Wstęp
Kiedy myślicie o rewolucjach, które zmieniły gospodarkę światową, przychodzi Wam do głowy maszyna parowa, elektryczność, Internet, a ja dodam coś, co nie stoi w żadnej fabryce ani laboratorium. Gumki, no albo w ogóle antykoncepcję.
To ona sprawiła, że posiadanie dzieci pierwszy raz w historii ludzkości stało się świadomym wyborem, a kiedy ludzie mogą wybierać, to na całym świecie wybierają dzieci… mniej. Nie tylko bogaci Europejczycy: Tajlandia ma dziś 0,87 dziecka na kobietę, a Kolumbia 1,01. Dzietność spada w 219 z 236 państw świata. Media dopisują oczywistą puentę, bo skoro mniej ludzi, to mniej pracowników, słabsza gospodarka i biedni, dziadujący emeryci.
Tylko że ta „oczywista” puenta nie wytrzymuje konfrontacji z danymi, bo okazuje się, że spadek urodzeń o jeden punkt procentowy przekłada się w długim okresie na wzrost PKB na pracującego o 27 procent. Dziś wyjaśnię Wam, jak to jest możliwe i dlaczego najpewniej nie będziecie dziadować na emeryturze.
Wszyscy boją się katastrofy demograficznej. Ja patrzę na nią zupełnie inaczej
Dzietność na świecie spada poniżej zastępowalności
Dzietność spada praktycznie wszędzie na świecie. Z badań Jesúsa Fernándeza-Villaverde i Patricka Norricka wynika, że problem dotyczy aż 219 spośród 236 państw. Od 2023 roku po raz pierwszy w historii globalna dzietność spadła poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, czyli poniżej 2,1 dziecka na kobietę. Ludzkość jako całość nie rodzi już wystarczająco dużo dzieci, żeby utrzymać swoją liczebność, a społeczeństwa starzeją się niemal wszędzie.
Jeszcze niedawno niską dzietnością martwili się głównie ludzie w bogatych krajach. Europa Zachodnia, Japonia, Korea Południowa. Teraz dzietność leci w dół nawet tam, gdzie pokolenie temu rodziny miały po czworo, piątkę dzieci. Tajlandia ma dziś 0,87 dziecka na kobietę. Kolumbia 1,01. Iran 1,35. Tunezja 1,45.
Widać tu zmianę historycznego wzorca. Przez dekady było tak, że im bogatszy kraj, tym mniej dzieci. Ekonomiści nazywają to przejściem demograficznym. Jako pierwsza przeszła je Francja jeszcze w XVIII wieku. W Polsce proces ten zaczął się w okresie międzywojennym i zakończył pod koniec XX wieku. Od kilku lat ten wzorzec się odwrócił. Dzietność zaczęła dodatnio korelować z dobrobytem. Nie dlatego, że w bogatych krajach ludzie nagle zaczęli masowo rodzić dzieci, tylko dlatego, że w biedniejszych krajach dzietność spada teraz szybciej niż w tych bogatych. Widać to jak na dłoni na wykresie przygotowanym przez analityków z Pekao.
Dlaczego ludzie na całym świecie przestają chcieć mieć dzieci? Trudno znaleźć jedną realną przyczynę, bo te, które najczęściej się wymienia, nie wytrzymują konfrontacji z danymi.
Polityka demograficzna? Chiny przez dekady prowadziły politykę jednego dziecka, ale Tajwan, który niczego takiego nie robił, ma praktycznie identyczną dzietność.
Drogie mieszkania? Dzietność spada też na terenach wiejskich, gdzie nieruchomości są tanie.
Religia? Spada w krajach chrześcijańskich, muzułmańskich i buddyjskich.
Prawdziwa przyczyna jest zapewne dużo prostsza. To nie tak, że wcześniej wszyscy chcieli po 5 dzieci. Po prostu trudniej było ich nie mieć. Antykoncepcja się tak spopularyzowała, że posiadanie dzieci stało się kwestią świadomego wyboru i okazuje się, że kiedy można wybierać, to na całym świecie wybiera się mniej dzieci niż więcej.
Czy spadek dzietności oznacza słabszą gospodarkę?
Łatwo będzie teraz dojść do wniosku, który wydaje się oczywisty. Skoro ludzi będzie coraz mniej, to kto będzie pracować? Kto będzie produkować? Kto będzie płacić podatki, z których finansujemy służbę zdrowia, szkoły, infrastrukturę? Mniej pracowników to mniejsza produkcja i wolniejszy wzrost, a systemy emerytalne rzekomo tego nie wytrzymają. Gdy powstawały ich współczesne wersje, to na jednego emeryta przypadało kilkunastu pracujących. Dziś w wielu krajach ten stosunek zbliża się do trzech pracowników na jednego emeryta, a prognozy mówią, że będzie się dalej regularnie pogarszał. Dla przykładu, według prognoz w Polsce za niecałe 30 lat ma przypadać tylko półtora pracownika na jednego emeryta.
Mówi się, że starzejące się społeczeństwa są mniej zdolne do innowacji i rozwoju, a to młodzi ludzie przynoszą ze sobą energię, nowe pomysły i skłonność do ryzyka. Bez stałego dopływu młodych ludzi gospodarka rzekomo miałaby tracić dynamizm i zdolność do tworzenia przełomowych rozwiązań.
Ta narracja dominuje w mediach i w polityce. Jako podręcznikowy przykład podaje się tu zwykle Japonię. Kraj starzeje się od dekad, a japońska gospodarka tkwi w stagnacji od lat 90., więc wniosek sam się nasuwa. Starzejące się społeczeństwo równa się koniec wzrostu.
Ten podręcznikowy przykład jest podręcznikowym błędem, bo stagnacja Japonii to stagnacja ŁĄCZNEGO PKB, a łączny PKB kraju, w którym liczba ludzi w wieku produkcyjnym spada od lat 90., musi rosnąć wolno nawet przy świetnej produktywności. Przeliczcie to na osobę w wieku produkcyjnym i obraz się odwraca: Japonia rosła w tej mierze w tempie zbliżonym do Stanów Zjednoczonych. Japończyk w pracy stawał się bogatszy równie szybko jak Amerykanin, tylko było ich po prostu coraz mniej. Czyli najsłynniejszy dowód na to, że starzenie zabija gospodarkę, po przeliczeniu na właściwy mianownik jest dowodem na coś dokładnie odwrotnego.
Chiny też starzeją się w podobnym tempie co Japonia od połowy lat 70. XX wieku, a mimo to rosły w tym czasie jak szalone. Nasze intuicje odnośnie do wpływu demografii na wzrost gospodarczy opierają się na wybranych przykładach, a nie na systematycznej analizie.
Spadek urodzeń a PKB na osobę pracującą
Sensownej analizy podjęli się za to czterej ekonomiści: Daron Acemoglu, David Autor, Keelan Beirne i Andrew Scott. Acemoglu to laureat Nagrody Nobla z ekonomii, więc nie mówimy tu o pracy byle kogo. Ich badanie pod tytułem „Baby Busts and Growth Booms” objęło 240 krajów świata w latach 1950–2019, a do tego 722 regiony w samych Stanach Zjednoczonych. USA wybrali jako dodatkowe źródło danych, bo Ameryka jest wewnętrznie bardzo zróżnicowana pod względem demograficznym i ekonomicznym, a od dekad zbiera na ten temat szczegółowe statystyki.
Główny wniosek? Spadek stopy urodzeń o 1 punkt procentowy przekłada się na wzrost PKB na osobę pracującą średnio o 27% w długim okresie, czyli na przestrzeni dwudziestu i więcej lat. Powtórzę. Mniej urodzeń nie oznacza biedniejszego społeczeństwa. Oznacza bogatsze społeczeństwo w przeliczeniu na jedną pracującą osobę.
I tu jest klucz do zrozumienia tego, czego masowe media nie rozumieją. Badanie mówi o PKB na osobę PRACUJĄCĄ, czyli o tym, ile wytwarza gospodarka na każdą parę rąk. To rozstrzyga pytanie: „kto to wyprodukuje?”. Drugie pytanie jest ważniejsze dla problemu: „jak to podzielić?”. Bo jeśli pracujących jest mniej, a emerytów więcej, to nawet rosnący tort trzeba kroić na więcej osób. Problem emerytur nie jest problemem PRODUKCJI, tylko problemem REDYSTRYBUCJI. To zupełnie co innego, bo sprowadza się do problemu polityki.
Ta średnia z badania ma oczywiście charakter empiryczny i obejmuje kraje na każdym poziomie rozwoju. Kraje o różnym stopniu wykształcenia populacji, różnej urbanizacji, różnej strukturze gospodarki. To nie jest efekt napędzany wyłącznie przez kilka bogatych państw, a wzorzec globalny.
Wniosek jest sprzeczny z intuicją, ale kiedy spojrzy się na dane szerzej, jest spójny z tym, co obserwujemy. Świat starzeje się od co najmniej czterech dekad, zarówno ten rozwinięty, jak i rozwijający się. Do tej pory nie przełożyło się to na trwałe spowolnienie wzrostu gospodarczego. Owszem, wiele krajów spowolniło, ale głównym powodem nie była demografia.
Bogatszym krajom po prostu trudniej rosnąć niż biedniejszym. Kiedy startujecie z niskiego poziomu, każda fabryka, droga, szkoła daje ogromny procentowy skok PKB, ale kiedy macie już rozwiniętą infrastrukturę i wykształcone społeczeństwo, to kolejne procenty wzrostu przychodzą z trudem. To tak zwane prawo malejących przychodów krańcowych i ono dużo lepiej tłumaczy spowolnienie wielu krajów niż sama demografia.
Automatyzacja odpowiedzią na brak pracowników
Jaki mechanizm za tym stoi? Dlaczego mniej ludzi miałoby oznaczać wyższy PKB na osobę? Autorzy badania wskazują przede wszystkim na automatyzację. Żeby to zrozumieć, spójrzmy na to z perspektywy firmy.
Wyobraźcie sobie, że prowadzicie fabrykę i potrzebujecie 100 pracowników na linii produkcyjnej. Przez lata nie macie problemów z ich znalezieniem, bo młodych ludzi wchodzących na rynek pracy jest pod dostatkiem. Płacicie im rynkowe stawki, produkcja idzie, firma zarabia. W pewnym momencie okazuje się, że młodych ludzi jest coraz mniej. Na targach pracy pustki. Żeby kogokolwiek przyciągnąć, musicie oferować coraz wyższe pensje. Koszty pracy rosną, marże maleją.
Wtedy pojawia się punkt przełomowy. Inwestycja w maszynę, która zastąpi dziesięciu pracowników, zaczyna się opłacać bardziej niż coroczne podwyżki płac. Firmy zaczynają inwestować. Te inwestycje z biegiem czasu przynoszą wyższe stopy zwrotu, niż ktokolwiek się spodziewał, bo technologie tanieją i z każdą kolejną generacją stają się wydajniejsze. Jeden robot przemysłowy pracuje 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie choruje, nie bierze urlopu, nie potrzebuje przerwy na obiad.
Efekt na poziomie całej gospodarki? Mniej rąk do pracy, ale każda para rąk produkuje więcej niż wcześniej, bo obok tych rąk stoją maszyny. Gospodarki odpowiadają na kurczącą się podaż pracy zwiększeniem inwestycji w technologie, które podnoszą produktywność.
Jest jeszcze drugi mechanizm, cichszy niż roboty, ale równie ważny. Rodzice, którzy mają dwoje dzieci zamiast pięciorga, inwestują w każde z nich kilka razy więcej czasu, pieniędzy i lat edukacji. Ekonomiści nazywają to wymianą ilości na jakość. Efekt na poziomie gospodarki jest taki, że kolejne pokolenie jest mniej liczne, ale lepiej wykształcone, zdrowsze i produktywniejsze. Mniej rąk, ale każda para jest lepsza.
Recesja demograficzna i automatyzacja w Polsce
To się już dzieje także w Polsce. Polska wchodzi w erę recesji demograficznej. Liczba rąk do pracy kurczy się z roku na rok i trzeba je zastępować automatyzacją, która skokowo poprawia produktywność.
Alternatywą jest imigracja i zastępowanie brakujących rąk do pracy obcokrajowcami, ale jedno z drugim się nie wyklucza.
Polskie spółki wyraźnie to widzą. Analiza komunikatów 140 firm notowanych na warszawskiej giełdzie, m.in. Allegro, Amiki, PKO BP, Unimotu, PGE i Dino, pokazuje, że udział komunikatów wspominających o automatyzacji i robotyzacji wzrósł z 4,4% w 2019 roku do 8,8% obecnie. Podwoił się. Jednocześnie rośnie udział komunikatów o presji płacowej i rosnących kosztach pracy, z 7,1% do 7,9%, a w 2024 roku, gdy płace w gospodarce rosły w dwucyfrowym tempie, wskaźnik ten sięgnął nawet 8,4%. Firmy widzą, że pracownicy drożeją i coraz trudniej ich znaleźć, i coraz głośniej mówią, że odpowiedzią muszą być technologie.
Deklaracje to zawsze deklaracje, jasne. Ważniejsze są zawsze twarde dane, ale tutaj trzy wskaźniki, które potwierdzają, że automatyzacja w Polsce rzeczywiście przyspiesza.
Po pierwsze, produktywność. Od początku 2023 roku do pierwszego kwartału 2026 realny PKB Polski zwiększył się o około 9,3%, a jednocześnie liczba pracujących skurczyła się o około 1,3%. Zatrzymajcie się na chwilę przy tych dwóch liczbach. Gospodarka produkuje więcej przy mniejszej liczbie pracowników. Wydajność pracy, czyli realny PKB na jednego pracującego, wzrosła w tym okresie o około 10,7%. To tempo wyraźnie przekracza średnią z dekady przed pandemią. Tak duży skok wynika w dużym stopniu z większego zaprzęgnięcia maszyn i technologii do pracy.
Do tego roboty w przemyśle. Liczba działających robotów w polskim przetwórstwie przemysłowym wzrosła z 16 tysięcy w 2019 roku do 25 tysięcy w 2023. Wzrost o ponad połowę w zaledwie cztery lata. Wskaźnik gęstości robotyzacji, czyli liczba robotów przypadających na 10 tysięcy pracowników, skoczył z 46 do 78, a liczba podatników korzystających z ulgi na robotyzację wzrosła z 291 w 2022 roku do ponad 430 w 2024, co sugeruje, że trend się utrzymuje.
Sztuczna inteligencja zwiększa produktywność usług
Do tego dochodzi sztuczna inteligencja w usługach. Automatyzacja to nie tylko roboty na hali produkcyjnej. W przemyśle przybiera ona postać robotyzacji, ale usługi stanowią dziś około 65% polskiego PKB i tu automatyzacja wygląda inaczej.
W sektorze informacji i komunikacji udział firm wykorzystujących narzędzia AI wzrósł z 18% do 38% w ciągu jednego roku. Ponad dwudziestopunktowy skok. W działalności profesjonalnej i naukowej z 9% do 23%. W administrowaniu i działalności wspierającej z 5% do 11%. W usługach opartych na wiedzy wykorzystanie AI jest dziś naprawdę spore.
Cały ten proces nie odbywa się kosztem ludzi. Bezrobocie w Polsce nie rośnie. Automatyzacja wypełnia lukę po pracownikach, których po prostu fizycznie brakuje, a nie zabiera pracę tym, którzy ją mają. Widać to dobrze po danych na temat bezrobocia.
Nie, spadek dzietności nie zabije wzrostu gospodarczego, bo gospodarka na brak rąk odpowiada czymś innym – kapitałem. Robotami na hali, algorytmami w biurze, większą inwestycją w każde z mniej licznych dzieci. Dane mówią jasno. Mniej ludzi, ale każdy produkuje więcej. Problem realny dotyczy tylko podziału. Ile z rosnącego tortu trafi do emerytów, w jakiej formie i kto za to zapłaci, ale to pytanie polityczne, a nie ekonomiczne. Media mylą te dwa problemy i sprzedają Wam pierwszy jako drugi. Nie dajcie się, bo gospodarka da radę, a o emeryturę możecie też sobie zadbać sami, na przykład inwestując.
Demografia jako długoterminowy trend inwestycyjny
Z tego materiału płynie też jeden ważny wniosek portfelowy. Skoro odpowiedzią świata na kiepską demografię jest kapitał zastępujący pracę, to może demografia jest jednym z najdłuższych, najpewniejszych trendów, jakie inwestor może kupić?
Beneficjentami są ci, którzy sprzedają zastępowanie rąk. Producenci robotów i automatyki przemysłowej, dostawcy sztucznej inteligencji dla usług, cały łańcuch, który za nimi stoi. Czasem najprostsze rozwiązania stoją przed Wami.
Rozwinięte gospodarki od dawna mają coraz mniej dzieci i od dawna są coraz bogatsze. Strachy odłóż na półkę.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









