Najdroższy przepis UE? Jak ETS uderza w przemysł i polską gospodarkę

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

CEO

11 kwi 202615 min czytania

Wstęp

System ETS miał być jednym z najważniejszych narzędzi walki o klimat w Europie i przez lata był traktowany raczej jako techniczny dodatek do gospodarki.

Dziś jest jednym z kluczowych czynników decydujących o tym, czy europejski przemysł w ogóle jest konkurencyjny.

Kiedy koszt emisji CO₂ rośnie kilkunastokrotnie, to przestaje być już tylko „opłata środowiskowa”, a całość zaczyna być jednym z kluczowych kosztów dla prowadzenia biznesu, zwłaszcza w energochłonnym przemyśle.

Bo nagle nie chodzi już o to, ile zarabiasz, tylko o to, czy w ogóle jesteś w stanie produkować w Europie i konkurować z resztą świata.

W tym materiale rozłożę dla was system ETS i sporo jego absurdów na czynniki pierwsze, mimo że paradoksalnie… cały pomysł ETS… nie jest złą koncepcją.

Najdroższy przepis UE? Jak ETS uderza w przemysł i polską gospodarkę

Jak działa system ETS i dlaczego miał rozwiązać problem emisji CO₂

Żeby zrozumieć, dlaczego system ETS budzi dziś tak skrajne emocje, trzeba najpierw rozebrać go na części pierwsze i zobaczyć, jak ta maszyna w ogóle została skonstruowana.

Cały pomysł opiera się na tym, że zamiast zakazywać emisji dwutlenku węgla, nadajemy jej konkretną wartość, a skoro wypuszczanie dymu z komina kosztuje, to firmy same z siebie zaczną szukać sposobów, żeby tego dymu było jak najmniej. Tak przynajmniej brzmi teoria. I na tym etapie wszystko ma sens.

W praktyce wygląda to tak, że Unia Europejska co roku ustala ogólną pulę uprawnień do emisji dla całego kontynentu. Taki odgórny limit emisji CO₂. Ten limit z roku na rok się kurczy, a firmy objęte systemem ETS, głównie elektrownie, huty, cementownie czy producenci papieru, muszą posiadać odpowiednią liczbę certyfikatów, z których każdy pozwala na wypuszczenie do atmosfery jednej tony CO2.

Jeśli firma jest nowoczesna, inwestuje w zieloną energię i emituje mniej, niż wynosi jej limit, to może sprzedać nadwyżkę uprawnień do emisji CO₂ na giełdzie. Jeśli jednak jej technologia jest przestarzała i „kopci” ponad stan, to musi te brakujące uprawnienia dokupić od innych na rynku ETS.

U podstaw leży więc zasada, że „zanieczyszczający płaci”. Idea była taka, żeby za zanieczyszczanie nie płaciło całe społeczeństwo, ale konkretne firmy, które zarabiają na tym, że emitują CO₂. Pomysł co do zasady głupi więc nie był. Traktował koszt środowiskowy jako dający się bezpośrednio ująć w rachunku zysków i strat.

Przez pierwsze kilkanaście lat istnienia systemu ETS, od jego startu w 2005 roku, cały mechanizm działał na pół gwizdka.

Pozwoleń na rynku było po prostu za dużo, przez co ich cena była śmiesznie niska, często spadając poniżej poziomu dziesięciu euro za tonę CO₂. Dla wielkich graczy taniej więc było po prostu płacić za emisje i nie zmieniać nic w swojej produkcji.

Wszystko zaczęło się zmieniać 8 lat temu, a na sile przybrało zdecydowanie w ostatnich kilku latach.

Dlaczego ceny uprawnień CO₂ eksplodowały i co ma do tego gaz

Bruksela celowo zaczęła „dokręcać śrubę”, widząc, że system ETS średnio działa. Drastycznie zmniejszono więc podaż certyfikatów. Największe zmiany nadszedły w latach 2021/22.

To, co działo się z cenami uprawnień do emisji CO₂ w tamtym okresie, analitycy często nazywają „idealną burzą”. W ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy koszt emisji jednej tony CO2 poszybował z okolic 30 euro do niemal 100 euro. Splot kilku potężnych czynników, które uderzyły w tym samym czasie.

Głównym winowajcą, o ironio, nie był sam dwutlenek węgla, ale gaz ziemny. W świecie energetyki istnieje bardzo silna zależność między tymi dwoma rynkami. Gaz jest paliwem „czystszym” niż węgiel. Przy spalaniu emituje o połowę mniej CO2.

Dlatego, gdy gaz jest tani, to elektrownie chętnie się na niego przełączają, co automatycznie zmniejsza popyt na uprawnienia do emisji CO₂. Jednak pod koniec 2021 roku, jeszcze przed formalnym wybuchem wojny na Ukrainie, Rosja zaczęła drastycznie ograniczać dostawy gazu do Europy. Ceny wystrzeliły w kosmos, a to zmusiło energetykę do zmiany na „brudniejszy” węgiel.

Skoro z kolei zaczęliśmy spalać więcej węgla, to gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na certyfikaty ETS. Popyt spotkał się z ograniczoną podażą i cena eksplodowała.

To był moment, w którym system ETS przestał być tylko narzędziem klimatycznym, a zaczął być jednym z największych kosztów prowadzenia biznesu w Europie.

Do tego doszło przebudzenie gospodarki po pandemii. Przemysł, który przez miesiące stał w miejscu, ruszył z większą parą, potrzebując więcej energii.

W tym samym czasie Unia Europejska wysłała też rynkom bardzo jasny sygnał polityczny w postaci pakietu „Fit for 55”. Bruksela oficjalnie ogłosiła, że tempo wycofywania uprawnień z rynku zostanie… podkręcone, aby zmusić kraje do szybszej dekarbonizacji.

Inwestorzy finansowi natychmiast to skalkulowali: skoro „towaru” będzie coraz mniej, a politycy są zdeterminowani, to cena może iść tylko w górę. To wywołało falę zakupów spekulacyjnych, która jeszcze mocniej podbiła stawkę.

ETS, spekulacja i wpływ na ceny energii w Europie

Inwestorzy finansowi i spekulacja to jeden z głównych problemów obecnego systemu ETS. Uprawnienia do emisji przestały być jedynie technicznym pozwoleniem urzędowym. Stały się pełnoprawnym instrumentem finansowym, którym handluje się tak samo jak złotem, ropą czy akcjami wielkich spółek.

Na rynku ETS nie spotykają się już więc tylko prezesi elektrowni i hut. Obok nich są też gracze z sektora finansowego – banki inwestycyjne i fundusze hedgingowe, których obecność to miecz obosieczny.

Z jednej strony, dzięki nim rynek jest płynny, czyli zawsze znajdzie się ktoś, od kogo można certyfikat kupić lub komu można go sprzedać. Super!

Z drugiej jednak strony, inwestorzy finansowi nie potrzebują tych papierów, żeby „dymić” z komina. Kupują je, bo liczą na wzrost ich wartości. To sprawia, że cena uprawnień do emisji CO₂ stała się bardziej wrażliwa na spekulacje i nastroje rynkowe. W efekcie, zamiast stabilnych kosztów, mamy do czynienia z cenową huśtawką.

Wystarczy napięcie na Bliskim Wschodzie albo chłodniejsza prognoza pogody, żeby wzrosły ceny gazu, a w ślad za tym ceny uprawnień do emisji CO₂. To bezpośrednio podnosi koszty produkcji energii w Europie i uderza w rentowność przemysłu.

Kluczowy mechanizm, który to tłumaczy, to tzw. merit order, czyli sposób ustalania ceny energii na rynku. Można to sobie wyobrazić jako kolejkę elektrowni ustawionych od najtańszych do najdroższych.

Najpierw do systemu wchodzą źródła o najniższym koszcie wytworzenia dodatkowej energii – wiatr, fotowoltaika czy atom. Jeśli jednak zapotrzebowanie rośnie, trzeba sięgnąć po droższe źródła, takie jak gaz czy węgiel.

I tu pojawia się kluczowy punkt: cena energii dla całego rynku jest ustalana przez tę ostatnią, najdroższą elektrownię, która jest potrzebna, żeby pokryć popyt. To ona wyznacza cenę dla wszystkich pozostałych producentów.

ETS nie ustala tej ceny bezpośrednio, ale podnosi koszt działania elektrowni emisyjnych. Jeśli więc w danym momencie system potrzebuje energii z gazu lub węgla, to wysoka cena uprawnień CO₂ zwiększa koszt tej marginalnej elektrowni, a tym samym podnosi cenę dla całego rynku, także dla energii z OZE.

W praktyce oznacza to, że cena energii zależy od kosztu tej jednej, „ostatniej” jednostki potrzebnej do zbilansowania systemu. Dlatego wzrost cen uprawnień do emisji przekłada się na rachunki za prąd, gdy system faktycznie opiera się na źródłach emisyjnych.

To nie jest mechanizm zaprojektowany po to, żeby „podnosić ceny wszystkim”. Jego celem jest zwiększenie kosztu emisji CO₂ i przesunięcie konkurencyjności w stronę czystszych źródeł. Natomiast sposób działania rynku energii sprawia, że ten koszt, jeśli w systemie nadal potrzebne są paliwa kopalne, rozlewa się na całą gospodarkę.

Uderzenie w przemysł i ryzyko ucieczki emisji poza UE

Kiedy jednak cena uprawnień do emisji przestaje być drobną pozycją w arkuszu kalkulacyjnym, a staje się kwotą idącą w setki milionów euro, to zaczyna się realna walka o przetrwanie.

Hutnictwo, przemysł chemiczny czy produkcja cementu to branże, które nazywamy „energochłonnymi” nie bez powodu. Nie tylko zużywają one gigantyczne ilości prądu, ale często sam ich proces technologiczny opiera się na reakcjach chemicznych, których efektem ubocznym jest właśnie dwutlenek węgla.

Dla takiej huty stali system ETS to nie jest po prostu wyższy rachunek za prąd, ale potężny koszt nałożony na każdy wyprodukowany arkusz blachy, którego nie mają konkurenci z Chin, Indii czy USA.

Największym problemem, na który zwracają uwagę analitycy, jest tak zwana „ucieczka emisji”.

Chodzi o to, że jeśli koszty produkcji w Europie staną się zbyt wysokie przez opłaty za CO₂, to huta w Polsce czy Niemczech przestanie być rentowna i zostanie zamknięta. Jednak zapotrzebowanie na stal nie zniknie. Będziemy więc wtedy stal sprowadzać z krajów, gdzie nikt za dym z komina nie płaci.

Efekt? Globalna emisja wcale nie spadnie, a może nawet wzrosnąć, bo tamtejsze fabryki często mają gorsze technologie. Europa traci miejsca pracy i wpływy do budżetu, a planeta na tym nic nie zyskuje, albo zyskuje relatywnie mało.

Klasyczny przykład sytuacji, w której dobre chęci mogą doprowadzić do wypchnięcia nowoczesnego przemysłu poza nasze granice.

Szczególnie trudna sytuacja panuje w sektorze chemicznym, zwłaszcza w produkcji nawozów sztucznych.

Tutaj gaz ziemny jest nie tylko źródłem energii, ale głównym surowcem. Gdy połączymy rekordowo wysokie ceny gazu z koniecznością dokupowania uprawnień ETS, to otrzymujemy produkt tak drogi, że rolnicy nie są w stanie go kupić.

W ostatnich latach widzieliśmy już sytuacje, w których wielkie europejskie zakłady azotowe musiały wstrzymywać produkcję, bo po prostu im się to nie opłacało.

Najbardziej jaskrawym przykładem z naszego podwórka jest polska Grupa Azoty, czyli jeden z największych producentów nawozów w całej Unii Europejskiej.

W sierpniu 2022 roku zarząd podjął bezprecedensową decyzję o czasowym zatrzymaniu instalacji produkujących nawozy azotowe, kaprolaktam oraz poliamid 6. Podobną decyzję ogłosił wtedy włocławski Anwil (należący do grupy Orlen).

Jeśli spojrzymy szerzej na Europę, identyczny problem dotknął norweską firmę Yara International. To też światowy lider w tej branży. W tym samym okresie Yara ogłosiła, że ogranicza produkcję amoniaku w swoich europejskich zakładach o ponad 50%. Podobne kroki podjęły zakłady w Wielkiej Brytanii (należące do CF Industries) czy na Litwie (zakład Achema).

Ten moment pokazał słabość europejskiego modelu biznesowego. Kiedy nasze fabryki stały, to rynek nie pracował w próżni. Do Europy zaczął płynąć szerokim strumieniem produkty z Rosji, Algierii czy Egiptu. Tamtejsi producenci mają dostęp do taniego gazu i nie muszą płacić „podatku od dymu” w formie ETS.

Dla inwestorów był to jasny sygnał, że w Europie produkcja podstawowych chemikaliów stała się „biznesem wysokiego ryzyka”.

Inwestorzy, planując budowę nowej fabryki, patrzą w perspektywie 20 czy 30 lat. Widząc determinację Unii Europejskiej do dalszego „dokręcania śruby” w polityce klimatycznej, kapitał coraz częściej omijał nasz kontynent szerokim łukiem.

Zamiast modernizować zakłady w Europie, wielkie koncerny wolą inwestować tam, gdzie zasady gry są bardziej przewidywalne i mniej kosztowne. To taka cicha ucieczka kapitału, która sprawia, że Europa powoli traci status przemysłowego lidera.

Polska, przyszłość ETS i realny scenariusz dla Europy

Gdybyśmy mieli wskazać na mapie Europy kraj, dla którego system ETS jest największym wyzwaniem, Polska bez wątpienia znalazłaby się w ścisłej czołówce. Czemu? Odpowiedź kryje się właśnie w specyfice naszego miksu energetycznego, która sprawia, że płacimy za emisje bardzo dużo.

Główny poziom tego problemu jest czysto matematyczny i dotyczy bezpośrednich kosztów wytwarzania energii. Polska wciąż w dużej mierze stoi węglem. Zarówno kamiennym, jak i brunatnym.

O ile nowoczesna elektrownia gazowa emituje około 350–400 kg CO₂ na każdą megawatogodzinę prądu, o tyle nasze bloki węglowe potrafią wyemitować od 800 do nawet 1100 kg CO₂. To oznacza, że przy cenie uprawnień na poziomie 70 euro, do każdej wyprodukowanej jednostki energii z węgla musimy doliczyć niemal dwa razy wyższy „podatek od dymu” niż nasi sąsiedzi, którzy mają więcej gazu, atomu czy źródeł odnawialnych.

Przez lata plan zakładał, że gaz ziemny będzie naszym „mostem” – paliwem przejściowym, które pozwoli nam powoli odchodzić od węgla, zanim zbudujemy elektrownie jądrowe i rozwiniemy OZE. Ostatnie lata i wstrząsy geopolityczne zburzyły tę logikę. Okazało się, że gaz może być nie tylko dużo droższy, ale i okresowo fizycznie niedostępny.

To stawia Polskę przed niezwykle trudnym dylematem. Polska płaci dziś cenę za dekady opóźnień w transformacji energetycznej i próbuje jednocześnie nie wpaść w kolejną pułapkę uzależnienia od importowanych surowców, których ceny i dostępność też są nieprzewidywalne.

„Szczęśliwie” problem zaczął też dotykać inne kraje UE. Europy nie stać dziś na bycie najbardziej ekologicznym kontynentem, jeśli ceną za to będzie gospodarcza pustynia i całkowite uzależnienie od importu z krajów, które klimatem przejmują się znacznie mniej.

Co z tym dalej zrobić? System ETS został zaprojektowany na „ładną pogodę”. Gdy powstawał, świat wydawał się przewidywalny, łańcuchy dostaw były stabilne, a gaz z Rosji płynął szerokim i tanim strumieniem. Świat był w fazie postępującej globalizacji. Geopolityka była spokojna, a konfliktów na horyzoncie nie widać. Dziś jesteśmy w świecie zupełnie innym. W całym systemie ETS brakuje bezpieczników.

System nie ma wbudowanych mechanizmów, które pozwalają go zawiesić albo radykalnie złagodzić w sytuacji kryzysowej. Efekt jest taki, że system zaprojektowany w czasach pokoju, globalizacji i stabilizacji trzyma sztywne ramy nawet w czasach, gdy ceny certyfikatów szaleją i rosną po setki procent w krótkim czasie.

Ktoś może zapytać: „W czym problem, żeby takie mechanizmy wprowadzić dziś?”. Ciężko zlikwidować albo znacząco zreformować system, który części państw po prostu odpowiada. Francja jest na przykład dużym beneficjentem systemu, bo ich energetyka opiera się na atomie.

Elektrownie jądrowe niemal nie emitują dwutlenku węgla. Kiedy więc cena ETS rośnie, francuskie firmy nie odczuwają tego bezpośrednio w swoich kosztach produkcji, podczas gdy ich konkurenci z Niemiec lub Polski muszą płacić ogromne kwoty. To daje Francuzom przewagę konkurencyjną.

Kraje północne, jak np. Szwecja, mają to szczęście, że ich rzeki są rwące. Szwecja i Norwegia (choć ta ostatnia nie jest w UE, to uczestniczy w ETS) bazują na hydroenergetyce.

Dla nich system ETS to mechanizm, który sprawia, że ich „czysta” energia staje się jeszcze bardziej wartościowa na wspólnym europejskim rynku. Im droższy jest certyfikat CO2, tym droższy jest prąd z węgla, a oni mogą sprzedawać swój tani prąd po wysokich cenach rynkowych.

Z kolei dla Danii ETS to nie tylko kwestia prądu, ale przede wszystkim model biznesowy. Duńczycy są jednym ze światowych liderów w produkcji turbin wiatrowych, a do tego mają korzystny miks energetyczny.

Efekt? Im droższe są uprawnienia do emisji, tym szybciej inne kraje muszą kupować duńskie wiatraki, by uciec przed kosztami węgla. Dla nich system ETS to paliwo dla eksportu i wzrostu gospodarczego.

Gdy więc przychodzi pora na kolejny szczyt unijny, to najczęściej wszystko kończy się na rozmowach, negocjacjach i pomysłach, a nie na realnych zmianach.

W marcu 2026 UE miała zaproponować jakieś zmiany w systemie ETS. Na czym się skończyło? Na tym, że propozycje mają zostać przedstawione w czerwcu. Działając w takim tempie, zanim Unii uda się zreformować system ETS, to już nie będzie za bardzo czego ratować.

USA zdominują sektory oprogramowania i najbardziej zaawansowanych technologii, a Chiny zdominują przemysł i wszystko, gdzie liczy się efekt skali i masowa produkcja. W ten sposób Europa zostanie mistrzem regulacji.

Żeby jednak nie sprowadzać całej sprawy do narzekania, trzeba uczciwie powiedzieć, że w sprawie ETS coś się porusza. Komisja Europejska uruchomiła wcześniej konsultacje dotyczące przyszłego przeglądu zarówno samego EU ETS, jak i mechanizmu Market Stability Reserve, czyli rezerwy stabilności rynkowej.

I tutaj dochodzimy do ważnego niuansu. Często można usłyszeć, że system ETS nie ma żadnych „hamulców bezpieczeństwa”. To nie do końca prawda. Takim mechanizmem bezpieczeństwa już dziś jest właśnie Market Stability Reserve, która została stworzona po to, by ograniczać nadwyżkę uprawnień, poprawiać równowagę podaży i popytu oraz zwiększać odporność rynku na szoki.

Problem polega nie na tym, że żadnych mechanizmów nie ma, tylko na tym, że one działają raczej strukturalnie i z opóźnieniem, a nie jak polityczny przycisk alarmowy wciskany z dnia na dzień.

Drugim obszarem dyskusji pozostaje zmienność cen uprawnień. Tu także warto uważać z uproszczeniami. Na rynku ETS działają nie tylko firmy objęte obowiązkiem rozliczania emisji, ale też banki i firmy inwestycyjne, które pomagają zapewniać płynność.

To oznacza, że uczestnicy finansowi są częścią tego rynku, ale nie można uczciwie powiedzieć, że to oni sami „robią” ceny CO₂. Dużo większe znaczenie mają konstrukcja systemu, tempo redukcji podaży uprawnień, ceny paliw i sytuacja na rynku energii.

Dlatego sensowny postulat nie brzmi: „wyrzućmy z rynku wszystkich inwestorów finansowych”, tylko raczej: zadbajmy o to, by rynek był jednocześnie płynny, przejrzysty i mniej podatny na gwałtowne skoki cen.

Zbyt brutalne ograniczenie uczestników finansowych mogłoby paradoksalnie zaszkodzić, bo mniejsza płynność często oznacza większą zmienność. To jest problem konstrukcji rynku, a nie tylko kwestia „spekulantów”.

Pojawia się też pomysł zwiększenia podaży uprawnień. Technicznie takie działania są możliwe, ale politycznie są bardzo trudne, bo uderzają w samą logikę ETS.

Ten system ma sprawiać, że emisja CO2 staje się coraz droższa, a gospodarka stopniowo przesuwa się w stronę czystszych technologii. Gdyby Unia po prostu szeroko otworzyła kurek z nowymi uprawnieniami, cena CO2 spadłaby, ale osłabiłoby to cały sygnał inwestycyjny.

Z tego powodu ewentualne korekty podaży raczej będą miały charakter ograniczony i techniczny niż rewolucyjny.

ETS nie jest dziś pobocznym dodatkiem, tylko jednym z fundamentów polityki klimatycznej UE.

System działa od 2005 roku, jest obecnie w czwartej fazie, a równolegle rozwijane są kolejne elementy architektury klimatycznej, takie jak CBAM czy ETS2. To wszystko pokazuje, że scenariusz całkowitej likwidacji ETS jest dziś politycznie nierealny.

Znacznie bardziej prawdopodobne są reformy, korekty i dostosowania, a nie wycofanie się z systemu.

Dlatego uczciwa odpowiedź na pytanie „czy ETS zniknie?” brzmi: raczej nie. Bardziej prawdopodobne jest to, że Unia będzie próbowała go poprawiać, uszczelniać i dostosowywać do napięcia między celami klimatycznymi a konkurencyjnością przemysłu.

Podsumowanie – co dalej z ETS i europejskim przemysłem

System ETS nie jest czarno-biały. To nie tak, że ktoś w Brukseli wstał rano i postanowił „zabić przemysł”. Dobry pomysł w teorii zderzył się z rzeczywistością gospodarki, geopolityki i globalnej konkurencji. Dlatego nie zadziałał w skrajnym wypadku.

Jeśli narzucasz sobie najwyższe standardy na świecie, to musisz być pewny, że reszta świata gra według podobnych zasad, a tak po prostu nie jest.

Europa znalazła się w bardzo niewygodnym miejscu. Z jednej strony chce być liderem transformacji klimatycznej. Z drugiej musi utrzymać konkurencyjność swojej gospodarki.

Pogodzenie tych dwóch rzeczy będzie jednym z najtrudniejszych wyzwań najbliższych lat, bo emisja dwutlenku węgla może i jest ważna, ale utrzymanie miejsc pracy… jest ważniejsze.

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

CEO

Zobacz profil
Komentarze: 0

Zastrzeżenia prawne

Materiały DNA Rynków, w szczególności aktualizacje Strategii DNA Rynków, Analizy spółek oraz Analizy sektorów są jedynie materiałem informacyjno-edukacyjnym dla użytku odbiorcy. Materiał ten nie powinien być w szczególności rozumiany jako rekomendacja inwestycyjna w rozumieniu przepisów „Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) nr 2016/958 z dnia 9 marca 2016 r. uzupełniającego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w odniesieniu do regulacyjnych standardów technicznych dotyczących środków technicznych do celów obiektywnej prezentacji rekomendacji inwestycyjnych lub innych informacji rekomendujących lub sugerujących strategię inwestycyjną oraz ujawniania interesów partykularnych lub wskazań konfliktów interesów”. Skorzystanie z materiału jako podstawy lub przesłanki do podjęcia decyzji inwestycyjnej następuje wyłącznie na ryzyko osoby, która taką decyzję podejmuje. Autorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za takie decyzje inwestycyjne. Wszystkie opinie i prognozy przedstawione w tym opracowaniu są wyrazem najlepszej wiedzy i osobistych poglądów autora na moment publikacji i mogą ulec zmianie w późniejszym okresie.

NIE PRZEGAP

Może Cię zainteresować

Złoto i srebro w rafinerii
Popularne
Rynki i makro

Złoto czy srebro? Większość inwestorów nie rozumie różnicy!

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

07 paź 2026
Polska ma hit w agentach AI
Popularne
Serie tematyczne

Wiedźmin 3 bije rekord po 11 latach, a polski agent AI rzuca wyzwanie gigantom z USA

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

06 paź 2026
Fabryka humanoidów_ kto zarobi_
Spółki i sektory

Humanoidy będą większe niż motoryzacja. Ja patrzę jak inwestować w… łożyska

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

05 paź 2026
ai energy
PremiumPopularne
Spółki i sektory

Jak inwestować w energię napędzającą rewolucję AI

Jurek Tomaszewski

Jurek Tomaszewski

01 paź 2026
Pół miliarda kary dla polskiej spółki, a Moody’s tnie rating Polski. Co naprawdę ma znaczenie
Popularne
Serie tematyczne

Pół miliarda kary dla polskiej spółki, a Moody’s tnie rating Polski. Co naprawdę ma znaczenie?

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

29 wrz 2026
Polacy nadchodzą Polskie firmy wykupują zagraniczną konkurencję!
Spółki i sektory

Polacy nadchodzą? Polskie firmy wykupują zagraniczną konkurencję!

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

28 wrz 2026
Zdjęcie stanowi tło do artykułu na temat spółki Samsara
PremiumPopularne
Spółki i sektory

Samsara: SaaSowa ekspozycja na physical AI

Łukasz - Analizy Fundamentalne USA

Łukasz - Analizy Fundamentalne USA

24 wrz 2026
Brexit miał ograniczyć imigrację Efekt jest odwrotny, a przestępczość bije rekordy!
Popularne
Rynki i makro

Brexit miał ograniczyć imigrację? Efekt jest odwrotny, a przestępczość bije rekordy!

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

23 wrz 2026
Spółka z WIG20 rusza na podbój USA, a Chiny wyprzedzają Niemcy nawet w Polsce!

Spółka z WIG20 rusza na podbój USA, a Chiny wyprzedzają Niemcy nawet w Polsce!

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

22 wrz 2026
10% szans, że AI zniszczy świat Ta panika to polityczna ustawka!
Popularne
Rynki i makro

10% szans, że AI zniszczy świat? Ta panika to polityczna ustawka!

Piotr Cymcyk

Piotr Cymcyk

18 wrz 2026
Zobacz centrum wiedzy