Czy kosmiczna turystyka naprawdę ma szansę dać zyski?

Czy kosmiczna turystyka naprawdę ma szansę dać zyski?

Niebo jest obiektem fascynacji ludzkości od początku cywilizacji. Księżyc i gwiazdy zajmują poczesne miejsce w każdej kosmogonii. Od naszego Pana Twardowskiego, po chińską gwiezdną szwaczkę, której legenda stanowi podstawę święta zakochanych. Kosmos stanowił też źródło poważnych zagadnień moralnych. Reformacyjny katolicyzm poważnie zastanawiał się nad zagadnieniem chrystianizacji ‘’księżycan’’ jeśli tacy istnieją. W XX wieku kosmos zyskał bardziej realnych, choć nie mniej legendarnych mieszkańców, to właśnie pogoda ducha i uśmiech ostatecznie zapewnił Gagarinowi miejsce w historii (poważnie, obawiano się choroby psychicznej w związku z samotnością i jednocześnie potrzebowano dobrej osoby na plakaty). Kosmos w dalszym ciągu budzi zainteresowanie wspomagane całą kulturą Science Fiction. Dziś nie patrzymy już jednak na niego, jak na miejsce nieosiągalne, a skupiamy się na tym, jak na masową skalę można by go zwiedzać.

Rywalizację o pierwszeństwo w tym nowym sektorze gospodarczym napędza nie tylko ‘’dobrze rozumiana chciwość’’ cechująca przedsiębiorców, co równie mocno rozbuchane ego i chłopięce marzenia każdego z uczestników. W blokach startowych stoją dziś, Richard Branson (Virgin Galactic), Elon Musk (SpaceX) oraz Jeff Bezos (Blue Origin). 

Nie każdy ma szczęście znaleźć się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie, żeby załapać się na kosmiczny lot z NASA. Obecnie jakoś żadna agencja kosmiczna nie jest zainteresowana rekrutacją bogatych panów w średnim wieku. To nie Formuła 1, gdzie miejsce w zespole można sobie kupić. Jedyną możliwością dla spełnienia swojego marzenia jest więc budowa rakiety samodzielnie lub… no właśnie.

Model biznesowy się nie spina

Turystyka kosmiczna to bardzo szerokie pojęcie. Mieści się w niej zarówno zwiedzanie obcych planet z ich fauną i florą (jeśli taka w ogóle istnieje), jak i prozaiczne doświadczenie nieważkości. O czym więc mówimy? Plany budowy kolonii na Marsie, kosmicznego miasta-hotelu czy inne podobne wizje, to niestety tylko bujanie w obłokach (lub nawet ponad nimi). Niezwykle trudne technicznie i niewątpliwie nieopłacalne, przynajmniej na obecnym etapie technologii.

To, co jest dostępne dla śmiertelnika (pod warunkiem, że masz wolnych kilkadziesiąt milionów) to lot suborbitalny oferowany przez Blue Origin i Virgin Galactic oraz lot orbitalny dostępny obecnie jedynie w SpaceX. Nie są to wszakże jedyne firmy pracujące nad komercyjnym wysyłaniem ludzi w kosmos, jednak jak dotąd jedyne, które przeprowadziły udany lot załogowy. Należy liczyć się z tym, że w miarę potencjalnego wzrostu zainteresowania takimi lotami lista konkurentów znacznie się poszerzy. Mogę tu wymienić choćby Dream Chaser, niewielki przypominający wahadłowiec pojazd, którego pierwszy lot planowany jest na przełomie 2021 i 2022 roku. 

Jeśli myślimy o wprowadzeniu produktu na rynek, to warto zastanowić się nad rozmiarem potencjalnego adresowalnego rynku. W świecie startupów nazywa się to ładnym skrótem TAM (Total Addressable Market). Żeby polecieć w kosmos, trzeba być milionerem. W 2020 roku na świecie było 20,8 miliona dolarowych milionerów, czyli około 0,3% ludzkości. Uznanie ich wszystkich za potencjalnych klientów jest chyba jednak pewnym nadużyciem. Ja za grupę docelową uznam jedynie tzw. Ultra High Net Worth Individuals (UHNWI), którzy dysponują co najmniej 30 milionami dolarów. Zakładam, że większość osób czuje się komfortowo, wydając ok. 1% swojego majątku na jednorazowe doświadczenie a o takich pieniądzach tutaj mówimy w wersji budżetowej.

Majątek najbogatszych osób w miliardach dolarów

Majątek najbogatszych osób w miliardach dolarów
Źródło: https://www.wealthx.com/report/exclusive-uhnwi-analysis-world-ultra-wealth-report-2017/

Przyjmując optymistyczne założenie, że z grupy około 300 000 osób aż 10% będzie potencjalnie zainteresowanych kosmiczną przygodą, zostaje nam 30 000 klientów. Co prawda z ankiety CNBC wynika że aż 39% Amerykanów z majątkiem powyżej 5 mln dolarów byłoby zainteresowanym lotem w kosmos za 250 tysięcy dolarów, ja jednak jestem ostrożny przy braniu takich wyliczeń za dobrą monetę. Po przyjrzeniu się szczegółom oferty wielu może zrezygnować, a różnica pomiędzy wydaniem 250 tysięcy dolarów a deklarowaniem zainteresowania jest diametralna.

Przy założeniu 30 000 zainteresowanych lotem w kosmos za 250 tysięcy dostajemy obecną wartość rynku na poziomie 7,5 miliarda dolarów. Większość z tych osób w kosmos poleci raz, a ich obsłużenie zajęłoby lata. Rocznie rynek jest więc wart pewnie coś około śmiesznych 500 milionów dolarów. Głównym atutem wycieczki w kosmos jest niewątpliwie jej ekskluzywność. W końcu fajnie pokazać znajomym zdjęcia z wakacji zrobione w miejscu, w którym mało kto był. Z chwilą jednak gdy pewna część znajomych już w kosmos poleci, to doświadczenie zdecydowanie straci na ekskluzywności. Będzie raczej przypominało statek wycieczkowy. Zakładam, że bez regularnego dodawania nowych ‘’ekstremalnych’’ atrakcji, a co za tym idzie wysokich kosztów R&D, UHNWI nie utrzymają swojego zainteresowania. Sam Virgin Galactic wydaje rocznie 200 milionów dolarów na testy, R&D, konserwacje i inne koszty stałe, nie notując przy tym praktycznie żadnych przychodów. Przyjmując nawet absurdalne założenie, że koszty te nie wzrosną i firma przejmie cały rynek, to dopiero wysyłając w kosmos 1000 osób rocznie, wystarczyłoby to na pokrycia kosztów! Skoro statek zabiera 4 pasażerów, to potrzeba 250 lotów. W każdy dzień powszedni Virgin musi realizować loty z 4 pasażerami, żeby pokryć swoje koszty, a trzeba pamiętać, że przy takiej eksploatacji statków wzrosną też koszty eksploatacji. Naprawdę nie wiem, jak to ma się spiąć.

Co właściwie kupuję za te miliony?

Doświadczenie radykalnie różni się w zależności od tego, czy wybieramy lot suborbitalny, czy orbitalny. Ten drugi dostępny jest jak wspomniałem jedynie, dzięki SpaceX Elona Muska. SpaceX nie pokazuje ceny biletów za loty. Wiemy o dwóch prywatnych osobach, które zapłaciły po 50 milionów dolarów za lot na międzynarodową stację kosmiczną i z powrotem. Nie jest to jednak stała trasa, a bardziej czarter. Tak wysoka cena sprawia, że nawet UHNWI nie łapią się w większości do grona potencjalnych klientów, a naukowy charakter Międzynarodowej Stacji Kosmicznej nie pozostawia raczej wiele miejsca na turystykę. Co prawda NASA rozpisuje konkursy na załogowe loty na stację, ale są one raczej skupione na rozwoju nauki i efektywniejszym zaopatrywaniu stacji, niż dobrej zabawie.

Istnieją więc dwa możliwe wyjścia, budowa własnej stacji lub kapsuły pozostającej na orbicie przez pewien czas wyposażonej we wszelkiego rodzaju zabijacze czasu. Problemem pierwszego podejścia jest skala, co prawda zapewnia możliwość poczucia się jak ‘’prawdziwy astronauta’’ ale jej opłacalność uzależniona jest od pełnego obłożenia, co jednak jest dość mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę cenę.

Druga opcja wydaje się bardziej atrakcyjna biznesowo. Taki kosmiczny pokój hotelowy zapewniający możliwość zjedzenia kolacji we dwoje z widokiem na ziemię. Brzmi już lepiej. Może stanie się to niszową usługą w ofercie SpaceX na kilka lotów rocznie, co jednak będzie nieistotne z punktu widzenia finansów firmy, ale korzystne wizerunkowo. W końcu kto nie chciałby się pochwalić ślubem w kosmosie. Zakładam, że również amatorom silniejszych erotycznych wrażeń kosmos otworzy nowe możliwości (brak grawitacji może jednak stanowić pewne wyzwanie 😉 ).

Dlaczego koszt takiego lotu jest za drogi dla stworzenia na niego masowego rynku? Na przeszkodzie stoi przede wszystkim pierwsza prędkość kosmiczna niezbędna do wyniesienia obiektu na orbitę i koszt energii niezbędny do jej osiągnięcia.

Tak wygląda rakieta

Paliwo na taką wycieczkę nie jest lekkie, trzeba je też wynieść na pewną wysokość. Zadaniem pierwszego (największego) członu rakiety jest wyniesienie drugiego na zadaną wysokość, by ten mógł wypchnąć ją jeszcze nieco wyżej, i tak dalej aż do ostatniego elementu, lądownika, malutkiego w porównaniu do całej rakiety. Na zdjęciu widać model lego rakiety Saturn 5, która odpowiadała za sukces misji Apollo. Od tego czasu doszło do pewnego postępu technicznego. Rakiety są w stanie wracać na lądowisko, by być ponownie użyte. Nadal jednak koszt paliwa pozostaje istotnym zagadnieniem. Możliwe, że w odległej przyszłości doczekamy się rakiet napędzanych znacznie gęstszym paliwem. Wówczas procent energii zużywany na wyniesienie paliwa znacząco zmaleje i będzie można wrócić do tematu otwarcia kosmicznego kasyna.

Lot orbitalny jest również znacznie bardziej wymagający pod względem bezpieczeństwa, osiąganie większej prędkości oznacza większe tarcie, a więc i lepsze osłony termiczne. Koszt każdorazowego przeglądu i wymiany znacznej części uszkodzonych elementów jest astronomiczny. Cięcie kosztów i pośpiech może doprowadzić do śmierci klienta, największej katastrofy PR oznaczającej najprawdopodobniej zawieszenie lotów do czasu wyjaśnienia.

Lot Suborbitalny to swojego rodzaju kompromis pomiędzy kosztami a wrażeniami. Dostarcza on klientów na granicę atmosfery, czyli około 100 kilometrów nad poziomem morza. Technicznie rzecz biorąc, granica atmosfery, to już kosmos. W porównaniu z lotem orbitalnym taka wycieczka jest co prawda trochę jak wyjście z lotniska w czasie przesiadki na parking, zapalić i wrócić tylko po to żeby powiedzieć że było się w państwie X. Technicznie to prawda, pieczątka w paszporcie jest. Myślę, że nawet krótka wizyta w kosmosie powinna składać się z kilku doświadczeń.

  1. Doświadczenia stanu nieważkości, unoszenia się w powietrzu, zabawa płynem i wszystkim, co się z tym wiąże.
  2. Wyjrzenia przez okno, zobaczenia krzywizny ziemi, najlepiej w oddali, rozpoznanie Ziemii jako samotnego ciała unoszącego się w kosmosie, odrębnego od statku i reszty kosmosu.
  3. Poczucia się jak prawdziwy astronauta, nawet jeśli to na niby. Kręcenie pokrętłem, światełka, podstawowe czynności, słowem kilka rzeczy, o które podejrzewamy zawodowych astronautów. Miło jest się poczuć jak prawdziwy mieszkaniec stacji lub tylko gość, nawet jeśli to tylko mała kapsuła w locie suborbitalnym.

Lot suborbitalny w wykonaniu Blue Origin (Jeff Bezos) wygląda w ten sposób.

Lot suborbitalny w wykonaniu Blue Origin (Jeff Bezos) wygląda w ten sposób.

Kapsuła zostaje wyniesiona na wysokość 100 km. Po rozłączeniu się rakieta wraca na ziemię, a kapsuła zwiększa wysokość jeszcze przez jakiś czas, by na końcu opaść lądując na poduszce powietrznej i spadochronach. Proste, przypomina nieco… prozaiczny strzał z katapulty. Cała procedura zajmuje 11 minut, zapewniając 4 minuty w ‘’stanie nieważkości’’ z widokiem na ziemię.

Maksymalna prędkość to 3,5 km/s, nieco poniżej połowy pierwszej prędkość kosmicznej (7,9 km/s) zapewniającej wejście na orbitę. Podobnie do strzały, kapsuła stopniowo wytraca prędkość, po czym osiąga punkt kulminacyjny i zaczyna spadać, co tworzy złudne poczucie braku grawitacji.OMG! (OMG EMOJI) Czyli to jednak nie jest legitny kosmos? Niestety nie, siła z jaką grawitacja oddziałuje na ciało, jest niemal taka sama na 0 m npm. jak i 100km npm, różnica jest tylko po przecinku.

Poczucie nieważkości jest tym samym, którego można doświadczyć na pokładzie samolotu Zero Gravity, który za pomocą ostrych manewrów każdorazowo zapewnia serię kilkusekundowych nieważkości. Różnicą jest czas i cena, za 7,5 tys. USD można spróbować dać komuś szybkiego całusa, podczas gdy 4 min na pokładzie New Shepard pozwalają na filmowo długi pocałunek, prawdopodobnie na nic więcej czasu nie starczy. Bezos wspomniał, że cena będzie zbliżona do tej oferowanej przez Virgin Galactic, 250 tysięcy USD.

Pytanie więc gdzie sekunda nieważkiego pocałunku wychodzi taniej? Za 7,5 k można kupić około 30 sekund przerywanej nieważkości, pełne 4 minuty kosztowałby by więc 60 tysięcy. Możliwe nawet, że doświadczyłeś już podobnego uczucia przy locie rejsowym samolotem, gdy ten wylatuje ze słupa ciepłego powietrza i nagle ‘’szarpie w dół’’. O zabawie płynem czy innymi ciałami nie ma co mówić, nie ma na to czasu, a takowa nieważkość zwyczajnie nie bardzo się do tego nadaje. A widok?

Ten może być pewnym rozczarowaniem, bo stacja ISS znajduje się ponad 4 razy wyżej, niż maksymalny zasięg pierwszego statku Blue Origin. Krzywizna Ziemi faktycznie zaczyna już być widoczna, podobnie jak czerń kosmicznej pustki. Nie jest to jednak odczucie Ziemi jako odrębnej od nas samych, wciąż jesteśmy zbyt blisko. Dla zobaczenia kosmicznej czerni nie trzeba rakiety ani wysokości 100 km, jest ona wyraźnie widoczna na wysokości 20-30 km, z okna Lockheed SR-71 Blackbird, samolotu szpiegowskiego wprowadzonego do służby w 1966 i  wycofanego w 1999, trudno więc mówić o znaczącym postępie.

Lot suborbitralny Blue Origin w porównaniu z orbitalnym Spacex

Lot suborbitralny Blue Origin w porównaniu z orbitalnym Spacex

Dobrze, tyle krytyki, czas przyznać punkty za styl. Cały proces od jednodniowego szkolenia po platformę startową i na końcu samą rakietę przypomina prawdziwy program kosmiczny. Nie jest to może prawdziwy karabin, ale i nie pistolet na wodę, przez chwilę można poczuć się, jakby trzymało się prawdziwy.

Blue Origin to pasja Bezosa, jego komercyjny sukces jest w zasadzie irrelewantny dla właściciela, który ze 130 miliardami zajmuje pierwsze miejsce na świecie najbogatszych. Najważniejsze, że może spełnić marzenia wewnętrznego małego chłopca i jeśli trzeba, będzie do tego dopłacał, ostatecznie na co innego można wydać ponad sto miliardów?

Jak wygląda sprawa w przypadku lotu suborbitalnego w wykonaniu Virgin Galactic? Tu rzecz ma się trochę inaczej, firma jest w końcu notowana na giełdzie, a jej założyciel, choć niewątpliwie bogaty i lubiący wyzwania zwyczajnie nie jest w stanie sfinansować całego programu od początku do końca. Inaczej niż Blue Origin, Virgin Galactic nie posługuje się rakietą a samolotem rakietowym podczepianym pod większy samolot wynoszący go na wysokość 20 kilometrów. Miejsca w samolocie-matce mają stanowić swego rodzaju kosmiczną klasę ekonomiczną pozwalającą zobaczyć kosmos, ale nie znaleźć się w nim zachęcając w ten sposób do kupienia droższego biletu następnym razem.

Właściwy samolot, Space Ship Two używa silnika rakietowego do wzniesienia się nieco poniżej 100 km, formalnie więc nie przekracza granicy kosmosu, co może psuć humor części klientów. Poza tym doświadczenie jest bardzo podobne do oferty Blue Origin, lot trwa łącznie 2 godziny i zapewnia 4 min ‘’nieważkości’’. Kabina przypomina nieco wnętrze samolotu w pierwszej klasie poza tym, że można wyjrzeć przez okno nie wychylając się z fotela, wystarczy odpiąć pasy i odlecieć (w granicach danego nam czasu).

Słabą stroną całego doświadczenia jest jego ‘’lotniskowość’’, podróż zaczyna i kończy się na zwyczajnym prywatnym lotnisku, mimo kombinezonów i otoczki marketingowej trudno poczuć się jak ‘’prawdziwy odkrywca kosmosu’’ wsiadając do samolotu, sytuacji nie ratuje nawet pięknie zaprojektowany kombinezon, który między nami jest zupełnie zbyteczny, równie dobrze można by latać w piżamie. Inaczej niż New Shepard, Space Ship Two jest pilotowany przez ludzi, dokładniej rzecz biorąc dwóch, to istotne, bo ktoś musi nim wylądować w klasyczny, dobrze znany nam wszystkim sposób.

Produkt Virgin Galactic przypomina samolot w jeszcze jednym istotnym aspekcie, jego maksymalna prędkość to 1 km/s, taka sama jak wspomnianego już wyżej samolotu szpiegowskiego. Doświadczenie z Virgin Galactic może przypominać karabin-zabawkę z dużym napisem ‘’replika’’, wiadomo że to nie prawdziwy AK-47, ale który chłopiec chce o tym pamiętać podczas zabawy, szczególnie jeśli ta kosztowała 250 tysięcy dolców? Moje prywatne odczucia związane z każdym lotem suborbitalnym najlepiej podsumuje to zdjęcie.

Co prawda wygląda jak czołg, jest świetnie zrobiony i budzi grozę ‘’człowieków’’ ale jak przyjdzie do pociągnięcia za spust i odstrzelenia drzwi do lodówki, cóż,  prawda wychodzi na jaw, to zwykła tektura. To nie jest przypadek, ‘’tekturowość’’ suborbitalnych programów kosmicznych wynika z kompromisu pomiędzy ceną a jakością i obawiam się, że na końcu żadna z nich się nie broni. Może jednak ceny spadną, a doświadczenie stanie się bardziej radykalnie dostępne zwiększając adresowalny rynek? Obawiam się, że to nie nastąpi. Virgin Galactic jako jedyny otwarcie wyceniający swoje usługi przewiduje, że cena w krótkim i średnim okresie pozostanie niezmieniona, może nawet wzrośnie.

Na osłodę dodam, że Virgin Galactic ma szansę na nieznaczne powiększenie swoich obrotów poprzez sprzedawanie miejsc w samolocie-matce. Jeśli widok z samolotu szpiegowskiego na wysokości 20-30 tys. mnp. jest tak dobry zainteresowanie ‘’ekonomicznym lotem’’ w prawie-prawie kosmos może być duże. Istnieje tu jednak pewne ryzyko, choć miejsca w samolocie-matce są swego rodzaju efektem ubocznym podstawowej działalności i nie wymagają dodatkowych nakładów finansowych (a więc i cena może być znacznie niższa) ich sprzedaż jest ryzykowna. Jeśli konsumenci odkryją, że widok dodatkowe 60 km nie poprawia znacząco widoku, a ‘’nieważkość’’ nie jest wynikiem braku grawitacji mogą poczuć się oszukani.

Przyszłość komercyjnych lotów kosmicznych

Trzeba przyznać, że nowy wyścig kosmiczny budzi zainteresowanie. Internet jest zalewany artykułami opisującymi świetlaną przyszłości branży turystyki kosmicznej. Jest to do pewnego stopnia zastanawiające. Zakładam, że reklamy na Youtube zachęcające mnie do wzięcia udziału w losowaniu i wygraniu lotu z Virgin Galactic nie są najlepiej adresowane, biorąc pod uwagę że ludzi zdolnych sobie pozwolić na lot za 250 tysięcy dolarów jest raczej niewielu. Czy nie lepiej byłoby skontaktować się z family office (firmy zarządzające majątkiem najbogatszych)? Mam pewne przykre podejrzenie, że ich celem jest raczej dotarcie do potencjalnego inwestora, by podtrzymać hype na akcje, które mogą ostatecznie okazać się bardziej dochodowe dla insiderów, niż długoterminowy sukces biznesu.

Możliwe, że zbyt krytycznie oszacowałem wielkość całego rynku. Optymista może założyć, że pracownik Google zarabiający ponad 1 mln rocznie może pozwolić sobie na taką przyjemność. To niewątpliwie prawda. Zależy to jednak od jakości doświadczenia. Pierwszymi klientami będą najbogatsi i jeśli ta grupa nie wyrazi szczególnego entuzjazmu, to zaręczyny w kosmosie nie staną się popularną formą wydawania rocznych bonusów na Wall Street.

Można też kwestionować ilość osób zakochanych w kosmosie. Największa firma oferująca loty w nieważkości, Zero Gravity, miała mieć jedynie 15 000 klientów od… 1993 roku. Niezbyt to zachęcające, biorąc pod uwagę, że to “tylko 7500 USD”. Prawdziwy miłośnik kosmosu z naprawdę grubym portfelem powinien przecież chcieć latać z Zero Gravity do momentu, gdy ktoś będzie w stanie zaoferować mu ‘’prawdziwego kosmosu’’. Niewielka liczba zainteresowanych tym doświadczeniem delikatnie mówiąc, nie zachęca do kupowania akcji Virgin Galactic.

Dla Virgin Galactic obecny program to być albo nie być. Obecna platforma nie pozwala na duże ulepszenia czy zwiększenie wysokości do dajmy na to 400 kilometrów. Jeśli loty się nie spodobają lub dojdzie do wypadku albo innego niefortunnego zbiegu okoliczności to koniec. Nie oznacza to jednak, że firma będzie bezwartościowa. Spółka nadal posiada sporo gotówki oraz infrastrukturę lotniskową i nieruchomości. W razie porażki projektu akcjonariusz ma szansę wyjść z inwestycji z czymś na otarcie łez. 

Jeśli chodzi o Blue Origin, tak jak już wspomniałem, spółka nie jest notowana, a jej ewentualne problemy z przyciągnięciem klientów nie są problemem. Jeff Bezos finansuje ten projekt z własnej kieszeni miliardem dolarów rocznie, sprzedając część swoich udziałów w Amazonie. Możliwe, że po kolejnych 20 latach ciągłego ulepszania produktu będą w stanie zaoferować coś naprawdę wystrzałowego. Jak na razie jest przynajmniej jeden entuzjastyczny klient w osobie właściciela, a jego portfel pozostaje najgrubszy na świecie.

Przyznam, że osobiście nie czuję zbyt wiele sympatii dla Muska, muszę jednak przyznać, że w kwestii przyszłości przemysłu kosmicznego ma racje. Prawdziwe okazje biznesowe leżą w komercyjnym dostarczaniu ładunku na orbitę w konkurencyjnej cenie. W przeciwieństwie do turystyki popyt na umieszczanie satelitów na orbicie jest niekwestionowanie silny.

Dodatkowym motorem napędowym dla biznesu są śmieci kosmiczne, które rozpędzone do ogromnej prędkości przebijają wszystko na swojej drodze, zanieczyszczenie narasta w zastraszającym tempie, podobnie jak koszty ubezpieczania satelitów. Oznacza to, że zepsuty sprzęt trzeba zastąpić nowym, a to z kolei tworzy potencjał do powstania jeszcze większej ilości śmieci i tak koło się zamyka. Możliwe, że kosmiczna okazja biznesowa leży właśnie w oczyszczaniu orbity lub budowie ‘’śmiecioodpornych’’ satelitów. Pytanie, czy chciałbyś być turystą przebitym gradem kosmicznych śmieci? Im więcej ludzi i złomu na orbicie tym prawdopodobieństwo takiego zdarzenia większe.

SpaceX jest jedyną znaną mi firmą operującą loty w kosmos, w którą zainwestowaniem mógłbym być potencjalnie zainteresowany. Wynika to nie z dobrej pozycji w wyścigu o budowę pierwszego kosmicznego lunaparku, ale przeciwnie, z rozpoznania porażki tego programu i skupieniu się na tym, co przynosi pieniądze, czyli satelitach. Nie znaczy to, że turystyka kosmiczna nigdy nie wypali. Jestem pewien, że w jakiejś odległej przyszłości będzie popularna. Sztuka nie polega więc na określeniu, czy turystyka kosmiczna zaistnieje, ale kiedy należy zacząć w nią inwestować. Przy okazji researchu do mojego artykułu o Kompani Morza Południowego dowiedziałem się, że w latach 20’ XVIII wieku powstał startup mający na celu stworzenie maszyny latającej zdolnej unieść człowieka. Pomysł był genialny, kłopot polega na tym, że inwestując w niego w tym okresie, można tylko stracić pieniądze. Potrzeba było bowiem poczekać jeszcze jakieś 200 lat na zaawansowany silnik spalinowy, niezbędny do budowy prymitywnego samolotu.

Do zarobienia,
Moonvestor


41
2

Oceń materiał!

41
2


Przeczytaj również:

Ankieta

Jakiego sektora analizę chciałbyś przeczytać najbardziej?

  • Drony
  • Druk 3D
  • Blockchain

Zobacz wynik

Loading ... Loading ...

Najwyżej oceniane: