wspierają niezmiennie silne wzrosty inwestycji oraz kapitału zagranicznego. Jak na razie więc nie ma powodów do żadnych obaw.

W tle takich odczytów gospodarki dostaliśmy kilka naprawdę ciekawych konsekwencji w notowanych spółkach powiązanych z kondycją konsumenta i one… również są ze sobą sprzeczne.
LPP pokazuje siłę: rekordowe wyniki, marże i ambitne prognozy
Najpierw LPP, czyli polskie imperium odzieżowe od marek takich jak Reserved czy Sinsay, pokazało rekordowe wyniki za 2025 rok.

Przychody spółki wzrosły o 19%, a co jednak ważniejsze, zyski rosły jeszcze szybciej niż sama sprzedaż. Zysk netto podrósł bowiem o 36%.

Z czego to wynika? LPP po prostu nie zwalnia tempa w stawianiu nowych salonów. W zeszłym roku sieć powiększyła się o ponad tysiąc sklepów, wchodząc na sześć nowych rynków, m.in. do Uzbekistanu i Gruzji. To otwiera firmie dostęp do 60 mln nowych klientów, a sama spółka stawia przede wszystkim na rentowność. Jeśli jakiś salon nie zarabia, to jest zamykany.

LPP podniosło w efekcie prognozy dotyczące marż. Marża brutto, czyli różnica między ceną sprzedaży a kosztem zakupu ubrania, ma wynieść ponad 55%. Przyszłość wygląda tu naprawdę dobrze.
Zarząd uspokaja też w kwestii wojny w Iranie. Mimo że transport z Azji może nieco zdrożeć lub się wydłużyć, firma uwzględniła to już w swoich planach i nie widzi zagrożenia dla biznesu.
W 2026 roku planowane jest otwarcie kolejnego tysiąca sklepów, głównie pod marką Sinsay, co ma przynieść przychody na poziomie nawet 29 mld zł.
Poza samymi wynikami i prognozami inwestorów na pewno podekscytowała nowa rekordowa dywidenda. Zarząd chce wypłacić 900 zł na każdą akcję, czyli o ponad jedną trzecią więcej niż rok temu. Daje to stopę dywidendy przekraczającą 4% już po ostatnim wystrzale kursu po wynikach. Niesamowita maszynka do robienia kasy.
Wirtualna Polska i Dino: kiedy rynek nagle przestaje wybaczać
Gorzej z robieniem kasy radziło sobie teraz z kolei Dino i Wirtualna Polska. Zacznijmy od tej drugiej, bo tutaj wyniki to… tragedia. Wirtualna Polska od pewnego czasu stała się spółką bardziej turystyczną niż medialną i teraz czuć tego efekty. Segment Travel oberwał przez Bliski Wschód, a zarząd określa to nawet „małym COVID-em”.
To dość historyczny moment, bo holding latami przyzwyczajał inwestorów do zysków, a teraz… mamy stratę. Choć na pierwszy rzut oka przychody mogą wyglądać imponująco, to pod maską wygląda to zupełnie inaczej.

Wirtualna pochwaliła się przychodami na poziomie 2,2 mld zł, co oznacza potężny, 42-procentowy wzrost w porównaniu do poprzedniego roku. Jednak ten wzrost jest głównie wynikiem przejęcia spółki Invia z kwietnia 2025 roku, a nie operacyjnej poprawy biznesu.
Radość z rosnącej skali biznesu psuje mocno wynik „pod kreską”. Spółka zanotowała 34,1 mln zł straty netto, co jest zjawiskiem niemal niespotykanym w jej giełdowej historii.

Skąd ta dziura w budżecie, skoro firma sprzedaje coraz więcej? Głównym winowajcą jest odpis wartości aktywów. Mówiąc po ludzku: WP przyznała, że węgierska spółka Szallas, którą kupiła jakiś czas temu, jest obecnie warta mniej, niż za nią zapłacono. Ten jeden księgowy ruch „wymazał” z wyniku aż 150 mln zł. Zarząd tłumaczy to błędami w decyzjach, ale też czynnikami zewnętrznymi, w tym m.in. droższym pozyskiwaniem klientów w serwisie Google oraz końcem rządowych dopłat do wakacji na Węgrzech i w Rumunii.
Największym wyzwaniem okazał się jednak segment turystyczny, który stał się sercem holdingu po ubiegłorocznym przejęciu Invia. Prezes Jacek Świderski w liście do akcjonariuszy użył mocnego porównania, nazywając obecną sytuację „małym COVID-em”. Wszystko przez wojnę USA z Iranem.
Turcja i Egipt odpowiadają za połowę sprzedaży w tym segmencie. O ile pierwsze dziewięć tygodni roku zapowiadało hit sprzedażowy z dwucyfrowymi wzrostami, o tyle od dziesiątego tygodnia nastąpiło gwałtowne hamowanie i dwucyfrowe spadki. Ludzie po prostu boją się latać w tamte rejony. Jeśli konflikt potrwa dłużej, spółka będzie musiała uruchomić plany awaryjne, choć na razie liczy, że nie będą one potrzebne.
W cieniu problemów turystycznych znalazły się media, czyli portal WP.pl, gdzie przychody spadły o 6,1%. Tutaj jednak zarząd zachowuje spokój, tłumacząc gorsze wyniki świadomymi inwestycjami w technologię AI oraz wzmocnieniem redakcji.

Spadki w tym segmencie dotykają jednak nie tylko wynik końcowy, ale też same przychody, czego już nie można tłumaczyć inwestycjami. Mówiąc krótko, reklama radzi sobie źle od dłuższego czasu, a turystyka jest pod presją geopolityki i przepłacania za przejęcia.
Kurs na rynku już od dłuższego czasu dyskontuje pogorszenie sytuacji w WPL, więc jeśli inwestycje rzeczywiście pomogą odbić reklamie, a wojna na Bliskim Wschodzie się zakończy, to być może inwestorzy doczekają się silniejszego odbicia.

Miliardy złotych wyparowały też z giełdowej wyceny Dino. Podczas piątkowej sesji pupilek polskiej giełdy zaliczył najgorszy dzień w całej historii swoich notowań. Kurs akcji runął o 16%, co oznacza, że wartość całej grupy zmniejszyła się o ponad 5 mld zł. Dla inwestorów to zimny prysznic, bo Dino od lat uchodziło za maszynkę do zarabiania pieniędzy, która niemal zawsze dowoziła wyniki powyżej oczekiwań. Tym razem jednak rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te nadzieje.

Głównym powodem wyprzedaży akcji są wyniki za czwarty kwartał 2025 roku, które okazały się słabsze, niż zakładali analitycy. Zysk netto wyniósł niecałe 370 mln zł, podczas gdy rynek spodziewał się prawie 460 mln zł. To spore, 19-procentowe „pudło”.

Zaniepokoił też wskaźnik LFL (Like-for-Like), czyli sprzedaż porównywalna w sklepach r/r. Pokazuje on, jak rośnie sprzedaż w tych samych sklepach, które działały już rok temu, z pominięciem wpływu nowo otwartych placówek. W ostatnim kwartale wzrost ten wyniósł tylko 3,7%, a w całym 2025 roku osiągnął wynik 4,4%. Kluczowa nie jest nawet sama cyferka, ale fakt, że to pierwszy rok, kiedy ten wzrost sprzedaży był słabszy od inflacji żywności w Polsce.

Zarząd spółki przyznaje wprost, że Polacy stali się ostatnio bardziej wrażliwi na ceny i aktywniej szukają promocji. To zmusiło Dino do obniżania cen kosztem własnego zysku, byle tylko nie oddać pola konkurencji.
Efekt jest taki, że marża EBITDA spadła do 6,9%, co jest najniższym wynikiem od 5 lat. Do tego doszły rosnące koszty pracy, które dodatkowo „podgryzają” zyskowność biznesu.

Mimo tego Dino nie zamierza zwalniać tempa rozwoju. W 2026 roku firma planuje otworzyć około 390 nowych sklepów i wydać na inwestycje aż 2,5 mld zł. To z kolei kwota wyższa, niż spodziewał się rynek.

Testem będą wyniki za pierwsze półrocze 2026, bo w teorii wojna w Iranie podbijająca inflację jest dla Dino pozytywna. Inflacja żywności powinna w pewnym stopniu zostać podbita kosztami nawozów, bo sporo z nich tworzy się w Zatoce. Do żywności potrzeba też sporo gazu, a ten podrożał. Jeśli część z tych kosztów uda się z nawiązką przenieść na klienta, to kolejne wyniki nie muszą być wcale takie złe.
Orlen, Tusk i stare schematy na giełdzie: polityka znów wchodzi do spółek
Jednoznacznie złe jest za to dalsze żonglowanie polskich polityków największymi polskimi spółkami. Najpierw zagadka. Czym różni się Donald Tusk od Jacka Sasina.
Odpowiadam: NICZYM.

W czwartek kurs Orlenu w pewnym momencie tracił ponad 6% po ogłoszeniu nowego „pakietu CPN”.

Rządowy plan zakłada przede wszystkim Ceny Paliw Niżej. Tak, to ten CPN. Po pierwsze, mamy mieć obniżkę podatków: VAT ma spaść z 23 do 8%, a akcyza zostanie ścięta do unijnego minimum, czyli o ok. 28–29 groszy na litrze. Premier Tusk celuje w obniżkę ceny o około 1,20 zł na litrze.
To inwestorzy i rynek by olali. Do tego jednak dochodzi mechanizm ceny maksymalnej. Minister energii ma codziennie wyznaczać górny limit cen detalicznych. Klasyczne „ręczne sterowanie” rynkiem. Rząd chce mieć pewność, że obniżka podatków trafi do kieszeni kierowców, a nie zostanie „zjedzona” przez marże firm paliwowych. Z punktu widzenia rynku to sytuacja ekstremalna, gdzie państwo wchodzi w buty menedżera i mówi firmie, ile może zarobić na sprzedaży swojego produktu.
Cała ta operacja ma kosztować budżet około 1,6 mld zł miesięcznie, czyli 900 mln z VAT i 700 mln z akcyzy, i aby załatać tę dziurę, rząd wyciąga stare, dobrze znane narzędzie: podatek od nadmiarowych zysków, czyli tzw. windfall tax, który ma objąć koncerny naftowe korzystające na zawirowaniach wojennych i rosnących cenach paliw.
Trudno tu nie zauważyć ironii. Choć opcja polityczna się zmieniła, metody pozostały identyczne jak za czasów Jacka Sasina i PiS. Spółki Skarbu Państwa, takie jak Orlen, w pierwszej kolejności realizują cele polityczne i społeczne rządu. W tym przypadku „tanie paliwo przed Wielkanocą”. Dopiero na szarym końcu dbają o interes swoich właścicieli, czyli akcjonariuszy. Zarządzanie z tylnego siedzenia ma się świetnie, a standardy korporacyjne po raz kolejny przegrywają z kalendarzem wyborczym i doraźną korzyścią polityczną.
Mieliśmy już podatek, który uderzał w zyski KGHM. Mamy od niedawna podatek, który uderza w „nadmiarowe” zyski banków, a teraz czas na branżę paliwową. Mam nadzieję, że gaming nie doczeka się swojego podatku od nadmiarowych zysków, kiedy premiera Wiedźmina 4 siądzie zbyt dobrze.
Na razie mówimy jedynie o planach, ale akurat pod tym względem polski rząd bardzo często potrafi się ponadpartyjnie łączyć i działać szybko jak nigdy.
TransPolonia chce połknąć większego gracza i rozgrzewa kurs akcji
Dobra, zmiana tematu, bo się zdenerwuję bardziej. Dziwne rzeczy działy się też na kursach mniejszych spółek. TransPolonia zrobiła +200% w 2 miesiące i ogłosiła, że zamierza połknąć wieloryba.
TransPolonia to operator transportowy kojarzony głównie z przewozem paliw i chemii. Firma ogłosiła plan, w którym złożyła wstępną ofertę przejęcia innej firmy z branży transportowej za kwotę… 2 miliardów złotych.
Żeby zrozumieć, o czym tutaj mówimy, musimy spojrzeć na proporcje. Podmiot, który TransPolonia chce kupić, jest wart około pięciu razy więcej niż ona sama.
Zagadką pozostaje tutaj finansowanie. Prezes Dariusz Cegielski jasno zadeklarował, że nie chce emitować nowych akcji. Dla obecnych inwestorów to dobra wiadomość, bo ich udział w zyskach nie zostanie rozwodniony. Zamiast tego spółka szuka pieniędzy w bankach, funduszach typu private debt, czyli u prywatnych inwestorów pożyczających kapitał firmom, oraz w Polskim Funduszu Rozwoju, czyli PFR.
I tu pojawia się problem. TransPolonia w oficjalnym komunikacie giełdowym podała, że rozmowy m.in. z PFR potwierdziły, iż ich koncepcja sfinansowania transakcji jest możliwa do zrealizowania. Jednak PFR zareagował błyskawicznie i kategorycznie zaprzeczył tym doniesieniom. Fundusz stwierdził, że w żaden sposób nie potwierdzał „wykonalności” tego planu. To spore zamieszanie informacyjne, które rzuca cień na wiarygodność komunikatów płynących ze spółki.
Widać, że TransPolonia gra o wysoką stawkę. Chce wzmocnić swoją pozycję w Europie, a konkretnie w rejonie portów Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia, czyli tzw. ARA. Szuka okazji tam, gdzie firmy rodzinne mają problem z sukcesją, czyli nie mają komu przekazać sterów firmy. Jeśli ta szalona akwizycja się uda, spółka z lokalnego gracza stanie się europejską potęgą. Na razie jednak inwestorzy muszą uzbroić się w cierpliwość – dopóki nie zobaczymy konkretnych umów kredytowych, finansowanie tak ogromnego przejęcia pozostaje pod dużym znakiem zapytania.
Mimo wszystko rynek już dyskontuje pozytywny scenariusz, a cena akcji w ciągu ostatnich dwóch miesięcy wystrzeliła o ponad 200%. Kto wie, może chodziło tylko o to…

Scanway przechodzi na główny parkiet GPW i zyskuje nową wiarygodność
Ale są też jednoznacznie pozytywne informacje od mniejszych polskich firm. Kosmiczny Scanway 27 marca 2026 roku oficjalnie przeniósł swoje notowania z rynku NewConnect na główny parkiet Giełdy Papierów Wartościowych.
Co to oznacza w praktyce? Zacznijmy od tego, czym w ogóle różnią się te dwa rynki. NewConnect to tak zwany „mały parkiet”, stworzony dla młodych, dynamicznych firm, które dopiero budują swoją historię. Wymogi są tam mniejsze, ale też prestiż i zaufanie inwestorów bywają ograniczone. Główny Rynek GPW to już zupełnie inna liga. Tutaj obowiązuje surowy reżim raportowania i przejrzystości.
Dla Scanway ta przeprowadzka to przede wszystkim kwestia wiarygodności. W sektorze kosmicznym, gdzie kontrakty są międzynarodowe i długofalowe, status spółki z głównego parkietu działa jak certyfikat jakości. Ułatwia to udział w wielkich przetargach i rozmowy z globalnymi graczami.
Najważniejszą zmianą dla samych notowań jest jednak otwarcie drzwi dla dużych graczy. Musimy wiedzieć, że wiele funduszy inwestycyjnych czy emerytalnych ma w swoich regulaminach sztywne zakazy kupowania akcji na NewConnect. Dlaczego? Bo ten mniejszy rynek bywa mało płynny, czyli trudno szybko kupić lub sprzedać duży pakiet akcji bez gwałtownej zmiany kursu.

Przejście na główny parkiet sprawia, że Scanway „wskakuje na radar” instytucji, które do tej pory mogły jedynie przyglądać się spółce z boku. Pierwszy lód został już przełamany jesienią 2025 roku, kiedy TFI PZU zainwestowało w spółkę ponad 15 mln zł, przejmując blisko 6% udziałów. Teraz, gdy bariera formalna znika, takich inwestycji może być więcej, co zazwyczaj przekłada się na większą stabilność kursu.
Patrząc na liczby, Scanway już od dawna nie pasował do małego rynku. Od debiutu w 2023 roku kurs akcji wzrósł o niewiarygodne 630%. Z 45 zł do okolic 330 zł. Obecna wycena firmy, czyli kapitalizacja, to około 550 mln zł.

Co więcej, w pierwszych dwóch miesiącach 2026 roku obroty akcjami Scanway stanowiły ponad jedną czwartą całego handlu na NewConnect! Firma stała się po prostu zbyt duża na ten format.

Co dalej? Spółka nie zamierza zwalniać. Właśnie przechodzi z modelu tworzenia pojedynczych projektów do seryjnej produkcji sprzętu optycznego do satelitów. Ich portfel zamówień, czyli tzw. backlog, urósł w ciągu roku o 215%, osiągając poziom 54 mln zł. Strategia na lata 2026–2028 zakłada wejście do grona najważniejszych europejskich dostawców technologii kosmicznych.

Przejście na GPW to dla Scanway fundament pod dalsze skalowanie biznesu i ewentualne przejęcia innych firm. Spółka udowadnia, że polski deep tech potrafi nie tylko budować zaawansowane instrumenty obserwacyjne, ale też świetnie radzi sobie na rynku kapitałowym.
WIBOR, banki i porażka parakancelarii w sądach
Na sam koniec, moi drodzy, jeszcze słowo o bankach. Wygląda na to, że wielka krucjata parakancelarii przeciwko WIBOR-owi właśnie uderzyła w mur, którego nie da się już łatwo przeskoczyć. Choć kancelarie próbowały rozgrzać rynek nowymi pozwami po sukcesach z kredytami frankowymi, najnowsze dane ze Związku Banków Polskich (ZBP) i ostatnie wyroki europejskich trybunałów mocno studzą te emocje.
Dla banków sytuacja jest obecnie, jak to określił prezes ZBP Tadeusz Białek, „zero-jedynkowa”. Zapadło już 161 prawomocnych wyroków, czyli takich, od których nie można się już odwołać, i wszystkie, bez żadnego wyjątku, były korzystne dla banków. Sądy po prostu oddalają roszczenia klientów, nie widząc podstaw do podważania wskaźnika WIBOR.
Dodatkowo jest obecnie 259 wyroków korzystnych dla banków, ale jeszcze nieprawomocnych. Dla wielu osób WIBOR to czarna magia. Prawnicy próbowali więc argumentować, że wskaźnik jest zły, oszukańczy, fatalny i nikt nie wie, jak jest wyliczany. Bullshit. Na szczęście TSUE postawił tu jednak kropkę nad i i ostatnio jasno stwierdził, że:
- Sam fakt wpisania WIBOR-u do umowy nie krzywdzi klienta.
- Bank nie musi przekazywać klientowi skomplikowanych szczegółów technicznych na temat tego, jak wylicza się ten wskaźnik.
- Sądy krajowe nie mają uprawnień, by podważać samą konstrukcję wskaźnika referencyjnego, jakim jest WIBOR.
Kancelarie szukają też szans w tzw. sankcji kredytu darmowego, czyli SKD. To przepis, który pozwala oddać bankowi tylko tyle, ile się pożyczyło, bez odsetek i opłat, jeśli bank popełnił błędy w umowie. Na początku 2026 roku toczyło się około 11–12 tysięcy takich spraw. Tu również banki są górą – wygrywają obecnie nawet 90% prawomocnych procesów. No ale opłaty dla kancelarii biedni ludzie płacą za 100% spraw. Także ten… etyka prawnika! xD
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk
Materiały DNA Rynków, w szczególności aktualizacje Strategii DNA Rynków, Analizy spółek oraz Analizy sektorów są jedynie materiałem informacyjno-edukacyjnym dla użytku odbiorcy. Materiał ten nie powinien być w szczególności rozumiany jako rekomendacja inwestycyjna w rozumieniu przepisów „Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) nr 2016/958 z dnia 9 marca 2016 r. uzupełniającego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w odniesieniu do regulacyjnych standardów technicznych dotyczących środków technicznych do celów obiektywnej prezentacji rekomendacji inwestycyjnych lub innych informacji rekomendujących lub sugerujących strategię inwestycyjną oraz ujawniania interesów partykularnych lub wskazań konfliktów interesów”. Skorzystanie z materiału jako podstawy lub przesłanki do podjęcia decyzji inwestycyjnej następuje wyłącznie na ryzyko osoby, która taką decyzję podejmuje. Autorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za takie decyzje inwestycyjne. Wszystkie opinie i prognozy przedstawione w tym opracowaniu są wyrazem najlepszej wiedzy i osobistych poglądów autora na moment publikacji i mogą ulec zmianie w późniejszym okresie.