Wstęp
Straszna INFLACJA i STOPY,
straszne CŁA i BEZROBOCIE,
straszna KRZYWA ODWRÓCONA,
straszny ORMUZ, straszna WOJNA,
straszne WYBORY w AMERYCE,
straszna BAŃKA, straszne SZCZYTY,
straszna LITERA K, straszne
JAPOŃSKIE OBLIGACJE,
straszna strzałka: SPRZEDAJ WSZYSTKO!
straszny szyld: NADCHODZI KRACH!
słowem – straszni przyjaciele,
wieczny strach i wieczna... hossa.
No właśnie. Miała być wieczna bessa, a wyszła hossa. I to jest cały dzisiejszy materiał w jednym słowie. Każdego dnia znajdziecie kilkanaście świeżych powodów, żeby uciekać z rynku. Gdyby się nimi kierować, trzeba by siedzieć w bunkrze na górze gotówki i czekać na koniec świata. Jest tylko jeden problem. To wszystko gówno prawda. Ja nie boję się bessy. Nigdy. Dlatego dziś wyjaśnię Wam lepiej moją filozofię inwestycyjną i powiem czemu!
Nie boję się bessy. Bardziej boję się siedzieć poza rynkiem!
Dlaczego strach na giełdzie brzmi tak przekonująco?
Jest takie rynkowe przysłowie, które zawsze siedzi mi w głowie. „Na rynku pesymiści brzmią mądrze, ale to optymiści zarabiają pieniądze.” I jest w tym zdaniu cała masa prawdy.
Naprawdę łatwo jest znaleźć każdego dnia setki powodów, dlaczego rynek akcji miałby spadać. Wzrost bezrobocia? Powód do sprzedaży. Inflacja na podwyższonych poziomach? Powód. Wojna w Iranie? Powód. Najszybsze podwyżki stóp od dekad? Powód. Wybory w USA? Powód. Media mówią coś o bańce AI? Powód. Koncentracja indeksu w garści spółek technologicznych? Powód.
Gdybym miał się jej bać, to chyba bym musiał nie spać, bo co chwila pojawia się nowy katalizator, który rzekomo ma wywołać bessę na giełdzie.
Na wykresie widzicie historię S&P 500 od 2009 roku z naniesionymi momentami strachu. Dziesiątki punktów, w których mądrze brzmiący analityk mógł powiedzieć, że pora wychodzić z rynku. Kryzys zadłużenia w Europie, Brexit, spowolnienie w Chinach, pandemia, inflacja, wojna, taryfy. Za każdym razem nagłówki krzyczały o nadchodzącej katastrofie. I za każdym razem rynek po pewnym czasie ruszał dalej w górę. Mało tego, zwróćcie uwagę, jak losowo te kropki są rozsiane. Kilka z nich jest w okolicach dołków, a nie szczytów. Ale nawet nie o to chodzi. Chodzi o to, że jeśli będziecie cały czas słuchać tych „mądrych” pesymistów, to za dużo nie zarobicie, bo zawsze znajdzie się jakaś narracja, która będzie brzmieć mądrze, a na którą rynek będzie miał całkowicie wywalone.
Zyski spółek a długoterminowy wzrost S&P 500
Dlaczego tak jest? Powód jest prosty. Giełda odzwierciedla stan spółek na niej notowanych. Przynajmniej w długim horyzoncie. Dopóki gospodarka się rozwija, firmy w niej działające również się rozwijają, a giełda to pokazuje. Dopóki te wszystkie straszne narracje nie będą miały silnego przełożenia na wyniki firm, to nic z nich nie wynika.
Popatrzcie na wykres porównujący zyski spółek z S&P 500 z ceną samego indeksu. Te dwie linie idą razem od dekad. Gdy zyski rosną, rośnie wycena. Gdy zyski tymczasowo spadają, jak w 2020 roku, cena się koryguje, ale potem wraca na swoje miejsce.
Mówię o tym, bo jednym z ulubionych argumentów pesymistów jest dziś to, że rynek jest napuchnięty i przypomina bańkę. Szczególnie przez boom na sztucznej inteligencji. Tylko popatrzmy na fakty. Spółki takie jak Nvidia, Amazon czy Meta nie żyją z obietnic. Mają realne, masywne wzrosty zysków.
Gdy ktoś mówi Wam „bańka”, zapytajcie go, czy widział ostatnie wyniki tych spółek. Ich zyski rosną szybciej niż ceny akcji. To nie jest irracjonalny entuzjazm z końcówki lat 90., kiedy spółki bez przychodów miały kosmiczne wyceny.
I tak też wygląda rynek przez większość czasu. Rośnie, bo rosną zyski spółek, które go zasilają. Dlatego nie boję się bessy. Prędzej boję się kiszenia się w gotówce i bycia poza rynkiem. Tego się boję i Wy też powinniście.
Mój problem z wychodzeniem z rynku, nawet gdy czuję, że przyjdzie korekta, wynika z dwóch prostych statystyk.
Jak długo trwa hossa na S&P 500?
Statystyka pierwsza. Rynek akcji częściej i silniej rośnie niż spada. Średnia hossa na S&P 500 trwa ponad 5 lat, w trakcie których rynek rośnie o ponad 250 procent. Średnia bessa trwa tylko rok ze spadkiem rzędu 31 procent. Jeśli uznamy, że obecna hossa zaczęła się w październiku 2022 roku, to mamy już niecałe 4 lata i 120% wzrostu.
Ktoś powie, że pod względem czasu to już blisko średniej, więc może warto zachować ostrożność, a ja na to powiem, że skoro wszyscy widzą powtórkę z bańki dot-com, to może bądźmy konsekwentni w tych porównaniach. Wtedy hossa trwała ponad 12 lat i dała ponad 800% stopy zwrotu. Chcesz ryzykować rezygnację z kolejnych kilku lat hossy, żeby złapać spadek, który średnio wynosi co najwyżej 30%? Jeśli się pomylisz – a masz na to większe szanse – to o ile wyżej od dzisiejszych szczytów będzie dno przyszłej bessy? Warto tak kombinować?
Nawet gdyby dziś hossa trwała już 8 czy 10 lat, to długoterminowe obstawianie spadków jest statystycznie skazane na porażkę. Żeby zarobić na spadku, potrzebujesz idealnego timingu. Musisz wiedzieć, kiedy sprzedać i kiedy odkupić, a co, jeśli przestraszysz się spadającego rynku, który jest już 15% od szczytów? Naprawdę nie zostało wiele do zgarnięcia. Jest za to wiele do stracenia, jak nie trafisz w idealny dołek.
To jest ten dylemat. Codziennie masz informacje, które potencjalnie są katalizatorem do bessy. Jednocześnie rynek jest nieprzewidywalny, więc żeby go wyczuć, potrzebujesz jakiegoś sygnału. Jakiejś informacji, żeby ceny rzeczywiście zaczęły spadać, a gdy już zaczną i dostajesz swój sygnał, to tracisz część ruchu, który z natury i tak jest płytki vs potencjalne wzrosty.
Potem musisz jeszcze wyczuć, kiedy wrócić na rynek. To jest walka z wiatrakami. Jeśli pozostajesz na rynku, jesteś odgórnie skazany na wygraną. Czasem będzie ona mniejsza, czasem przyjdzie później, ale na pewno przyjdzie.
A żeby pokazać, JAK bardzo jest to walka z wiatrakami, dorzucę badanie, które powinno wisieć nad łóżkiem każdego, kto myśli o „przeczekaniu zawieruchy w gotówce”.
Policzono, co by się stało z 10 tysiącami dolarów zainwestowanymi w S&P 500 na 20–30 lat, gdyby ominąć zaledwie DZIESIĘĆ najlepszych sesji w tym okresie. Wynik: około POŁOWY zysków mniej. Ominięcie trzydziestu najlepszych dni kasuje większość wyniku całych dekad. „No dobra”, powie ktoś, „ale ja ominę też najgorsze dni, więc się wyrówna”.
NIE OMINIESZ. Dlaczego? Bo zdecydowana większość najlepszych sesji w historii wypada w bezpośrednim sąsiedztwie najgorszych. Dokładnie wtedy, gdy siedzicie w gotówce i czekacie „aż się uspokoi”. Rynek nie wysyła zaproszeń na odbicie. On odbija wtedy, kiedy boli najbardziej i gdy stoisz na peronie.
Inwestować od razu czy czekać na spadek?
Teraz statystyka druga. Zainwestowanie całej dostępnej kwoty na raz w 75 procent przypadków wygrywa z powolnym uśrednianiem zakupów. Średnia przewaga to 2,3 punktu procentowego rocznie. Na rynku zarabiacie więcej, jeśli zainwestujecie szybciej. Czekanie statystycznie się nie opłaca.
Oczywiście w praktyce ciężko to zastosować. Wszyscy jesteśmy skazani na uśrednianie, bo co miesiąc zarabiamy i dokładamy do portfela. Ta statystyka mówi jednak jasno, że jeśli masz oszczędności i zastanawiasz się, czy wpłacić je na rynek teraz, czy rozłożyć na pół roku, bo może spadnie, to liczby są przeciwko czekaniu. Kupowanie po trochu daje większy komfort psychiczny, ale z punktu widzenia stopy zwrotu czekanie na dołek przegrywa w trzech na cztery przypadki.
Skoro więc mam o wiele większą szansę na to, że akcje będą zyskiwać niż tracić, mam o wiele większą szansę na to, że zyskają więcej niż stracą, i mam o wiele większą szansę, że lepiej wyjdę, inwestując od razu wszystko, co mam, to po cholerę mam być rynkowym niedźwiedziem i peroniarzem? Po co mam się bać bessy?
Czekanie na bessę nie działa! Każdy, kto myśli, że najlepszą strategią inwestycyjną jest „poczekam aż się zrypie i wtedy wjeżdżam kapitałem, a jak ostro wzrośnie, to sprzedam”, powinien poznać pewne badanie.
Na bazie danych S&P 500 za lata 1926–2024 sprawdzono, jaki wynik dałyby różne strategie właśnie tego typu, czyli: kupuję, gdy rynek spadnie o X% od szczytu, i sprzedaję, gdy potem zarobię Y%. Na tabeli widzicie wyniki tych strategii. Oś pionowa to wymagany spadek od szczytu przed zakupem, oś pozioma to docelowy zysk po kupnie.
Na przykład kupowanie za każdym razem, gdy indeks spadnie 20% od szczytu, i sprzedawanie po zarobieniu 100%, dałoby średniorocznie 5,2%.
Niespodzianka: żaden z pokazanych scenariuszy nie pobił zwykłej strategii kup i trzymaj. Żaden. Mało tego, na im większy spadek czekacie, żeby kupić, tym gorsze wyniki osiągacie w długim terminie. Czemu? Bo takie spadki wydarzają się rzadko, więc realnie po prostu siedzicie poza rynkiem, a Wasze pieniądze zjada inflacja. Może się zdarzyć, że chcąc złapać bessę rzędu 50%, jak w 2008 roku, nie zainwestujecie nic przez całe życie. Będziecie czekać na okazję, która nie nadejdzie.
Jeśli ktoś mądry po tamtym kryzysie postanowił sobie tak czekać na kolejną tego typu okazję, to dziś nie można go nazwać inaczej niż frajerem. Abstrahując już od tego, że pewnie nie wytrzymał i tak kupił, ale później i drożej.
Jak przygotowuję portfel na możliwą korektę?
To oczywiście nie oznacza, że korekty czy gorszego czasu na rynku nie da się w ogóle przewidzieć. Da się i sam próbuję to robić, często nawet z sukcesami, jak tu w 2019 roku, albo tu w 2022 roku, albo tu na początku 2025 roku. Trzeba mieć jednak świadomość, że to są tylko jakieś przewidywania i nigdy nie mamy pewności, czy się zmaterializują, i zdecydowanie NIE powinny blokować od obecności na rynku.
Dlatego jeśli czuję, że nadchodzi jakiś spadek i potwierdzają mi to dane, to jedyne, co robię, to zwiększam lekko zapasy gotówki. Zamiast np. trzymać 98% kapitału w akcjach, a 2% w gotówce, to redukuję kilka pozycji i zwiększam gotówkę do np. 10%. Tyle. Jeśli korekta rzeczywiście się materializuje, to uruchamiam tę gotówkę, żeby dokupić na spadkach. Jeśli nie, to trudno i tak mam 90% w akcjach, które dalej rosną.
W ten sposób wypracowałem pewien kompromis. Nie gram przeciwko statystyce, ale jednocześnie, gdy mam silne przekonanie, że rynek złapie zadyszkę, to jestem na to gotowy, żeby ją wykorzystać.
Zawsze powtarzam, że dla wielu inwestorów to naprawdę długa hossa jest bardziej wyczerpująca psychicznie, bo mało doświadczeni muszą ciągle walczyć z tym, że kupują coś „drożej” niż kupili wcześniej. Skoro teraz kupują drożej, to wychodzi na to, że są frajerami, że nie kupili więcej wcześniej, nie? NIE!
Najgorszy market timing też może dać fortunę
Poznajcie Boba, najgorszego market timera w historii. Bob to hipotetyczny inwestor z pewnej słynnej historii, który oszczędzał pieniądze latami i inwestował je w S&P 500 wyłącznie w NAJGORSZYCH możliwych momentach: wszystko wpłacił na szczycie w 1972 roku, tuż przed spadkiem o połowę. Potem uzbierał znowu i kupił na szczycie w 1987 roku, dokładnie przed krachem. Kolejny raz: szczyt bańki dot-com w 2000 roku. I jeszcze raz: październik 2007 roku, tuż przed kryzysem finansowym. Cztery wpłaty w życiu, każda idealnie na szczycie przed katastrofą. Facet-antytalent, odwrotność wyroczni. Wiecie, jak skończył? Na emeryturę przeszedł jako MILIONER, z wynikiem lepszym niż większość aktywnych inwestorów. Dlaczego? Bo miał jedną cechę, która wybaczyła mu wszystkie inne: NIGDY nie sprzedał.
Różnica pomiędzy inwestorem, który wiecznie inwestował w samych dołkach, a tym, który wiecznie inwestował na samych lokalnych górkach, jest… niewielka. Od tej statystyki odstaje tylko ktoś, kto wiecznie czekał.
Inwestora, który każdego roku idealnie trafiał w dołek, vs tego, który każdego roku trafiał w górkę, dzieli ok. 100% stopy zwrotu różnicy w horyzoncie 20-letnim przy założeniu, że każdy inwestuje po 2000 w rok przez 20 lat. Ktoś powie, że 100% to dużo. Ja powiem, że nie istnieje osoba, która przez 20 lat zainwestuje wszystko w najgorszym dniu każdego roku vs w najlepszym, więc realna różnica pomiędzy dobrym a złym timingiem w horyzoncie 20-letnim będzie o wiele mniejsza. Jest jednak kolosalna różnica vs nieinwestowanie w ogóle i wieczne czekanie.
Charlie Munger o spadku majątku o 50% w 2009
Podoba mi się, jak wypowiadał się na temat bessy w 2009 roku Charlie Munger, wieloletni partner inwestycyjny Warrena Buffetta. Został wtedy zapytany, jak bardzo przejmuje się tym, że jego majątek stopniał o ponad 50%. Odpowiedział krótko, że wcale. Czemu? To był trzeci raz, kiedy jego majątek spadł o ponad połowę. Dodał coś, co powinien usłyszeć każdy inwestor. Jeśli nie jesteś w stanie zachować spokoju przy obsunięciu o ponad 50% co jakiś czas, to zasługujesz na co najwyżej średnie wyniki. Na pewno nie uzyskasz wspaniałych.
Straszna inflacja, straszne cła, straszna bańka i wieczny strach. Ta litania będzie leciała dalej, codziennie, do końca Waszego inwestycyjnego życia, bo strach zawsze brzmi mądrzej niż spokój i zawsze lepiej się klika. Po tym materiale mam nadzieję, że wiecie już, dlaczego można jej słuchać jak szumu.
Peter Lynch, jeden z najlepszych zarządzających w historii, ujął to w jednym zdaniu, które mogłoby być puentą tego materiału: inwestorzy stracili znacznie więcej pieniędzy, PRZYGOTOWUJĄC SIĘ na korekty, niż na samych korektach. Bessa przyjdzie – nie wiem, kiedy, Wy nie wiecie, nikt nie wie.
Kiedy przyjdzie, to zaboli. Potem się skończy, jak każda przed nią, i rynek pójdzie wyżej, a jedyne, co będzie miało znaczenie, to czy przez ten czas byliście w akcjach, czy na peronie. Dlatego nie boję się bessy.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









