Wstęp
Stany Zjednoczone i Iran ogłosiły dwutygodniowe zawieszenie broni, a potem szybko je złamały, tylko że… to już nie ma znaczenia. Dla rynku to zamyka temat, a na giełdzie pieniądze mogą znowu ścielić się gęsto.
Może i gdzieś tam poleci jedna rakieta tu czy tam, pojawią się nagłówki, eksperci będą się kłócić… ale to serio nie ma już żadnego znaczenia, bo giełda działa inaczej. Giełda nie analizuje wydarzeń w nieskończoność. Ona buduje prostą narrację rynkową.
Ta narracja jest dziś jednoznaczna. Ten konflikt wygasa. Tyle wystarczy. I to jest moment, gdy mądry inwestor powinien działać. Zwłaszcza że dostaje do tego dane z amerykańskiej gospodarki, które potwierdzają jej siłę pomimo jakichś tam konfliktów geopolitycznych.
Zresztą… dokładnie tak samo było w pandemii, ale o tym już opowiem w trakcie materiału.
W każdym razie, jeśli próbujesz analizować rynek przez pryzmat nagłówków w mediach, to już jesteś spóźniony.
Zwłaszcza gdy w tle dzieje się tyle innych tematów naprawdę ważnych dla inwestora. Meta ogłasza swojego LLM-a i wywala o 10% do góry, Bill Ackman ogłasza przejęcie za 60 miliardów euro, Intel zaczyna współpracować z Muskiem, a Anthropic i OpenAI podają sobie rękę. Przynajmniej w kwestii bezpieczeństwa.
Do tego wszystkiego mój publiczny portfel agresywny już wyklepał swoje dno, a z powszechnego wkurzenia na Cymcola przechodzimy ponownie w fazę… wielbienia.
Giełda ma już w nosie wojnę. Indeksy rosną, a Big Tech wraca do gry!
Rynek akcji zamyka temat wojny szybciej, niż myślisz
Stany Zjednoczone i Iran ogłosiły dwutygodniowe zawieszenie broni. Co chwilę ktoś tam sobie jakąś jedną rakietką wystrzeli i znajdzie się pierdyliard inwestorów, którzy będą sens tego podważać, ale… to nie ma znaczenia.
Rynek operuje w przypadku takich wydarzeń na prostych narracjach. Obecnie zobaczył, że ten konflikt nie będzie przeciągał się na lata, bo obie strony, wbrew swoim wcześniejszym deklaracjom, rozmawiały, negocjowały i potrafiły się dogadać. Jeśli zrobiły to raz, to zrobią i drugi.
Wbrew powszechnie chyba panującej opinii mogę wam zagwarantować, że:
a) Iran nie chce być bombardowany
b) administracja USA nie chce globalnych problemów gospodarczych.
To rynkowi w zupełności wystarcza i to będzie przyjęta obecnie przez rynek narracja, nawet jeśli w krótkim terminie zaliczy na tym wydarzeniu jeszcze jakieś wstrząsy wtórne.
We wtorek prezydent Trump wycofał się z groźby zniszczenia cywilnej infrastruktury Iranu. W zamian za wstrzymanie amerykańskich nalotów Teheran zgodził się na zaprzestanie blokowania Cieśniny Ormuz.
Ropa naftowa niemal natychmiast zaliczyła spadek blisko 20%, a giełdy wystrzeliły w górę o 3–5% w zależności od rynku.
Rynek akcji od zawsze jest zainteresowany tylko przyszłością. Dwutygodniowy rozejm, nawet jeśli będzie łamany, kończy dla rynków efektywnie okres istotności tego wydarzenia. Od teraz nie jest ważne nawet to, kiedy wróci pełny ruch w cieśninie, bo rynek wprost zakłada, że „wróci”. Zresztą ma do tego podstawy, bo patrzy głównie na poprawę dynamiki. Ta dotycząca ruchu w cieśninie zaczęła być dodatnia.
Daleko nie trzeba szukać podobnych przypadków, gdzie rynek kończy wyceniać przeszłość wydarzenia, a zaczyna wyceniać przyszłość. W pandemii również rynek wyznaczył dołek istotnie wcześniej, niż realnie nastąpił dołek mobilności ludzi wywołany lockdownami.
Inwestor musi nauczyć się patrzeć na takie wydarzenia z odpowiednim wyprzedzeniem. Jeśli połączy to z faktem, że rynek jest dziś tak tani jak w kwietniu ubiegłego roku i to pomimo relatywnie niewielkich spadków indeksowych, to powinien szybko wydedukować, co z tym zrobić.
Amerykańska gospodarka i rynek pracy nadal pokazują siłę
Zwłaszcza że realna amerykańska gospodarka trzyma się dalej ponadprzeciętnie mocno. Zapomnijcie o wszystkim, co do tej pory wiedzieliście o amerykańskim rynku pracy. Choć wielu obserwatorów bije na alarm, to rzeczywistość jest znacznie bardziej optymistyczna.
Przez lata przyzwyczailiśmy się do myśli, że amerykańska gospodarka musi tworzyć około 150–200 tysięcy nowych miejsc pracy miesięcznie, by uznać sytuację za stabilną. To nasze „zakotwiczenie” w przeszłości, które dziś może nas wprowadzać w błąd. Dlaczego? Ponieważ rynek pracy to nie tylko liczby w tabelkach, ale przede wszystkim ludzie, a ich struktura drastycznie się zmienia.
Obecnie ogromna rzesza pokolenia wyżu demograficznego, czyli tzw. baby boomers, przechodzi na emeryturę. Zastępują ich młodsze, mniej liczne roczniki. Do tego dochodzą ogromne wahania w migracji i jej ograniczenie przez Trumpa. Co z tego wynika? Ekonomiści z Fed Dallas i Waszyngtonu wyliczyli, że obecnie tak zwany poziom równowagi, czyli takie tempo zatrudnienia, które utrzymuje bezrobocie na stałym poziomie, wynosi okrągłe zero. To znacznie mniej niż w ubiegłej dekadzie, kiedy poziom zatrudnienia musiał stale rosnąć, żeby utrzymywać stopę bezrobocia na stałym poziomie.
Oznacza to, że jeśli gospodarka nie tworzy nowych etatów, to wcale nie musi oznaczać kryzysu. To po prostu obecny stan balansu, w którym na rynku nie ma już „wolnych rąk do pracy”. Każdy wynik powyżej zera to tak naprawdę sygnał, że rynek jest niezwykle mocny.
Tymczasem najnowszy odczyt z rynku pracy USA za marzec przyniósł do tego ponadprzeciętnie pozytywne zaskoczenie. Podczas gdy ekonomiści spodziewali się skromnego wzrostu o 65 tysięcy miejsc pracy, amerykańska gospodarka „wykręciła” aż 178 tysięcy. Potężne odbicie po lutym, w którym odnotowano stratę 133 tysięcy etatów. Co ważne, motorem napędowym była edukacja i służba zdrowia, ale też przemysł, który zaliczył najlepszy wynik od końcówki 2023 roku.
Dzięki tak dobremu wynikowi stopa bezrobocia nieznacznie spadła – z 4,4% do 4,3%. To pokazuje, że rynek pracy nie tylko nie pęka pod presją, ale wręcz potrafi pozytywnie zaskoczyć w trudnych momentach.
Czy więc serio uważasz, że w USA grozi recesja? No właśnie… Silny rynek pracy daje bankowi centralnemu, czyli Fedowi, duży komfort. Skoro gospodarka radzi sobie dobrze i nie potrzebuje „ratunkowego” obniżania stóp procentowych, urzędnicy mogą skupić się na walce z inflacją i skutkami szoku energetycznego wywołanego wojną w Iranie.
Dla inwestorów to sygnał, że stopy procentowe, które obecnie wynoszą 3,5–3,75%, prawdopodobnie pozostaną na tym poziomie dłużej. Po publikacji danych z rynku pracy rentowność amerykańskich obligacji wzrosła – co w prostym języku oznacza, że rynki finansowe uwierzyły w siłę amerykańskiej gospodarki i przestały zakładać szybkie obniżki kosztu pieniądza.
Amerykański rynek pracy nie tylko „ma się dobrze”, ale nawet pokazuje niezwykłą odporność. Ponownie więc powtórzę, że inwestor powinien wiedzieć, co z tym wszystkim teraz zrobić.
Meta, LLM i nowy wyścig AI
Zwłaszcza gdy na rynku jest taki zalew ciekawych informacji wprost ze spółek! Proszę bardzo, na start Meta, która ostatnio jest obok Amazonu moim pupilkiem Big Tech. Firma zaprezentowała Muse Spark – swój pierwszy model stworzony przez jednostkę Meta Superintelligence Labs (MSL). To nie jest po prostu kolejna aktualizacja jakiegoś LLM-a, ale efekt wartego miliardy dolarów przeglądu całej strategii firmy, który ma pozwolić Mecie dogonić liderów rynku. Inwestorzy zareagowali błyskawicznie i akcje podskoczyły o nawet 8%.
Przez lata Meta promowała model „open source” i udostępniała kod swoich rozwiązań, jak seria Llama, każdemu. Muse Spark to jednak model zamknięty. Na razie chatbot Meta AI pozostanie darmowy, ale komercjalizacja jest w tym wypadku na pewno na horyzoncie. Pytanie, czy w ramach osobnej usługi, czy jako podkręcenie monetyzacji serwisów społecznościowych Mety.
Szczególnie duży upside widać tu w trybie zakupów, który mógłby z czasem otworzyć drogę do osobnej usługi w ramach ekosystemu Mety.
Sam model powstawał przez dziewięć miesięcy i jest „natywnie multimodalny”, a mówiąc po ludzku: od początku był uczony tak, by jednocześnie rozumieć tekst, obraz i dźwięk, a nie tylko łączyć te funkcje na późniejszym etapie. Dzięki temu Muse Spark potrafi „widzieć” świat dookoła i wyciągać wnioski z rozmów prowadzonych w aplikacjach Mety. Podobnie jak inne LLM-y ma tryby:
• Instant: do szybkich, prostych odpowiedzi.
• Thinking: do głębszej analizy.
• Oraz contemplating, który wykorzystuje kilka agentów, czyli podprogramów, które pracują równolegle, żeby rozwiązywać skomplikowane problemy naukowe czy matematyczne.
Model świetnie radzi sobie z naukami ścisłymi i zdrowiem, choć wciąż odstaje od konkurencji w kwestii pisania kodu. W porównaniu z poprzednią Llama 4 przeniósł on nagle Metę w rankingu LLM na trzecie miejsce podium, na równi z Claude Opus i tuż za GPT-5.
Porównania na rynku już idą w stronę Google, gdzie sentyment wyraźnie poprawił się po lepszym od oczekiwań postępie Gemini 3.0. Jeśli efekty nowego modelu będą podobnie coraz lepsze, to akcje mogą przejść podobną ścieżkę w najbliższych 12 miesiącach.
Zwłaszcza że Muse Spark to dopiero początek tej rodziny modeli, co zresztą sugeruje sama nazwa – „spark” (iskra). Meta ma sporą przewagę nad innymi w dystrybucji. Jako jedyna ma gotowe ponad 3 miliardy osób w dziennych aktywnych użytkownikach, którzy sami i najczęściej z nudów wchodzą do ich aplikacji.
Kontrowersje budzi jedynie sposób trenowania modelu. Meta przyznała, że wykorzystała technikę „destylacji”, czyli uczyła swój model na danych z innych, już istniejących systemów, w tym z chińskiego modelu Qwen od Alibaby.
Bill Ackman, UMG i wielki powrót rynku M&A
W Finweeku sprzed tygodnia pokazywałem wam, że ekstremalnie rośnie aktywność na rynku M&A, a firmy czają się do przejmowania zdołowanych na kursie rywali. Wtedy głównie poruszaliśmy rynek prywatny. Teraz całość zaczyna rozlewać się też na spółki notowane.
Miliarder Bill Ackman i jego firma inwestycyjna, Pershing Square, zaproponowała plan połączenia Universal Music Group (UMG) ze specjalną spółką notowaną w Stanach Zjednoczonych. Głównym celem tej operacji jest przeniesienie notowań giganta z giełdy w Amsterdamie do Nowego Jorku. Ackman twierdzi, że europejski rynek hamuje potencjał firmy, która obecnie wyceniana jest na około 16-krotność swoich zysków. Przenosiny do USA miałyby wybić tę wycenę nawet do 25-krotności, głównie dzięki większej płynności.
Cała transakcja wycenia UMG na około 56 miliardów euro. Ackman proponuje cenę 30,40 euro za akcję, co oznacza aż 78% premii w stosunku do ostatniego kursu giełdowego.
Cena akcji UMG nie zareagowała jednak aż tak entuzjastycznie. Akcje w trakcie sesji wzrosły tylko o 11%. Czemu? Ponieważ inwestorzy mieliby otrzymać jedynie 5,05 euro w gotówce na każdą akcję oraz udziały w nowej, amerykańskiej spółce, która będzie jedynie tą samą firmą, ale pod innym sztandarem i na innej giełdzie. Takie przejęcie nie gwarantuje, że cena, jaką Bill Ackman uważa za odpowiednią, utrzyma się w dłuższym terminie na nowym parkiecie. Rynek szybko może sprowadzić wycenę do poziomów, które uważa za słuszne.
Rynek może pozostawać też wobec pomysłów Ackmana sceptyczny, bo ten potrafił już często zmieniać zdanie. W 2021 roku chciał kupić za pośrednictwem innego funduszu ze swojej grupy 10-procentowy pakiet akcji od głównego akcjonariusza UMG, Vivendi, ale szybko zrezygnował.
W kolejnym kroku 10-procentowy pakiet akcji nabył już bezpośrednio Pershing Square. Wytwórnia stała się największym aktywem inwestycyjnej grupy, a Ackman wszedł nawet do rady dyrektorów UMG. W ubiegłym roku jednak odszedł z niej, argumentując, że ma… inne zobowiązania.
Do tego, żeby móc jakkolwiek sfinansować ten ruch, Pershing Square miałby sprzedać swoje udziały w Spotify, zwiększyć dopuszczalny poziom zadłużenia firmy oraz zmienić politykę dywidendową na stały wzrost o 2% rocznie.
Do tego Ackman potrzebuje zgody dwóch trzecich akcjonariuszy, co oznacza, że musi też przekonać do siebie francuskiego miliardera Vincenta Bolloré, który kontroluje ponad 18% głosów. Analitycy są więc podzieleni i niektórzy sugerują, że Ackman chce po prostu „zamieszać”, żeby pobudzić kurs akcji. W ciągu ostatniego roku wartość rynkowa UMG spadła o 26%, co sam Ackman nazywał rynkowym błędem, niezwiązanym z realnymi wynikami artystów z grupy UMG. Ostatnio podobnie zamieszał zresztą jednym postem na kursach Fannie Mae i Freddie Mac.
UnitedHealth, Medicare Advantage i pieniądze z budżetu
Nie tylko UMG wstało ostatnio z kolan. Rządowy przelew na 13 miliardów dolarów postawił amerykańskich ubezpieczycieli zdrowotnych na nogi. Kurs akcji giganta UnitedHealth Group (UNH) wystrzelił w górę o 10%, co jest największym dziennym skokiem tej spółki od sierpnia zeszłego roku.
Skąd ten entuzjazm? Wszystko rozbija się o pieniądze płynące z budżetu państwa. Amerykańska agencja CMS, która nadzoruje publiczne programy zdrowotne, ogłosiła, że w 2027 roku zwiększy stawki płatności dla prywatnych planów Medicare Advantage o 2,48%.
Medicare Advantage to program, w którym prywatne firmy, takie jak właśnie UNH czy Humana, przejmują opiekę nad seniorami w zamian za ryczałtowe wpłaty od rządu. Wcześniej administracja sugerowała, że stawki pozostaną niemal bez zmian, co wywołało panikę na giełdzie i doprowadziło do utraty niemal 100 miliardów dolarów rynkowej wartości firm z tego sektora.
Końcowa decyzja o podwyżce o blisko 2,5% to dla branży ogromna ulga. Dzięki temu do ubezpieczycieli trafi w przyszłym roku dodatkowe 13 miliardów dolarów. Pozwoli to firmom odbudować trochę marże. W ostatnim czasie sam sektor mocno cierpiał, bo koszty medyczne rosły szybciej niż rządowe dopłaty.
Inwestorów ucieszył też fakt, że rząd wstrzymał się z wprowadzeniem drastycznych zmian w tzw. modelu korekty ryzyka. To skomplikowany system, dzięki któremu ubezpieczyciele dostają wyższe stawki za opiekę nad osobami ciężej chorymi. Administracja podejrzewała, że firmy mogą manipulować danymi o diagnozach, by wyciągać z systemu więcej pieniędzy, i planowała mocno przykręcić kurek. Odroczenie tych zmian pokazuje, że urzędnicy postanowili wsłuchać się w argumenty branży. W efekcie sektor ubezpieczeń zdrowotnych, po trudniejszym okresie, ma przed sobą szansę na powrót do stabilnego wzrostu zysków.
Intel, Musk i produkcja półprzewodników dla AI
Spore szanse ma też przed sobą Intel, który połączył tym razem siły z Elonem Muskiem, żeby rzucić wyzwanie największym graczom. To dość zaskakujący zwrot akcji, w którym Intel staje się kluczowym partnerem w ambitnym projekcie Elona Muska o nazwie Terafab. Inicjatywa ta ma na celu produkcję własnych półprzewodników dla Tesli, SpaceX oraz xAI.
Do tej pory firmy Muska projektowały swoje układy, ale ich fizyczną produkcję zlecały firmom zewnętrznym. Projekt Terafab ma to zmienić. Mowa tu o gigantycznej skali, gdzie fabryka ma dostarczać moc obliczeniową na poziomie 1 terawata rocznie, co ma zasilać przyszłe postępy w dziedzinie sztucznej inteligencji i robotyki.
Rola Intela w tym przedsięwzięciu jest fundamentalna. Firma ma pomóc w tzw. „refaktoryzacji” technologii fabrycznej. W praktyce chodzi o gruntowne przebudowanie i ulepszenie procesów produkcji. Dzięki temu chipy stają się potężniejsze, bardziej niezawodne i wydajniejsze. Prezes Intela, Lip-Bu Tan, podkreśla, że to nowatorskie podejście do tego, jak w przyszłości będzie powstawała pamięć i cała logika krzemowa.
Dla Intela to partnerstwo to jasny sygnał, że firma wraca do gry. Po latach tracenia udziałów w rynku i utracie technologicznej przewagi nowy prezes odważnie sprząta finansowy dom spółki. Intel przyciąga grubych inwestorów, takich jak Nvidia czy SoftBank, a ostatnio wyłożył ponad 14 miliardów dolarów, by odkupić połowę udziałów w swojej fabryce w Irlandii.
Reakcja inwestorów była natychmiastowa – akcje Intela podskoczyły o 4,2%. Rynek ewidentnie wierzy, że wspieranie projektów Muska to dla Intela przepustka do odzyskania miana technologicznego lidera.
OpenAI, Google i Anthropic przeciw chińskim modelom AI
A skoro przeszliśmy już do tematu AI i półprzewodników, to dostaliśmy bardzo ciekawą współpracę. OpenAI, Google i Anthropic łączą siły przeciw chińskim modelom AI.
W świecie wielkiej technologii rzadko zdarza się, by najwięksi rywale nagle podali sobie ręce. Jednak OpenAI, Google i Anthropic właśnie to robią, by wspólnie bronić się przed działaniami chińskiej konkurencji. Firmy te zaczęły wymieniać się poufnymi informacjami, aby powstrzymać rywali z Chin przed kopiowaniem ich najnowocześniejszych rozwiązań. Według amerykańskich urzędników takie nieautoryzowane działania kosztują laboratoria z Doliny Krzemowej miliardy dolarów utraconych zysków rocznie.
Głównym problemem jest zjawisko, które specjaliści nazywają „destylacją” (ang. distillation). Choć nazwa kojarzy się z chemią, w świecie sztucznej inteligencji to technika polegająca na tym, że jeden model uczy się od drugiego.
Wyobraźcie sobie relację „nauczyciel – uczeń”. Potężny, amerykański model pełni rolę nauczyciela, a chiński system jest uczniem, który obserwuje odpowiedzi mistrza i na ich podstawie próbuje odtworzyć jego umiejętności. Dzięki temu chińskie firmy mogą stworzyć bardzo sprawny system znacznie taniej i szybciej, niż gdyby budowały go od zera. OpenAI wprost oskarżyło chińską firmę DeepSeek o „jazdę na gapę” na ich technologii.
Dla amerykańskich gigantów to potężny cios finansowy. Firmy te wydały setki miliardów dolarów na budowę ogromnych centrów danych i całej infrastruktury. Ich plan na zarobek był prosty: klienci będą płacić za dostęp do ich unikalnej, autorskiej technologii. Tymczasem wiele chińskich modeli działa w systemie „open weight”. W praktyce oznacza to, że ich systemy są publicznie dostępne – każdy może je pobrać i uruchomić u siebie niemal za darmo. Jeśli taki tani model powstał dzięki „wyciągnięciu” wiedzy z drogich, amerykańskich produktów, to zysk twórców oryginału po prostu znika.
Sprawa ma też drugie dno – bezpieczeństwo narodowe. Amerykanie ostrzegają, że skopiowane modele często nie mają „bezpieczników”. To te specjalne blokady, które sprawiają, że sztuczna inteligencja odmówi nam pomocy, jeśli zapytamy ją na przykład o to, jak stworzyć groźnego wirusa.
Współpraca gigantów odbywa się w ramach organizacji Frontier Model Forum, którą założyli w 2023 roku wraz z Microsoftem. Działają teraz podobnie jak firmy od cyberbezpieczeństwa. Gdy jedna z nich wykryje próbę ataku czy masowego wyciągania danych, natychmiast ostrzega pozostałe. Administracja Donalda Trumpa zasygnalizowała już, że popiera tę wymianę informacji. Firmy czekają jednak na jasne wytyczne prawne, by taka współpraca nie została uznana za niedozwoloną zmowę rynkową.
Anthropic Mythos, cyberbezpieczeństwo i nowa era ochrony danych
Na sam koniec wyobraźcie sobie hakera, który nigdy nie śpi i uczy się szybciej niż jakikolwiek człowiek. Właśnie taką rzeczywistość funduje nam rozwój sztucznej inteligencji. Nowy model o nazwie Mythos od firmy Anthropic udowodnił, że potrafi znajdować luki w zabezpieczeniach lepiej niż niemal każdy ekspert. To odkrycie wywołało spore zamieszanie i zmusiło największych graczy technologicznych do zupełnie nowego podejścia do ochrony naszych danych.
Anthropic uruchomił inicjatywę pod nazwą Project Glasswing, do której zaprosił gigantów takich jak Microsoft, Apple, Google, Nvidia czy Amazon. Cel jest jasny: dać „obrońcom” przewagę. Model Mythos jest bowiem tak skuteczny, że potrafi wykryć błędy w każdym dużym systemie operacyjnym i przeglądarce internetowej. Żeby pokazać skalę tego zjawiska: AI znalazła lukę bezpieczeństwa sprzed 27 lat oraz błąd, który istniał od 16 lat. Co ciekawe, ten drugi błąd był wcześniej sprawdzany przez tradycyjne, automatyczne programy aż pięć milionów razy i żaden z nich go nie zauważył. Mythos nie został stworzony specjalnie do łamania kodów – to model ogólnego przeznaczenia, który po prostu świetnie radzi sobie z programowaniem.
Co jednak ważne, obecnie Anthropic trzyma swój najpotężniejszy model Mythos pod kluczem, udostępniając go jedynie wąskiej grupie gigantów technologicznych w ramach inicjatywy Project Glasswing. Ta daleko idąca ostrożność wynika z prostego faktu: narzędzie, które tak genialnie znajduje luki w kodzie, w niewłaściwych rękach mogłoby stać się cyfrowym taranem. Zanim więc model trafi do szerszego grona użytkowników, partnerzy tacy jak Amazon, Apple czy Cisco mają czas, by przetestować go na własnych systemach i „załatać” odkryte dziury. Chodzi o to, by dać obrońcom fory w starciu z cyberprzestępcami i hakerami wspieranymi przez obce państwa, którzy już teraz wykorzystują sztuczną inteligencję do ataków – czego przykładem było niedawne włamanie do systemów rządu Meksyku.
W ramach tego projektu firmy nie tylko testują model, ale też dzielą się między sobą wynikami tych testów. To wspólne działanie ma pomóc w stworzeniu skutecznych barier ochronnych, czyli tzw. guardrails. Są to specjalne ograniczenia nakładane na AI, które mają pilnować, by model nie pomagał użytkownikowi w szkodliwych działaniach. Anthropic konsultuje te kwestie bezpośrednio z amerykańskimi agencjami rządowymi, takimi jak CISA, czyli Agencja ds. Cyberbezpieczeństwa i Infrastruktury. Co ciekawe, o istnieniu modelu Mythos świat dowiedział się nieco przez przypadek – informacje o nim wyciekły pod koniec zeszłego miesiąca, gdy szkic wpisu na blogu został omyłkowo opublikowany w ogólnodostępnym archiwum danych.
Ten „wymuszony” wyścig zbrojeń pokazuje nową filozofię w branży: zamiast czekać na uderzenie, firmy muszą same atakować własne zabezpieczenia przy użyciu najnowocześniejszej technologii. Choć Anthropic na razie nie planuje udostępniać modelu Mythos opinii publicznej, płynące z Project Glasswing wnioski mają ukształtować przyszłe standardy bezpieczeństwa. W świecie, gdzie AI potrafi znaleźć błąd w kodzie sprzed niemal trzech dekad, tradycyjne metody ochrony po prostu przestają wystarczać. Rozpoczyna się era, w której jedynym skutecznym sposobem na powstrzymanie złośliwego algorytmu jest drugi, jeszcze potężniejszy model, stojący po stronie obrońców.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk









