Otoczenie nie sprzyja sektorowi bankowemu, a ten jednak rośnie. Co dalej z bankami na GPW?

Otoczenie nie sprzyja sektorowi bankowemu, a ten jednak rośnie. Co dalej z bankami na GPW?

Od mojego ostatniego artykułu o bankach („Dlaczego przez najbliższy rok nie zainwestuję w sektor bankowy?”) minęło już ponad 8 miesięcy, a fundamentalna sytuacja w sektorze bankowym niewiele ruszyła naprzód. Wciąż nie mamy żadnego systemowego rozwiązania dla frankowego problemu, a ugody de facto w praktyce nie istnieją. Sądy natomiast pękają w szwach od natłoku pozwów i wciąż nie znamy wskaźnika, który zstąpi LIBOR. Jednak rynek zdaje się, że już wszystko to wkalkulował i nawet bardzo się tym nie przejął. Indeks WIG -Banki zafundował w końcówce 2020 roku całkiem niezłe odbicie. Jak widać poniżej, początkowo mój scenariusz z lipca się sprawdzał, bo kursy banków regularnie spadały, aż do listopada. Wtedy to rozpoczyna się rajd, bez względu na burzliwe otoczenie, czy też same wyniki finansowe. Kierunek północny dla inwestorów okazał się jedynym słusznym.

Indeks WIG-Banki za ostatnie 12 miesięcy (od kwietnia 2020)

Indeks WIG-Banki za ostatnie 12 miesięcy (od kwietnia 2020)
Źródło: stooq.pl

Trudno się kłócić z rynkiem, bo choć moje prognozy, co do wskaźników rentowności, przychodów, odpisów i samego biznesu były słuszne, to każdy inwestor, który wówczas postawił na banki, dziś jest na sowitym plusie. Podobny rajd spółki bankowe zaliczyły również za granicą. W USA wykresy wyglądają dość podobnie, jeśli chodzi o końcówkę ubiegłego roku.

Notowania Bank of America za ostatnie 12 miesięcy (od kwietnia 2020 roku)

Notowania Bank of America za ostatnie 12 miesięcy (od kwietnia 2020 roku)
Źródło: stooq.pl

Dlaczego więc nastąpiło nagle takie oderwanie giełdy od fundamentów i samej wartości bankowego biznesu? Fakt, że banki wcześniej mocno oberwały rykoszetem od koronawirusa. W końcu trzykrotne obniżenie stóp procentowych nie mogło pozostać bez wpływu na ich działalność. Te jednak od tego czasu przecież nie wzrosły, a otoczenie rynkowe wciąż nie bardzo bankom sprzyja.

Wyrok Sądu Najwyższego i sprawa Frankowiczów

Moją dużą pomyłką przy poprzedniej analizie było założenie, że nasz system sądownictwa sprawniej obsłuży sprawę Frankowiczów. Tak się jednak nie stało, bo orzeczenia zaczęły się od siebie różnić, a wątpliwości sędziów mocno rozciągają każdy proces w czasie. To z kolei powoduje, że sądowy nokaut może dopiero nadejść.

Pierwsza i chyba najistotniejsza kwestia dla banków dziś to wyrok Sądu Najwyższego (SN), na jaki czeka cały sektor. Sprawi on, że sędziowie zyskają jaśniejsze wytyczne, jak mają traktować poszczególne argumenty Frankowiczów. Wszelkie możliwe ugody do tego czasu zostały definitywnie wstrzymane, mimo że termin samego wyroku przesunięto z 25 marca na 13 kwietnia. Trudno się bankom dziwić, że stanęły niewzruszone w tym potrzasku, bo wszystko, co mogły zrobić, na razie zrobiły. Mianowicie odłożyły rezerwy na koszty spraw sądowych, a dopóki nie powstanie wspólna koncepcja ugód, mogą jedynie toczyć tę walkę.

Wyrok Sądu Najwyższego jest o tyle ważny, że jeśli kredytobiorcy nie pójdą na ugody, tylko zdecydują się dalej sądzić, to może to naprawdę dużo kosztować całą branżę. Deloitte policzył, że w przypadku najbardziej niekorzystnego wyroku będzie to koszt rzędu 234 miliardów złotych. Dużo więcej, niż banki zgromadziły na tę chwilę w rezerwach. Deloitte podaje również, że fundusze własne banków na marzec 2021 to około 200 miliardów złotych.

Od 2005 roku polskie banki udzieliły ponad 600 000 kredytów hipotecznych denominowanych we frankach szwajcarskich. Jeśli Sąd Najwyższy wyda niekorzystny wyrok, banki w związku z występowaniem klauzul abuzywnych będą zobowiązane oddać na rzecz swoich klientów wszystkie raty kapitałowo-odsetkowe. Zostanie im także ograniczona jakakolwiek możliwość dochodzenia roszczeń wobec samych kredytobiorców.

Alternatywą są oczywiście ugody. PKO BP zrobiło ankietę wśród swoich klientów i okazuje się, że około 50% Frankowiczów wyraziło chęć przyjęcia takiego rozwiązania. Zgodnie z propozycją Komisji Nadzoru Finansowego, banki powinny oferować ugody na takich warunkach, jak gdyby kredyt od początku był udzielony w polskiej walucie, czyli oprocentowany według stopy WIBOR powiększonej o zgodną historycznie marżę banku. Nad tym rozwiązaniem pochyliło się na ten moment dziewięć banków. Zgodnie z założeniami przyjętymi przez KNF, koszt takiego rozwiązania dla banków wyniósłby w najbardziej optymistycznym scenariuszu 34,5 miliarda. O wiele mniej niż w czarnym scenariuszu Deloitte.

Nawet jeśli ten najbardziej kosztowny dla banków scenariusz nie wydaje się prawdopodobny, to warto wiedzieć o jego wpływie na polską gospodarkę. Wielu myśli, że banki sobie poradzą i to w zasadzie nie jest ich problem. Tymczasem zarówno same banki, jak i ekonomiści twierdzą, że byłaby to istna katastrofa. Wielkość newralgicznego portfela CHF jest różna w każdym banku, ale dla niektórych jest to istotna kula u nogi. Nie sposób więc odgonić czarne myśli, że gdyby zapadł niekorzystny dla banków wyrok bez żadnego wsparcia, to może niektóre z nich pociągnąć na dno. Pewne jest, że za upadłość jakiegokolwiek z nich, zapłacimy już wszyscy, a nie tylko Frankowicze.

Stawki LIBOR istnieją jedynie do końca 2021 roku

Kolejną niezwykle istotną kwestią dla banków jest fakt, że w konsekwencji Brexitu, znikają stawki LIBOR, które to wyznaczają oprocentowanie większości kredytów walutowych. Oznacza to, że niebawem na rynku pojawią się kredyty z nowymi wskaźnikami w umowach. Problem polega jednak na tym, że jeszcze nikt nie wie jakimi. Pisałam o tym więcej w tekście: „Masz kredyt w banku? Twoja umowa może niedługo ulec zmianie!„. Komisja Europejska wydała na początku roku bardzo ważną nowelizację rozporządzenia BMR, w którym wskazała jedynie, że będzie miała prawo do odgórnego wskazania takiego wskaźnika.

Dla kredytów w PLN to żaden problem, bo pod koniec roku WIBOR został uznany za prawidłowy, zreformowany zgodnie z nowym rozporządzeniem unijnym wskaźnik. Zatem tutaj problemu nie ma. Niestety przy kredytach we frankach, gdzie wskaźnikiem jest LIBOR CHF, banki mają dużą zagwozdkę. Administrator już wydał decyzję, że tenże LIBOR przestanie istnieć z końcem 2021 roku. To oznacza, że klienci banków z aktywnymi kredytami w CHF, jeśli nie zostanie wskazany odgórnie przez KE wskaźnik, będą mieli aneksowane umowy.

To nie będzie łatwa sytuacja dla banków. Klienci mogą się zgodzić na nowy wskaźnik, ale nie muszą, bo w ich interesie jest, aby ten wskaźnik był dalej ujemny. Kto umyślnie podpisze wyższy wskaźnik, a tym samym droższy kredyt? Natomiast w przypadku braku podpisu aneksu, zostaliby z ostatnim znanym odczytem LIBORU, co sprawiłoby, że ich kredyt stałby się stałoprocentowy, a przecież nie tak brzmi umowa. To potencjalnie kolejny dobry argument, żeby unieważnić kredyt w sądzie. Myślisz, że to mało prawdopodobne? To przypomnę, że z taką sytuacją mieliśmy już do czynienia w 2019 roku. Zapadło wówczas w polskich sądach kilka wyroków, które unieważniły umowy kredytowe oparte na wskaźniku LIBOR. Dlaczego? Niektóre banki strzeliły sobie w kolano, zbyt szczegółowo precyzując w umowach, że oprocentowanie opiera się na LIBOR publikowanym przez BBA (British Bankers’ Association). Natomiast publikację stawek przejęła inna organizacja, zatem sąd uznał, że umowa nie może zostać prawidłowo wykonana, a więc jest nieważna. Takie zapisy w umowach miał Polbank (przejęty dziś przez Raiffeisen) i BPH. Nie oznacza to jednak, że wszystkie kredyty mogą być od 2022 roku podważane w sądach. Niektóre banki zabezpieczyły się już jakiś czas temu i wprowadziły do swoich umów klauzule mówiące o tym, co się stanie, jeśli dany wskaźnik zniknie.

Banki trochę mają nadzieje, że Komisja Europejska (KE) je uratuje i poda zastępczy wskaźnik. Zarówno KNF, jak i nasze Ministerstwo Finansów już o to zawnioskowały do organów unijnych, a KE ogłosiła nawet publiczną konsultację na ten temat. W efekcie banki nie musiałyby podpisywać z klientami aneksów, a nawet nie będzie konieczności tworzenia nowych polskich przepisów prawa, bo wszystko stanie się automatycznie „z mocy prawa”. Oczywiście pod warunkiem, że KE wyznaczy zamiennik, bo na mocy nowelizacji przepisów z lutego, może to zrobić, ale wcale nie musi. Czyli wciąż jest to jeden wielki galimatias i nic nie wiadomo!

Najniższe stopy procentowe w historii

Wzrostów na akcjach banków raczej nie wywołały też wyniki finansowe za IV kwartał 2020 roku. Cały sektor bankowy pokazał stosunkowo słabe liczby. W wynikach za IV kwartał widać jeszcze niższe zyski niż na początku 2020 roku. Giełdowe banki (Alior, Millennium, Pekao, PKO BP, ING, Santander, mBank), które opublikowały już raporty, osiągnęły łącznie 1,04 miliarda złotych zysku w IV kwartale, czyli dokładnie o 58% mniej niż rok temu i 54% mniej niż kwartał temu. Cały zysk operacyjny został zjedzony przez rezerwy na problem frankowy. Mimo to analitycy uznali, że nie jest aż tak źle, jak zakładano. Może przyczyniło się to do pewnej poprawy sentymentu, ale czy dałoby wzrostom aż takie paliwo?

Wyniki vs konsensus za 4 kwartał 2020 roku siedmiu giełdowych banków [mln zł]

Wyniki vs konsensus za 4 kwartał 2020 roku siedmiu giełdowych banków [mln zł]
Opracowanie: DNA Rynków

Wynik odsetkowy był średnio aż o 8% gorszy niż rok temu, a to niemal wyłącznie wpływ cięcia stóp procentowych w ramach walki z koronawirusem. Nie ma tutaj też lepszych perspektyw na przyszłość, bo prezes NBP zapowiada śmiało, że podwyżek stóp za jego kadencji nie będzie. To by oznaczało, że do końca 2022 roku światełka w tym tunelu dla banków nie ma.

Co sprawia, że banki są na fali?

Żaden z opisanych aspektów raczej nie służy sektorowi bankowemu i nie powinien być powodem do optymizmu inwestorów, który obserwujemy na indeksie WIG-Banki. Co więcej, na rynku panuje ogromna niepewność co do przyszłych losów sektora. Dlaczego więc od listopada mamy tam potężne odbicie?

Być może inwestorzy są po prostu dużymi optymistami, jeśli chodzi o rozwiązanie problemu frankowego. Nieważne, jakie to rozwiązanie będzie, to na pewno wkrótce będzie, a wiedzieć, to zawsze lepiej niż nie wiedzieć, bo zdejmowany jest wtedy element ryzyka i niepewności. Nie brzmi to jednak aż tak przekonująco.

Drugim argumentem może być ogromna wiara w podniesienie stóp procentowych przez szalejącą inflację, co prowadzi do cofnięcia się kapitału ze spółek wzrostowych do tzw. spółek starej ekonomii, do których zaliczamy banki. Więcej o tym poczytacie tutaj: „Reflacyjna hipoteza inwestycyjna i rotacja sektorów„.

Kolejno od góry – porównanie wyników funduszy ETF na indeks S&P spółek Growth i Value, rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA oraz rentowność 30-letnich obligacji skarbowych USA.

Kolejno od góry - porównanie wyników funduszy ETF na indeks S&P spółek Growth i Value, rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA oraz rentowność 30-letnich obligacji skarbowych USA.
Źródło: Ycharts

Trzecim argumentem, który na pewno tłumaczy wzrost rentowności obligacji i może tłumaczyć optymizm na indeksach bankowych, są oczekiwania inflacyjne. Gospodarka w końcu zostanie odmrożona, a ludzie ruszą do sklepów, napędzając popyt, który nie będzie nadążał za podażą. To wygeneruje nam wzrost cen. Nawet RPP spodziewa się wyższej inflacji, bo podniosło swój próg „zdrowej” inflacji. Najnowszy odczyt za marzec 2021 sięgnął z powrotem 3,2% wzrostu w skali rok do roku, a osłabianie złotego jeszcze pogarsza sytuację. Ostatnie prognozy NBP dotyczące inflacji za cały rok oscylują na poziomie:

  • w 2021 roku w przedziale 2,7–3,6%,
  • w 2022 roku w przedziale 2,0–3,6%,
  • w 2023 roku w przedziale 2,2–4,2 proc.

Czy sama inflacja jednak napędza banki? Trochę tak i trochę nie. Inflacja co do zasady nie służy akcjom samym w sobie. Raczej kieruje wtedy kapitał do obcych walut i obligacji indeksowanych inflacją, czy surowców i złota. Niemniej jednak wysoka inflacja, buduje oczekiwania do wzrostu stóp procentowych. Rada Polityki Pieniężnej wtedy może podnieść stopy, aby złagodzić inflację, a to z kolei już bankom pomoże, bo zwiększy ich wynik odsetkowy i pozwoli im w końcu zarabiać. Tylko szkopuł tkwi w tym, że Prezes Glapiński wcale się do tego nie kwapi.

Uważam, że inwestycja w banki na GPW jest dziś bardzo ryzykowna, zwłaszcza przed wyrokiem Sądu Najwyższego . Nie ma generalnych przesłanek, które przynajmniej w najbliższej przyszłości, dawałaby paliwo bankom. Zatem, jak mawiał Jessie Livermore: „Nigdy nie próbuję przewidywać czy zgadywać. Ja tylko reaguję na to, co mówi mi rynek swoim zachowaniem.” 😉

Do zarobienia!
Agata Paluch

Nota prawna: Powyższy materiał, w szczególności aktualizacje Strategii DNA Rynków, Podsumowania Tygodnia, Analizy spółek oraz Portfel DNA Rynków jest jedynie materiałem informacyjno-edukacyjnym dla użytku odbiorcy. Materiał nie powinien być w szczególności rozumiany jako rekomendacja inwestycyjna w rozumieniu przepisów „Rozporządzenia Delegowanego Komisji (UE) nr 2016/958 z dnia 9 marca 2016 r. uzupełniającego rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 596/2014 w odniesieniu do regulacyjnych standardów technicznych dotyczących środków technicznych do celów obiektywnej prezentacji rekomendacji inwestycyjnych lub innych informacji rekomendujących lub sugerujących strategię inwestycyjną oraz ujawniania interesów partykularnych lub wskazań konfliktów interesów”. Skorzystanie z materiału jako podstawy lub przesłanki do podjęcia decyzji inwestycyjnej następuje wyłącznie na ryzyko osoby, która taką decyzję podejmuje. Autorzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za takie decyzje inwestycyjne. Wszystkie opinie i prognozy przedstawione w tym opracowaniu są wyrazem najlepszej wiedzy i osobistych poglądów autora na moment publikacji i mogą ulec zmianie w późniejszym okresie. Powyższy materiał nie odzwierciedla poglądów instytucji, w której autor pracuje.
51
2

Oceń materiał!

51
2


Może Cię zainteresować również:

Ankieta

Jakiego sektora analizę chciałbyś przeczytać najbardziej?

  • Drony
  • Druk 3D
  • Blockchain

Zobacz wynik

Loading ... Loading ...

Najwyżej oceniane: