Wstęp
W 2021 roku grafika Beeple „Everydays: The First 5000 Days” została sprzedana w Christie’s za 69 milionów dolarów. To była najwyższa cena, jaką kiedykolwiek zapłacono za cyfrowy obraz NFT. Trzy lata później ten sam Beeple wystawia nowe prace na aukcjach… i nie znajduje kupującego nawet za 50 tysięcy dolarów.
69 milionów vs 50 tysięcy. Spadek wartości o 99,93 procent w trzy lata. To nie jest osobny przypadek, a dokładnie to, co dzieje się dziś na całym globalnym rynku sztuki.
Sprzedaż dzieł powyżej 10 milionów dolarów w pierwszej połowie 2025 roku spadła o 44 procent rok do roku i o 72 procent od szczytu z 2022. Sprzedano ZERO obiektów powyżej 50 milionów dolarów. Dla porównania w pierwszej połowie 2022 sprzedano ich trzynaście.
Sotheby’s, gigant z 280-letnią historią, ma 248 milionów dolarów straty, „śmieciową” ocenę ratingową i pożycza pieniądze od własnych klientów po 7–8% odsetek, byle nie musieć im wypłacać kasy. Polska DESA Unicum rozmyślała nad wejściem na giełdę już kilka razy i na razie brak zdecydowania…
Pokazuję wam, co dzieje się na globalnym i polskim rynku sztuki. Dlaczego dosłownie nikt już nie chce kupować obrazów po 100 milionów dolarów, jak Sotheby’s wpadło w spiralę długów i dlaczego ja sam uważam, że „inwestowanie w sztukę” to po prostu spekulacja, która pokazuje swoje prawdziwe oblicze i która nie ma wiele sensu.
Rynek sztuki się sypie. To nie są żadne „inwestycje"!
Globalny rynek sztuki hamuje po latach euforii
Obecny moment na rynku sztuki można określić jako wielkie hamowanie. Kolekcjonerzy, którzy jeszcze trzy lata temu licytowali przez telefon z religijnym zapałem, dzisiaj stali się wybredni i ostrożni. Zamiast kupować „wszystko, co modne”, zaczęli dwa razy oglądać każdego dolara.
Ta zmiana nastrojów wynika z prostego faktu: zmienił się świat. Kiedy gospodarka staje się nieprzewidywalna, a koszty życia i prowadzenia biznesu rosną, luksus, jakim jest kupno obrazu, schodzi na dalszy plan. To, o czym mówię, widać w danych z rynku sztuki. Nie są one może tak łatwo dostępne jak wykres S&P 500, ale można się do nich dokopać. Merrill opublikował jakiś czas temu pełny raport na temat rynku sztuki, gdzie widać ogromną zapaść.
Trzy kluczowe wnioski?
Sprzedaż aukcyjna od kilku lat nieubłaganie spada. Jeśli wykluczylibyśmy dość wyjątkowy rok 2020, kiedy mieliśmy pandemię, to okaże się, że pierwsza połowa 2025 roku była najsłabsza dla rynku sztuki od dekady.
Do tego rynek sztuki zmienia swoją strukturę. Sprzedaż aukcyjna szeroko pojętej sztuki w pierwszej połowie 2025 spadła o 10% rok do roku. Najmocniej ucierpiał tu segment najdroższych prac. Liczba transakcji powyżej 10 mln USD spadła o 44% względem 2024 i o 72% względem szczytu z 2022 roku. Co więcej, w pierwszej połowie 2025 nie sprzedano ani jednego obiektu powyżej 50 mln USD, podczas gdy w pierwszej połowie 2022 było ich trzynaście.
Słabość rynku nie jest jednak powszechna. Segment poniżej 10 mln USD zyskuje, a liczba sprzedanych obiektów w pierwszej połowie 2025 była drugą najwyższą od 2016. Czyli kupujący są aktywniejsi w niższych przedziałach cenowych.
Tę samą tezę potwierdzają dane z innych źródeł, jak Artprice czy UBS. Zgodnie z ich danymi średnia cena sprzedawanych dzieł sztuki wyraźnie spadła od 2021 roku.
Ludzie kupują coraz więcej dzieł sztuki z roku na rok, ale wydają na nie coraz mniej. Już nie są gotowi na abstrakcyjne kwoty, które napędzały medialny hype.
Gwarancje aukcyjne i ucieczka od ryzyka
Na rynku widać też bardzo wyraźną ucieczkę od ryzyka. Wśród trzech największych domów aukcyjnych na świecie, czyli Christie’s, Sotheby’s i Phillips, odnotowano rosnący udział gwarancji aukcyjnych. Gwarancje aukcyjne to mechanizm, w którym sprzedający dostaje z góry obietnicę minimalnej kwoty za dzieło, niezależnie od tego, jak pójdzie sama licytacja. W praktyce działa to tak:
Dom aukcyjny mówi właścicielowi pracy: wystaw dzieło u nas, a my gwarantujemy ci na przykład 10 mln USD. Jeśli na aukcji pójdzie wyżej, wszyscy są zadowoleni. Jeśli licytacja nie dobije do tej kwoty, gwarant, czyli często sam dom aukcyjny, musi pokryć różnicę albo przejąć obiekt dla siebie.
Na kolejnym wykresie widać, że w latach 2016–2025 coraz większa część wartości aukcji z kategorii sztuki powojennej i współczesnej była objęta gwarancjami. W 2025 udział ten sięgnął prawie 73%, mimo wyraźnie mniejszej całkowitej sprzedaży. To oznacza, że artyści, widząc słabość rynku, częściej decydowali się na kwotę minimalną od domu aukcyjnego.
W tym miejscu warto się zastanowić, na kogo spadało ryzyko? Rynek był słaby, drogie prace się nie sprzedawały, a artyści i kolekcjonerzy coraz chętniej brali gwarancje najniższej ceny od domu aukcyjnego. W tej sytuacji ryzyko spada na dom aukcyjny. To też częściowo powód, dla którego w jednym z dwóch największych na świecie domów aukcyjnych, Sotheby’s, dzieje się nienajlepiej.
Sotheby’s, długi i problemy z płynnością
Gigant z ponad dwustuletnią historią przetrwał wojny i kryzysy, a dzisiaj zmaga się z problemami, które wynikają przede wszystkim z ryzykownych decyzji finansowych i spowolnienia całego rynku.
Żeby zrozumieć, dlaczego firma o takiej renomie ma kłopoty, musimy cofnąć się do 2019 roku. To wtedy dom aukcyjny został przejęty przez miliardera Patricka Drahi, który kupił go za pożyczone pieniądze. Mówimy o operacji zwanej „wykupem lewarowanym”. W praktyce oznacza to, że firma została obciążona gigantycznym długiem, który musi teraz spłacać z bieżącej działalności. Problem w tym, że w międzyczasie rynek wyhamował, a pieniądze, które miały płynąć szerokim strumieniem i spłacać dług, zaczęły wysychać, co postawiło Sotheby’s pod ścianą.
Najbardziej uderzającym dowodem na to, jak bardzo brakuje im gotówki, jest program, który firma wprowadziła w połowie 2025 roku. Sotheby’s zaczęło oficjalnie proponować swoim klientom, którzy właśnie sprzedali swoje kolekcje, nietypowy układ: „Zamiast wypłacać wam pieniądze od razu, pożyczcie je nam na kilka miesięcy, a my w zamian zapłacimy wam odsetki rzędu 7 do 8%”.
Dla porównania stopa wolna od ryzyka, czyli 10-letnie obligacje USA, płacą obecnie około 4,4%. Tymczasem renomowany dom aukcyjny oferuje lokatę na kilka miesięcy oprocentowaną na około 7–8%? To jest silny red flag. Wysokość tych odsetek aż krzyczy o kłopotach finansowych i problemie płynności.
Jeśli dom aukcyjny, który obraca miliardami dolarów, musi pożyczać pieniądze od własnych klientów, byle tylko nie wypłacać im należności zgodnie z umową, to znaczy, że jego kasa jest po prostu pusta. To tak, jakby salon samochodowy sprzedał wasze auto i poprosił, żebyście poczekali na pieniądze pół roku, bo musi z nich opłacić czynsz i prąd.
Problemy z płynnością stały się w Sotheby’s niemal codziennością. Financial Times podaje, że z relacji osób zbliżonych do firmy wynika, że pod koniec trudnych kwartałów wstrzymywanie wypłat dla klientów stało się wręcz rutynową praktyką. Czasami pieniądze były przetrzymywane tylko po to, by w raportach finansowych firma wyglądała na bogatszą, niż jest w rzeczywistości. Doszło nawet do sytuacji, w których niektórzy sprzedawcy czekali na swoje pieniądze aż osiem miesięcy dłużej, niż przewidywała umowa. To drastyczne odejście od rynkowych standardów, bo w tym biznesie zaufanie jest wszystkim. Konkurencyjny dom aukcyjny Christie’s zazwyczaj rozlicza się ze swoimi klientami w ciągu 35 dni.
Sytuacja finansowa wygląda jeszcze gorzej, gdy zajrzymy w ich sprawozdania. W 2024 roku strata firmy wzrosła ponad dwukrotnie, osiągając astronomiczną kwotę 248 milionów dolarów. Jednocześnie na koniec tamtego roku Sotheby’s było winne swoim klientom ponad miliard dolarów.
To są kwoty, które potrafią przytłoczyć nawet największego gracza, zwłaszcza gdy agencje ratingowe, takie jak S&P, wystawiają firmie ocenę „śmieciową”.
Wszystko to sprawia, że Sotheby’s przestało być postrzegane jako bezpieczny pośrednik, a zaczęło być kojarzone z ryzykownymi operacjami finansowymi swojego właściciela, Patricka Drahi, znanego z zamiłowania do budowania imperiów na kredyt. Stosuje on w domu aukcyjnym te same metody, które wcześniej wprowadził w swoim telekomunikacyjnym królestwie Altice — maksymalne opóźnianie płatności dla dostawców i partnerów, byle tylko utrzymać się na powierzchni.
Jednak rynek sztuki to nie telekomunikacja; tutaj reputacja budowana przez wieki może posypać się w kilka miesięcy.
Wysokie stopy procentowe zmieniły opłacalność sztuki
Kluczowym czynnikiem spowolnienia całego sektora są stopy procentowe. Przez lata żyliśmy w świecie, w którym gotówka była niemal darmowa, a trzymanie jej na koncie nie dawało żadnego zysku. W takich warunkach sztuka wydawała się idealnym rozwiązaniem. Skoro bank nie płacił niemal nic, to „zamrożenie” miliona złotych w obrazie nie bolało. Dzisiaj sytuacja obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedy stopy procentowe wyraźnie poszły w górę, pieniądz nagle odzyskał swoją wartość.
Prosty mechanizm kosztu alternatywnego. Wyobraźmy sobie inwestora, który ma do zagospodarowania pokaźną kwotę. Jeszcze niedawno mógł zaryzykować i kupić płótno modnego artysty, licząc na to, że za kilka lat ktoś odkupi je drożej. Dzisiaj ten sam inwestor widzi, że kupując obligacje skarbowe, może dostać solidny procent czystego zysku rocznie bez żadnego wysiłku i ryzyka. Sztuka nie wypłaca odsetek, nie daje dywidendy ani nie generuje czynszu z wynajmu. Do tego zabezpieczenie jej kosztuje. To aktywo kompletnie nieproduktywne i mało płynne.
Ja osobiście po prostu nie wierzę w „inwestowanie w sztukę”. Dzieła sztuki nie da się rzetelnie wycenić. Wszystko to element wyceny mody. Nawet krypto jest bardziej użyteczne i przede wszystkim płynne.
Wysokie stopy procentowe uderzają w rynek sztuki jeszcze z jednej strony — przez bezpośredni koszt długu. Wielu dużych kolekcjonerów, a przede wszystkim dealerów i domów aukcyjnych, finansuje swoje operacje kredytem. Gdy obsługa tych pożyczek staje się znacznie droższa, nagle brakuje wolnej gotówki na zakupy nowych dzieł. Co więcej, osoby, które nabyły sztukę za pożyczone pieniądze w czasach, gdy były one tanie, przy dzisiejszych stopach czują presję, by jak najszybciej sprzedać swoje zbiory i spłacić zobowiązania. To powoduje, że na rynku pojawia się więcej towaru, podczas gdy liczba chętnych do licytacji drastycznie maleje. To prosta matematyka: drogi pieniądz zawsze wypiera aktywa, które wymagają cierpliwości, generują koszty utrzymania i nie przynoszą żadnego bieżącego dochodu. Generowanie kosztów to też ważny wątek, bo obrazy i inne dzieła sztuki nie tylko nie płacą kuponów, ale dodatkowo wymagają renowacji i ochrony, a to kosztuje.
Na rynku sztuki mamy też do czynienia z podobnymi problemami jak w szerokiej branży dóbr luksusowych. Postpandemiczny boom i wiara w to, że bogacze zapłacą każdą cenę za dzieło sztuki, doprowadziły do zwykłego cyklicznego przegrzania rynku i cen obrazów, które obecnie przechodzą etap schłodzenia.
Polski rynek sztuki i niedoszłe IPO DESA Unicum
Problemy rynku sztuki odbijają się również w Polsce, co najlepiej widać na przykładzie DESA Unicum. Lider naszego rynku od lat przymierzał się do wejścia na GPW, ale ostatecznie wszystkie te próby, w tym ta najgłośniejsza z 2021 roku, spaliły na panewce.
DESA Unicum to dzisiaj największy i najbardziej wpływowy gracz na polskim rynku sztuki, który w naszych realiach pełni rolę zbliżoną do tego, czym dla świata są wspomniane wcześniej Sotheby’s czy Christie’s. Choć wielu osobom dom aukcyjny kojarzy się po prostu z elegancką galerią, w której wiszą obrazy, to w rzeczywistości jest to potężna platforma handlowa.
Główny mechanizm zarabiania pieniędzy przez DESA Unicum opiera się na systemie prowizyjnym. Kiedy słyszymy w mediach, że na aukcji padł rekord i obraz został sprzedany za milion złotych, mówimy o tak zwanej „cenie przybicia”, czyli kwocie, przy której uderzył młotek aukcjonera. Jednak finalnie kupujący płaci więcej, ponieważ do tej ceny doliczana jest opłata aukcyjna, która trafia właśnie do DESA.
Oficjalnie powodem odkładania IPO była „niesprzyjająca sytuacja rynkowa”, ale patrząc na to od strony czysto technicznej, problem leżał zapewne znacznie głębiej, tj. w rozbieżności między tym, jak swoją wartość widziała sama spółka, a tym, ile realnie chcieli zapłacić za nią profesjonalni inwestorzy. W przypadku DESY inwestorzy instytucjonalni, tacy jak fundusze emerytalne czy inwestycyjne, patrzyli na ten biznes bardzo chłodno i nie widzieli w nim wystarczającej wartości. W efekcie spółka nie otrzymała zadowalającej ceny i zrezygnowała z debiutu.
Specyfika przychodów domu aukcyjnego jest niestandardowa. Giełda kocha firmy, które mają stałe, powtarzalne zyski i jasną perspektywę wzrostu. Tymczasem handel sztuką opiera się na „strzałach” — jedna wielka aukcja z rekordowo sprzedanym obrazem może uratować wynik kwartału, ale nikt nie zagwarantuje inwestorom, że za trzy miesiące znajdzie się kolejny tak samo drogi obiekt. Dla dużych graczy giełdowych model biznesowy, w którym marża zależy od kaprysów kilku najbogatszych kolekcjonerów w kraju, był po prostu zbyt ryzykowny. Doszło do klasycznego starcia wycen: właściciele spółki liczyli na premię za bycie liderem prestiżowego rynku, natomiast rynek finansowy potraktował DESĘ jak zwykłego pośrednika handlowego, który w dodatku operuje na bardzo wąskim i mało przejrzystym polu.
Patrząc na to, jak branża rozwinęła się od 2021 roku, kiedy to IPO miało mieć miejsce, myślę, że chyba dobrze, że do debiutu nie doszło, bo dziś byłaby to kolejna spółka w okolicach minus 50% od szczytów, albo i więcej.
Sztuka jako spekulacja, a nie klasyczna inwestycja
To wszystko nie koniec świata, ale bolesne i potrzebne otrzeźwienie. Era, w której każdy kupiony obraz drożał „sam z siebie”, a rynek był zalewany tanią gotówką, bezpowrotnie odeszła do lamusa. Dzisiejsze problemy gigantów pokroju Sotheby’s to po prostu sygnał, że skończył się czas łatwych zysków i rynkowej iluzji. Rynek sztuki nie znika, ale brutalnie wraca do swoich fundamentów.
Sztuka to nie inwestycja. Sztuka to spekulacja połączona z konsumpcją estetyczną. Obraz wisi na ścianie i ma JEDNĄ funkcję: wygląda ładnie. Czy ktoś za 5 lat zapłaci za niego więcej, to wyłącznie kwestia mody, na którą nikt nie ma wpływu.
Ostatnie 4 lata na rynku sztuki, ze spadkami Beeple, Banksy’ego, Hirsta, KAWS-a i ratującym się przed bankructwem Sotheby’s, są dokładnie tym, co dzieje się, gdy spekulacja zostanie zderzona z rzeczywistością.
Jak uzyskać ekspozycję na rynek sztuki przez giełdę
Jeśli już szukacie ekspozycji na tę branżę, to wolałbym konkretne spółki niż same obrazy. Niewiele jest spółek notowanych na giełdzie, które dają jakąkolwiek ekspozycję na ten rynek, a z ETF-ami jest równie ciężko. Zamiast tego dostępne są raczej spółki powiązane z infrastrukturą tego rynku. Najczęściej wskazuje się tu Artnet oraz MCH Group. Artnet jest notowany we Frankfurcie, a MCH Group na SIX Swiss Exchange. To jednak nie są klasyczne domy aukcyjne zbliżone profilem do Sotheby’s czy Christie’s, tylko firmy zarabiające na danych, platformach, targach i usługach towarzyszących obrotowi dziełami sztuki. Innymi słowy, giełda daje dziś dostęp raczej do „otoczenia rynku sztuki” niż do samego jego rdzenia.
Artnet to berlińska spółka technologiczno-informacyjna, która działa jako platforma do kupna, sprzedaży i analizy rynku sztuki. Jej model biznesowy opiera się na zintegrowanym pakiecie usług, obejmującym bazę danych cen, informacje rynkowe, marketplace i narzędzia do researchu dla kolekcjonerów, galerii oraz profesjonalistów rynku. To bardziej „Bloomberg dla rynku sztuki” niż klasyczny pośrednik aukcyjny.
Jednak patrząc na dane, widać, że to, co dzieje się na bazowym rynku sztuki, ma przełożenie na ich wyniki finansowe. Kurs jednak znajduje się na szczytach.
Z kolei MCH Group to notowana w Szwajcarii grupa eventowo-targowa, której kluczowym aktywem z punktu widzenia rynku sztuki jest Art Basel. Art Basel działa jako globalna platforma łącząca galerie, kolekcjonerów i artystów, organizując prestiżowe targi w Bazylei, Hongkongu, Paryżu i Miami Beach. Sama MCH Group jest jednak szerszym biznesem, zajmującym się także targami, wydarzeniami i rozwiązaniami live marketingowymi poza sektorem sztuki. Dlatego ekspozycja na MCH Group to w praktyce zakład nie tylko na sztukę, ale też na cały rynek wydarzeń premium i infrastruktury wystawienniczej.
Następnym więc razem, gdy ktoś zacznie wam sprzedawać sztukę jako „alternatywną klasę aktywów” — polski doradca, galeria, dom aukcyjny — to zapytajcie, ile dziś jest warta ta sztuka kupowana w 2021. Jeśli odpowiedź zacznie się od „no wiesz, sztuka się wycenia inaczej…” albo „to nie jest typowa inwestycja, trzeba na nią patrzeć szerzej…”, to wiecie, co z nim zrobić.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk







