Wstęp
Zapraszam na prognozę pogody dla inwestorów. Nad zachodnią Europą utrzymuje się rozległy niż gospodarczy. W Niemczech susza. Poziom wody w Renie jest tak niski, że barki pływają wypełnione zaledwie w jednej trzeciej, a huty Thyssenkruppa ograniczają produkcję.
Tymczasem nad Polską... rozpogodzenia! Na warszawskiej giełdzie front ciepły: Stalprofil z EBITDA wyższą o SIEDEMSET DZIESIĘĆ procent, MFO z zyskiem wyższym o połowę, a kursy spółek stalowych świecą jak słońce w lipcu.
W zglobalizowanej gospodarce zdarzają się rzeczy, których nie wymyśliłby żaden scenarzysta: o marżach polskich hutników współdecyduje dziś poziom wody w niemieckiej rzece Ren.
Jak głęboko sięga ten łańcuch zależności, pokażę za chwilę. Do tego będzie wietrzenie. Temu ma np. pod wiatr, bo straciło w Polsce trzy i pół MILIONA użytkowników w jeden miesiąc. Ryvu po osiemdziesięcioprocentowej przecenie łapie pierwszy od dawna podmuch w żagle, a Polska dorzuca 656 milionów euro do europejskiej konstelacji satelitów i nasz sektor kosmiczny może wreszcie doczekać się deszczu zamówień.
Na deser prognoza długoterminowa, która zaskoczy niejednego: Polska wschodnia, ta od dekad spisywana na straty „ściana”, w cieniu wojny... dogania resztę kraju. Lecimy.
Polski sektor stalowy odżywa, a Allegro korzysta na problemach Temu!
Polska stal: ceny, cła i susza na Renie
Zaczynamy z grubej rury. Stalowej rury! Spółki stalowe zaczynają raportować wstępne wyniki za drugi kwartał i te wyniki zaskakują. Nie delikatnie, ale wręcz spektakularnie w porównaniu z tym, co widzieliśmy dwanaście miesięcy temu.
Stalprofil, jeden z największych dystrybutorów stali w Polsce, podał szacunki za drugi kwartał 2026 roku. Jednostkowy zysk netto wyniósł 6 mln zł wobec zaledwie 1,2 mln zł rok wcześniej. EBITDA wzrosła o 710% rok do roku, do 10,1 mln zł. Przy czym przychody ze sprzedaży poszły w górę jedynie o 8%. Zaskakująca poprawa rentowności i liczby, które robią wrażenie, nawet biorąc pod uwagę niską bazę porównawczą.
Równie pozytywne sygnały płyną od MFO, producenta profili stalowych. W drugim kwartale spółka szacuje zysk netto o 48% wyższy niż rok wcześniej, przy przychodach rosnących o blisko 27% rok do roku.
Efekt dla kursów akcji jest taki, że obie spółki urosły po wynikach o podobne wartości, czyli o około 10%.
Skąd ten zwrot? Za poprawą wyników stoją przede wszystkim wyższe ceny stali na rynku, a te z kolei wynikają z nowych regulacji unijnych, które ograniczają napływ taniej stali spoza Europy. Działa tu kilka mechanizmów jednocześnie.
Od początku 2026 roku obowiązuje CBAM, czyli mechanizm dostosowania cen na granicach UE ze względu na ślad węglowy. W uproszczeniu chodzi o to, że importerzy stali muszą płacić za emisje CO2 powstałe przy jej produkcji w kraju pochodzenia, co wyrównuje warunki konkurencji z europejskimi hutami, które za te emisje płacą od lat na terenie UE. Dodatkowo od 1 lipca Bruksela dołożyła kolejny instrument, który podniósł cła na stal importowaną spoza UE z 25% do 50% i jednocześnie obciął o połowę kontyngenty na bezcłowy import. Skutek jest taki, że import stali z Ukrainy, która przez lata zalewała polski rynek, zaczął spadać. W pierwszych pięciu miesiącach roku import blach gorącowalcowanych z Ukrainy spadł o około 15%, a wszystkich wyrobów ze stali węglowej o około 13%.
Do tego dochodzi efekt FIFO. Spółki handlujące stalą, czyli dystrybutorzy tacy jak Stalprofil, kupowały zapasy po starych, niższych cenach, a teraz sprzedają je po nowych, wyższych. To mechanicznie podnosi marże i właśnie to widać w wynikach Stalprofilu. Kolejnym wsparciem są oczekiwania związane z local content, czyli zwiększeniem udziału krajowych firm w publicznych projektach inwestycyjnych.
Tutaj pojawia się jednak jeden kontrargument, bo mimo unijnej ochrony przed importem spoza Europy polskie huty mierzą się z zupełnie innym problemem. Stal z Ukrainy rzeczywiście napływa w mniejszych ilościach, ale w jej miejsce coraz agresywniej wchodzi stal z Niemiec. Dane branżowe za pierwsze cztery miesiące roku pokazują, że import blach gorącowalcowanych od zachodniego sąsiada wzrósł o 30%, a wyrobów długich, takich jak walcówka i pręty, o 40–50%. W segmencie prętów zbrojeniowych średnie miesięczne dostawy z Niemiec sięgają teraz 30 tysięcy ton, czyli dwa razy więcej niż rok temu. Hutnicza Izba Przemysłowo-Handlowa ostrzega, że jeśli ta dynamika się utrzyma, import prętów zbrojeniowych z Niemiec może w całym roku przekroczyć 350 tysięcy ton i osiągnąć najwyższy poziom w historii. To szczególnie niepokojący sygnał, bo budownictwo odpowiada za połowę krajowego zużycia stali.
Skąd ten zalew z Niemiec? Przede wszystkim ze słabej koniunktury na rynku niemieckim. Tamtejsi producenci nie mogą sprzedać stali u siebie, więc szukają odbiorców za granicą, a Polska jest naturalnym kierunkiem. Do tego niemiecka stal w pewnym sensie wypełnia lukę po ograniczonym imporcie z Ukrainy.
Niski poziom Renu pomaga polskim hutom
Tyle że od niedawna Niemcy mają własne kłopoty. Niski poziom wody w Renie, głównej arterii transportowej niemieckiego hutnictwa, zaczyna sprawiać problemy. Ren to rzeka, po której niemieckie huty transportują zarówno złom do wytapiania stali, jak i gotowe wyroby. Normalnie nawet jedna trzecia przewozów towarowych w niemieckim hutnictwie odbywa się właśnie drogą rzeczną. Tymczasem z powodu suszy statki mogą teraz przewozić zaledwie 30% standardowych ładunków. Thyssenkrupp, gigant stalowy z Duisburga, już w zeszłym miesiącu nieznacznie ograniczył produkcję z powodu problemów z transportem surowców.
Na razie ten problem dotyka głównie zakładów położonych na południe od Kaub w dolinie Renu, a stal trafiająca do Polski pochodzi głównie z zakładów we wschodnich landach, które nie są bezpośrednio zależne od transportu rzecznego. Jeśli susza się utrzyma, problem może rozlać się na całą niemiecką branżę stalową. Ograniczona produkcja i wyższe koszty logistyczne obniżyłyby konkurencyjność niemieckiej stali, co mogłoby otworzyć przestrzeń dla polskich hut i jeszcze bardziej dać wiatru w skrzydła takim spółkom jak Cognor. Sam Stalprofil, o którym mówiłem na wstępie, jest w lepszej pozycji niż Cognor, bo jest dystrybutorem, a nie hutnikiem. Może kupować zarówno od hut polskich, jak i niemieckich, a na koniec dnia zarabia głównie na opisanym efekcie FIFO, czyli na wzroście cen stali.
Polski sektor stalowy odzyskuje blask, a wspierają go zarówno cła, jak i susza na rzece Ren. A gdybyście byli w DNA Premium, to o tym, że rynek stali ma przed sobą lepsze czasy, moglibyście poczytać u nas już 6 maja tego roku.
Temu traci 3,5 mln użytkowników w Polsce
Podobnie przygotowywaliśmy już materiał o tym, jak wpłynie na polski rynek wprowadzenie bariery celnej na tanie badziewie z Chin. Unia Europejska wprowadziła od 1 lipca 2026 roku nowe opłaty celne na tanie przesyłki spoza UE i pierwsze dane pokazują, że efekt jest natychmiastowy.
Według badania Mediapanel liczba użytkowników platformy Temu w Polsce spadła w lipcu do 13,1 mln z 16,68 mln w czerwcu. To utrata ponad 3,5 mln użytkowników w jeden miesiąc. W efekcie Temu spadło na trzecie miejsce w rankingu popularności platform zakupowych.
AliExpress również mocno stracił, z blisko 10 mln użytkowników w czerwcu do 8,43 mln w lipcu. Liderem popularności pozostaje Allegro z 18,34 mln użytkowników.
Jak dokładnie działają nowe cła? Bruksela wprowadziła stałą opłatę w wysokości 3 euro za każdy artykuł w przesyłkach o łącznej wartości do 150 euro, importowanych w modelu sprzedaży na odległość. To nie jest jednorazowa opłata od paczki, ale kwota naliczana za każdą pozycję towarową w przesyłce. Jeśli ktoś zamówi koszulkę, ładowarkę i zabawkę w jednej paczce, może zapłacić 3 euro trzy razy, bo każdy artykuł to osobna pozycja celna. Dla produktu za 70 euro dodatkowe 3 euro to drobiazg, ale dla gadżetu za 2,99 euro taka opłata zabija sens zakupu. Właśnie na tym polega siła tego mechanizmu. Uderza najmocniej w najtańszą półkę cenową, czyli dokładnie w ten segment, na którym zbudowały swój model Temu, Shein i AliExpress.
Żeby zrozumieć, dlaczego Bruksela sięgnęła po to narzędzie, trzeba spojrzeć na skalę zjawiska. Według danych unijnych liczba przesyłek e-commerce o wartości poniżej 150 euro importowanych do UE wzrosła z 1,39 mld sztuk w 2022 roku do 5,88 mld w 2025 roku.
Ponad czterokrotny wzrost w trzy lata. Te przesyłki stanowiły 98% liczby wszystkich importowanych produktów, ale generowały zaledwie 2,1% wartości importu, ze średnią ceną jednego produktu na poziomie 8,82 euro. I 93% tego wolumenu pochodziło z Chin. To nie był niszowy kanał handlu, tylko przemysłowy strumień importu rozbity na miliardy drobnych paczek. Przy takiej skali nikt nie jest w stanie realnie sprawdzić bezpieczeństwa tych produktów, ich zgodności z europejskimi normami ani rozliczyć kosztów odpraw i kontroli.
Dla Allegro to dobra wiadomość strukturalna, a nie tylko jednorazowa. Spółka od lat konkuruje z chińskimi platformami, które korzystały z łagodniejszego traktowania celnego i mogły oferować produkty w cenach, z którymi europejski sprzedawca nie był w stanie rywalizować. Teraz zasady gry zaczynają się wyrównywać. Oczywiście Temu i AliExpress nie znikną z polskiego rynku, ale ich największy atut, czyli ultraniskie ceny na impulsowe zakupy, właśnie stracił część swojej mocy, a dla polskich sprzedawców internetowych, którzy działają w pełnym reżimie regulacyjnym, z podatkami, normami produktowymi i odpowiedzialnością za towar, to sygnał, że Bruksela zaczyna traktować tę konkurencję poważnie.
Allegro już ma za sobą imponujący rajd na GPW i jest najwyżej od 2021 roku, jeśli chodzi o cenę akcji, i wiele wskazuje, że wiatr zmian wieje teraz dla spółki w dobrą stronę.
Ryvu: 106,7 mln zł dotacji na badania
Podobnie dobrze zaczyna wiać dla Ryvu Therapeutics. To jedna z tych spółek, które w ostatnich miesiącach mocno dały się we znaki swoim akcjonariuszom. Kurs biotechnologicznej firmy z Krakowa zjechał do poziomów niewidzianych od 2016 roku. Dla inwestorów, którzy kupowali akcje w okolicach szczytów sprzed kilku lat, to był bolesny okres, bo akcje są dziś około 80% niżej.
Ale w połowie sierpnia pojawił się sygnał, który na jednej sesji wyciągnął kurs o ponad 10% w górę.
Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rekomendowało projekt Ryvu do dofinansowania w ramach programu IPCEI Med4Cure. IPCEI, czyli Important Projects of Common European Interest, to unijny mechanizm, który pozwala na publiczne wsparcie projektów uznanych za strategiczne dla całej Unii Europejskiej. W tym przypadku chodzi o program wymyślony przez Belgię, Francję, Hiszpanię, Słowację, Węgry i Włochy, do którego mogą dołączać spółki z innych krajów członkowskich. Ryvu uzyskało status partnera stowarzyszonego w tym programie jeszcze w maju 2024 roku i od tego czasu toczyła się procedura, która okazała się wyjątkowo długa i kręta.
Projekt Ryvu nosi roboczą nazwę Panacea-Novo i dotyczy opracowania platformy technologicznej do odkrywania nowych celów terapeutycznych w leczeniu nowotworów rzadkich, dla których dzisiaj nie istnieją skuteczne, celowane metody leczenia. Całkowity koszt projektu oszacowano na 140,6 mln zł, z czego 106,7 mln zł ma pochodzić z dotacji publicznej.
Droga do tej rekomendacji nie była prosta. Już w maju 2024 roku prezes Ryvu, Paweł Przewięźlikowski, zwracał uwagę, że harmonogram jest napięty i procedury mogą spowolnić cały projekt. Tak się właśnie stało. Do formalnego rozpoczęcia nie doszło ani w 2025, ani na początku 2026 roku. W maju tego roku NCBR odmówił rekomendacji, uznając, że wniosek nie spełnia wszystkich kryteriów. Ryvu odwołało się od tej decyzji i dopiero teraz, w połowie sierpnia, po procedurze odwoławczej, projekt ostatecznie został wybrany do dofinansowania.
Formalna rekomendacja nie oznacza jeszcze, że pieniądze trafiły na konto spółki. Ryvu musi podpisać umowę dofinansowania, a potem NCBR będzie wypłacał środki po realizacji poszczególnych etapów prac. Jednak ryzyko, że coś pójdzie nie tak na tym etapie, jest już niewielkie.
Dlaczego ta informacja tak mocno poruszyła kurs? Kluczem jest pojęcie cash runway, czyli zasób gotówki, z jakiego spółka może finansować swoją działalność badawczo-rozwojową. Trzeba Wam wiedzieć, że ta firma biotechnologiczna, jak wiele innych, nie jest rentowna i utrzymuje się z kapitału inwestorów oraz właśnie z dotacji. To standard w przypadku firm, które dopiero pracują nad jakimś przełomowym lekiem etc. Na koniec pierwszego kwartału Ryvu miało niecałe 50 mln zł gotówki. Przy kosztach prowadzenia badań klinicznych i prac rozwojowych to nie jest bufor dający spółce wieloletni komfort finansowy. Spółka od początku 2024 roku przepala średnio 31 mln zł kwartalnie. Dotacja na ponad 100 mln zł wyraźnie wydłuża więc jej perspektywę finansową i daje spółce więcej czasu na doprowadzenie kluczowych projektów do kolejnych etapów i pozyskanie kolejnego finansowania.
Trzeba jednak pamiętać, że to, co naprawdę zdecyduje o przyszłości Ryvu, to nie dotacja, a wyniki badań. Najważniejszym aktywem spółki jest romacyklib, znany też pod oznaczeniem RVU120, cząsteczka, która może być potencjalnie wykorzystywana w terapii ostrej białaczki szpikowej. Ryvu samodzielnie doprowadziło ją do drugiej fazy badań klinicznych, a teraz trwa rozszerzanie badania na większą próbę pacjentów, w kombinacji z innym lekiem o nazwie wenetoklaks. Wyników z tego badania powinniśmy oczekiwać na przełomie roku i to one zdecydują o dalszych losach spółki.
IRIS²: Polska inwestuje 656 mln euro
O losach polskiego sektora kosmicznego może za to zdecydować Komisja Europejska, Europejska Agencja Kosmiczna i konsorcjum SpaceRISE, które zakończyły trwające od stycznia negocjacje i podpisały umowę, która przenosi program IRIS² z fazy projektowej do pełnej realizacji. Budżet właśnie urósł o blisko połowę, konstelacja się powiększyła, a Polska zadeklarowała tu 656 mln euro wkładu.
IRIS², czyli Infrastructure for Resilience, Interconnectivity and Security by Satellite, to unijny program budowy wieloorbitalnej konstelacji satelitów, która ma zapewnić Europie niezależną i bezpieczną łączność. W grudniu 2024 roku Komisja podpisała z konsorcjum SpaceRISE dwunastoletnią umowę koncesyjną w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Teraz ta umowa została doprecyzowana i rozszerzona.
Główna zmiana to skala. Konstelacja urośnie do 348 satelitów, w tym 330 na niskiej orbicie okołoziemskiej i 18 na średniej orbicie. W porównaniu z pierwotnym projektem z 2024 roku, który zakładał 290 satelitów, dodano 66 sztuk na niskiej orbicie. Te dodatkowe satelity są przeznaczone głównie na potrzeby obronności, bezpieczeństwa i służb ratunkowych. Według Komisji Europejskiej dzięki tym zmianom bezpieczna przepustowość łączności dla użytkowników rządowych wzrośnie o ponad 60% w UE i o 54% globalnie.
Razem ze skalą rośnie budżet. Łączna planowana wartość inwestycji wzrosła do ponad 15,6 mld euro, z około 10,6 mld euro zakładanych przy podpisaniu koncesji. To wzrost o blisko 50% w stosunku do pierwotnych założeń, a dodatkowe środki mają pochodzić z budżetu UE na lata 2028–2034 oraz bezpośrednio od państw członkowskich.
Tutaj pojawia się Polska. Nasz kraj zadeklarował wkład w wysokości 656 mln euro, co plasuje go na liście płatników dość wysoko. Dlaczego to ważne z perspektywy GPW? Program IRIS² to ogromne zamówienie dla europejskiego sektora kosmicznego, a polskie firmy z tego sektora, które budują kompetencje w obszarze satelitarnym, mogą liczyć na udział w łańcuchu dostaw. Deklaracja Polski na poziomie 656 mln euro to sygnał, że rząd traktuje ten program poważnie, a przy projektach tej skali zazwyczaj obowiązuje zasada juste retour, czyli kraj dostaje zamówienia proporcjonalnie do swojego wkładu finansowego. To tak, jakby składka bezpośrednio przekładała się na przychody polskiego sektora kosmicznego.
Dodatkowo rozszerzenie konstelacji o 66 satelitów obronnych to część szerszego trendu militaryzacji przestrzeni kosmicznej w Europie, który nabiera tempa od wybuchu wojny w Ukrainie. Bezpieczna, odporna na zakłócenia łączność satelitarna stała się priorytetem strategicznym. Na GPW i NC mamy trzech przedstawicieli sektora: Creotech, Scanway i Liftero. Wszyscy tylko czekają na uruchomienie tych programów.
Polska wschodnia dogania resztę kraju
Kiedy w lutym 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, jednym z naturalnych pytań było to, co stanie się z gospodarczo słabszymi regionami Polski leżącymi najbliżej frontu. Województwa podlaskie, lubelskie i podkarpackie od lat nosiły łatkę ściany wschodniej, gospodarczych peryferii kraju. Wojna za granicą wydawała się idealnym przepisem na pogłębienie tych różnic. Wyższe ryzyko geopolityczne, potencjalny paraliż handlu transgranicznego, ucieczka kapitału w bezpieczniejsze regiony centralne i zachodnie.
Dane GUS za lata 2019–2024 pokazują jednak coś zupełnie innego. Polska wschodnia nie tylko nie zamarła, ale kontynuowała proces doganiania reszty kraju, a w kilku wymiarach wręcz ją wyprzedziła.
Zacznijmy od inwestycji. Nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw w przeliczeniu na mieszkańca w trzech wschodnich województwach wzrosły w tym okresie o 51%. To nieco mniej niż 57% w pozostałej części kraju, więc centrum i zachód nadal mają przewagę inwestycyjną. Ale mówimy tu o różnicy kilku punktów procentowych, nie o przepaści. Co więcej, w nadchodzących latach ta dynamika powinna przyspieszyć dzięki inwestycjom obronnym. Rządowy program Tarcza Wschód, czyli budowa systemu fortyfikacji i infrastruktury obronnej wzdłuż wschodniej granicy, oraz nowa fabryka amunicji Mesko na Lubelszczyźnie to projekty, które wpompują w region znaczący kapitał inwestycyjny.
Z danych fiskalnych płynie podobny sygnał. Wpływy z dochodów własnych powiatów wschodnich województw wzrosły o 78,2%, minimalnie wyprzedzając wskaźnik dla reszty kraju na poziomie 77,4%. Różnica jest symboliczna, ale obala tezę o odpływie kapitału. Paniczny exodus biznesu ze wschodu w bezpieczniejsze regiony po prostu nie nastąpił na statystycznie istotną skalę.
Aktywność biznesowa wygląda jeszcze lepiej. Dynamika przyrostu nowych przedsiębiorstw na wschodzie wyniosła około 16%, przebijając wynik 15% w pozostałych województwach. Wynagrodzenia rosły tam o blisko 73%, nieco szybciej niż średnia dla reszty kraju na poziomie 71%.
Kapitał ze wschodu wspiera lokalny biznes
Jednym z czynników, który wspiera ten wzrost, jest napływ kapitału ze wschodu. W Polsce działa ponad 7 tysięcy spółek z udziałem kapitału białoruskiego, a województwo podlaskie stało się drugą po Mazowszu najważniejszą siedzibą tego kapitału, skupiając 11% takich podmiotów w kraju. Z kolei obywatele Ukrainy zarejestrowali w Polsce w latach 2022–2023 prawie 39 tysięcy firm, co stanowiło 7% wszystkich nowych rejestracji w tym czasie. Badania Instytutu Badań Strukturalnych wskazują na efekt mnożnikowy. 10% wzrost rejestracji ukraińskich firm przekładał się na wzrost liczby polskich firm o 2,3%. Firmy te często lokują siedziby we wschodnich województwach, blisko granicy i historycznej diaspory.
Polska wschodnia korzysta też z tego, że nie ma branżowej monokultury. Struktura gospodarcza tych regionów jest zróżnicowana podobnie jak w reszcie kraju, bez dominacji jednego sektora, który byłby szczególnie wrażliwy na szoki zewnętrzne. To sprawia, że zakłócenia w handlu zagranicznym nie przekładają się na załamanie całej lokalnej gospodarki.
Oczywiście dystans do bogatszych regionów wciąż istnieje i raczej nie zniknie z dnia na dzień. Ale narracja o ścianie wschodniej jako beznadziejnych peryferiach coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









