Największe absurdy podatkowe polskiego rynku kapitałowego, cz. 3

Największe absurdy podatkowe polskiego rynku kapitałowego

opublikowano: 10 lipca 2021

Polska legislacja dotycząca rynku kapitałowego pozostawia naprawdę wiele do życzenia, ale o tym już na pewno przekonali się czytelnicy mojego pierwszego wpisu „Największe absurdy podatkowe polskiego rynku kapitałowego” oraz jego kontynuacji ‚Podatkowych absurdów rynku kapitałowego ciąg dalszy”. Nie chcąc za mocno kopać już leżącego uznajmy, że będzie to na razie ostatni wpis z tego cyklu o największych absurdach podatkowych naszego rynku. Grande Finale, w którym tym razem chciałbym skoncentrować się na dwóch tematach.

Najpierw spróbuję pokazać, dlaczego legislator i urzędnicy skarbowi nie rozumieją, jak należy rozliczać dochody z instrumentów pochodnych. Później z kolei spróbuję pojąć dlaczego ustawodawca bezwolnie zachęca nas do lokowania oszczędności w inwestycjach alternatywnych. Logiki w tym żadnej nie będzie, ale do tego chyba zdążyliśmy się przyzwyczaić.

Instrumenty pochodne owiane tajemnicą

Pochodne instrumenty finansowe mają specyficzny charakter, a transakcje ich dotyczące rządzą się swoimi prawami, bo przecież mogą to być transakcje rzeczywiste (realizowane przez dostawę instrumentu bazowego), jak i nierzeczywiste (zawierane w celach spekulacyjnych). Nie oznacza to jednak, że ustawodawca powinien mieć problem z zapisaniem w ustawie PIT sposobu odzwierciedlenia parametrów transakcji w wyniku podatkowym ani że da się stworzyć tylko deklaracje, które będą niekompatybilne z naszym faktycznym, finansowym obrazem dokonanych operacji.

Tymczasem ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych traktuje pochodne w zasadzie tak samo, jak papiery wartościowe. Nie dość, że przemilcza wiele aspektów transakcyjnych, to jeszcze ogranicza się wyłącznie do stwierdzenia, że głównym wyróżnikiem podatkowym derywatów na tle innych instrumentów finansowych jest możliwość ich wygaśnięcia. Konsekwencje tego są opłakane, nie tyle dla samych podatników (ci, jeśli już handlują pochodnymi, doskonale orientują się w ich specyfice i z reguły potrafią wytłumaczyć, jak rodzi się zysk i powstaje strata), co dla urzędników skarbowych, którzy od początku istnienia podatku giełdowego dysponują narzędziami, wprowadzającymi ich w błąd.

Aby uświadomić istotę zagadnienia, posłużę się mechanizmem rozliczania transakcji na kontraktach terminowych. Tu muszę zacząć od rzeczy dla jednych oczywistej, a dla innych pewnie trochę mniej. Notowania kontraktów terminowych nie wyglądają analogicznie, jak notowania akcji czy obligacji i są zwykle podawane w punktach, dla których przypisano pewną wartość pieniężną. Gdyby na tej różnicy zakończyć, to w podatkach nie mielibyśmy żadnych utrudnień.

Jednak inwestor nabywając kontrakt, nie płaci kwoty wynikającej z przeliczenia punktów na złote, lecz jedynie pobiera mu się z rachunku wartość tzw. depozytu zabezpieczającego. Tu zaczynają się „schody” stworzone przez polskiego ustawodawcę, ponieważ chce on traktować kontrakty (i inne derywaty), tak jak „zwykłe” papiery wartościowe i jakoś wpasować je w definicje „przychodu” i „kosztu uzyskania przychodu” stosowane standardowo dla innych źródeł dochodów. Tylko czy to w ogóle jest możliwe?

Pokażmy to na przykładzie teoretycznym i znacznie uproszczonym, między innymi po to, aby nie opisywać szczegółowo np. rodzajów depozytu. Załóżmy, że inwestor nabył kontrakt terminowy X po „cenie” 2000 pkt. Dla takiej transakcji musiałby posiadać depozyt, który bez względu na rodzaj, jest liczony jako procent wartości (np. 7%) wynikającej z mnożenia notowania w punktach oraz „ceny” jednego punktu punktu (np. 10 zł). Wyliczono by go więc mniej więcej tak: D (depozyt) = (2000 pkt x 10 zł) x 7% = 1.400 zł.

Jeżeli jednak inwestor w tym samym dniu nabyty kontrakt sprzeda za 2100 punktów, to jego zysk ukształtuje się następująco: Z (zysk) = (2100 x 10 zł) – (2000 x 10 zł) = 21.000 zł – 20.000 zł = 1.000 zł. Na tle tak prosto opisanego przykładu powstaje pytanie – jakie inwestor ma przychody i koszty uzyskania przychodu? Czy kosztem jest 20.000 zł, a przychodem 21.000 zł? Czy kosztem jest pobrany depozyt, jeśli w ogóle się go pobiera?

Według kategorii ustawowych, inwestor nie mógł mieć przychodu w kwocie 21.000 zł, ponieważ takiej kwoty ani nie otrzymał, ani nie miał otrzymać, a zgodnie z definicją w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych do przychodów możemy zaliczyć tylko kwoty należne (prawnie, jako nasze wymagalne wierzytelności) lub faktycznie otrzymane. Podobnie rzecz ma się z kwotą 20.000 zł – nie można jej uznać za koszt uzyskania przychodu, ponieważ nigdy przez inwestora nie została wydatkowana, a tylko wydatek (ciężar finansowy) można by za koszt uznać.

To bezsensowne podejście do problemu rozliczania kontraktów terminowych (lub ogólnie instrumentów pochodnych) staje się jeszcze bardziej absurdalne, gdy kontrakt notowany jest w walucie obcej. Ponieważ wartości liczone do wyliczenia zysku powinny być przeliczone (i przychód, i koszt) na złote polskie wg kursów średnich NBP. Kurczowe „poszukiwanie” ustawowych reguł przychodu i kosztu w takim przypadku doprowadziłoby do generowania kuriozalnych kwot (gdy kontrakt nie jest zbywany w tym samym dniu co w dniu zakupu), niemających nic wspólnego z rzeczywistością.

Jak w praktyce radzimy sobie z problemem? Znów wracam do wątku przywołanego w poprzedniej części, a mianowicie do procesu „naprawiania” rzeczywistości drogą interpretacji wydawanych przez organy skarbowe czy zawartych w nielicznych wyrokach sądowych (głównie dotyczących CIT, a nie PIT). Jednak w tym przypadku trudność polega na tym, że interpretacje są niespójne (często sprzeczne) i nie dają odpowiedzi na wszystkie pytania, tak ważne w kontekście skąpych zapisów ustawowych. Jedne nakazują rozliczać jedynie ostateczny wynik na derywatach (zysk lub stratę), zaś inne sugerują ujęcie wszystkich wartości obecnych w transakcji (w tym depozytu zabezpieczającego, jeśli wystąpi), nawet jeśli są one jedynie technicznym wyznacznikiem dla wyliczenia zysku lub straty.

Tymczasem ustawodawca i jego ramię wykonawcze, czyli Ministerstwo Finansów, opracowują obowiązujące deklaracje i informacje podatkowe tak, jakby to absurdalne podejście obowiązywało i gdy wyślecie do urzędu skarbowego np. informację PIT-8C lub zeznanie PIT-38 wyłącznie z wypełnioną pozycją koszty (dla transakcji na instrumentach pochodnych), możecie być pewni zakwestionowania takiej prezentacji, z uwagi na brak przychodu. Co z tego, że interpretacje dopuszczają rozliczenie samej różnicy (w tym przypadku straty) w kosztach, jeśli faktycznie taka deklaracja jest dla wykonawców przepisów nie do zaakceptowania.

W swojej praktyce zawodowej dostrzegałem, jak działa ten mechanizm, a najciekawsze było to, że działał „świetnie” wtedy, gdy podatnik miał przychody. Konstrukcja deklaracji i informacji PIT-8C jest taka, że łączą one wszystko w całość, więc nie widać w poszczególnych rubrykach, czy „w przychodach są same zyski a w kosztach same straty” (przypominam – wg większości interpretacji pokazujemy tylko ostateczny wynik poszczególnych transakcji), co oznacza, że dla laika przypomina to rozliczenie podatkowe „normalnych” papierów. Więc, jeśli jest choćby złotówka „przychodów”, wszystko wydaje się w porządku, nawet jeśli inwestor w kosztach ma tysiące… „strat”. Ciekaw jestem, jak urzędnicy weryfikują i kontrolują takie rozliczenia podatkowe?

Inwestycje w metale szlachetne

Lata po ostatnim, światowym kryzysie finansowym sprawiły, że wielkie zainteresowanie drobnych inwestorów zaczęły wzbudzać wszelkie inwestycje alternatywne, w tym również takie, które tylko w jakiejś części nawiązują do „normalnego” rynku finansowego. Wiadomo, że można inwestować w kruszce, surowce i inne dobra zarówno kupując je fizycznie (jeśli ktoś ma takie możliwości), jak i „wirtualnie”, za pośrednictwem różnych instrumentów finansowych. Założenie zbudowane na pewnej logice i sprawiedliwości (o jakże tego brakuje w podatkach!) musi nas prowadzić do wniosku, że:

  • po pierwsze, nie powinno być jakiś znacznych różnic między opodatkowaniem inwestycji np. w złoto a opodatkowaniem inwestycji w kontrakty terminowe, opcje czy swapy na złoto,
  • po drugie, ewentualne udogodnienia (zwolnienia, ułatwienia formalne) powinny raczej skupiać się wokół inwestycji w pochodne instrumenty nawiązujące do przykładowych kruszców, niż wokół owych kruszców, ponieważ nad obrotem instrumentami państwo sprawuje lepszą kontrolę, choćby poprzez instytucje finansowe, a same dobra materialne (owe kruszce itp.) łatwiej ukryć, wykorzystać do niecnych celów czy przekazać w transakcjach nieformalnych.

Tymczasem, o dziwo, polskie prawo podatkowe nie tylko komplikuje rozliczenia podatkowe na pochodnych instrumentach nawiązujących swoją wartością do kruszców czy towarów (patrz wyżej), ale wręcz obdarza przywilejami inwestycje alternatywne. Doskonałym przykładem są tu właśnie metale szlachetne, które nie dość, że dają możliwość opodatkowania dochodów w kategorii „inne” (jakże rzadko wypełnianej w deklaracjach podatkowych), to jeszcze mają tę właściwość, że mogą podlegać prostemu zwolnieniu od opodatkowania. Wspomniałem o tej możliwości w drugiej części naszego cyklu (pamiętacie, jak pisałem o obrazach?), zwracając uwagę na zwolnienie podatkowe dla tzw. rzeczy używanych.

Zwolnienie to (formalnie rzecz biorąc – wyłączenie z opodatkowania) zapisano w art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. d) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, gdzie określono, że każda inna rzecz „ruchoma” odpłatnie zbywana po upływie pół roku od nabycia, nie stanowi źródła przychodów opodatkowanych PIT, a więc de facto nie podlega opodatkowaniu. Oznacza to, że jeśli zamiast w instrumenty finansowe np. oparte na złocie lub srebrze, będę inwestował w przedmioty ze złota lub srebra, po upływie sześciu miesięcy pozbędę się wszelkich problemów (opisanych w naszych artykułach) podatkowych i w nagrodę nie zapłacę do fiskusa nic a nic.

Oczywiście są pewne zastrzeżenia dotyczące tzw. rzeczy używanych (np. fiskus może nie uznać, za taką rzecz monety bulionowej lub sztabki zamkniętej w szczelnym opakowaniu), jednak da się je obejść dużo łatwiej, niż się ustawodawcy śniło. Inwestować na podobnych zasadach można również w przedmioty z kruszców, które były tak bardzo używane, że zamieniły się w ”surowce wtórne”.

Inne aktywa o zbliżonej do kruszców podatkowej specyfice także dają się tu doskonale wykorzystać, możliwości są raczej nieograniczone. Sam osobiście na przykład uwielbiam modele kolejek elektrycznych. Czy wiecie, że poza zabawą takimi modelami (uwaga – UŻYWANIE!) można na nich jeszcze zarobić bez podatku? To właśnie są inwestycje alternatywne (alternatywne także podatkowo, bo ustawodawca potraktował je bardzo wyjątkowo), które rynek inwestycyjny od bez mała dziesięciu lat traktuje całkiem poważnie. To już nie tylko sztuka czy znaczki pocztowe, lecz dziś praktycznie wszystko, co ma tzw. sentyment, niepowtarzalność a w związku z tym wartość.

Powstaje tylko pytanie: dlaczego ten poważny rynek inwestycyjny, określany mianem „regulowanego” czy „nadzorowanego”, jest tak bardzo przeregulowany podatkowo (w Polsce równie nieudolnie regulowany przepisami, co nadzorowany przez fiskusa) i tak niefortunnie zróżnicowany pod tym samym względem, a wszelkie alternatywy pojawiające się na jego obrzeżach korzystają z prostoty ogólnych przepisów czy przywilejów? Czy w obecnych czasach przypadkowe jest np. zainteresowanie, jeśli chodzi o inwestycje w nieruchomości, skoro ich opodatkowanie jest tak korzystne?

Ja w tych pytaniach dostrzegam same absurdy i nie mam wątpliwości, że inwestorzy widzą koniunkturę „podatkową” na rynku inwestycyjnym lepiej niż ślepy i głuchy ustawodawca. Skoro mieszkanie daje miesięczny czynsz opodatkowany stawką 8,5%, a lokaty dają groszowe odsetki opodatkowane stawką 19%, wnioski nasuwają się same. Po co kupować dziesięcioletnie obligacje, opodatkowane nawet za dziesięć lat, jeśli nieruchomość przestaje być praktycznie opodatkowana już po pięciu…

Podsumowanie

Pisząc ten cykl artykułów, nie miałem złych intencji. Sądzę, że inwestowanie na rynku finansowym jest atrakcyjną ofertą dla ludzi chcących zarabiać czy choćby oszczędzać. Jednak przekonałem się, że najważniejsza jest w tym procesie wiedza, i to zarówno ta, dotycząca mechanizmów giełdowych, rynkowych i ekonomicznych, jak i ta podatkowa. Bez świadomego dostrzegania skutków wynikających z przepisów podatkowych jesteśmy ślepi na co najmniej jedno oko, a więc ryzyko błędu czy nietrafnego wyboru w naszych poczynaniach bardzo wzrasta.

Wiem, że przepisy podatkowe są skomplikowane. Pisane specyficznym, prawniczym językiem, złożone w jakieś językowe figury, z mnóstwem odniesień czy przywołań… Tak, czytanie takiego – nie bójmy się tego słowa – bełkotu, może wprawić zwykłego człowieka w stan podenerwowania lub zagubienia. Podobnie jest jednak przecież, gdy musimy przeczytać prospekt emisyjny, sprawozdanie finansowe czy wczytać się w wykres notowań. Potrzebujemy wiedzy, aby właściwie wybrać i w konsekwencji zarobić!

Wiedza o podatkach byłaby dużo łatwiejsza do  przyswojenia, gdyby w Polsce przepisy przynajmniej trochę uporządkowano lub zaczęto myśleć o edukacji w tym zakresie. Ja napisałem o podatku giełdowym trzyczęściowy artykuł i zaznaczyłem, że wszystko upraszczam. Tymczasem na ten sam temat Ministerstwo Finansów wydało kilka lat temu broszurę, która nie dość, że jest już nieaktualna, to jeszcze tak krótka jak skrypt dla gimnazjalisty. Choć nie, może przesadziłem, bo skrypty dla gimnazjalistów były jednak bardziej precyzyjne.

Do zarobienia,
Robert Morawski

23
0

Powiedz nam czy podobał Ci się ten materiał

23
0


Przeczytaj również:

Ankieta

Co jest bardziej prawdopodobne w 2021 roku?

  • Bitcoin po 100 tys. USD
  • Złoto po 2 tys. USD
  • Nasdaq po 15000 pkt

Zobacz wynik

Loading ... Loading ...

Polecane wpisy: