Największe absurdy podatkowe polskiego rynku kapitałowego, cz. 2

Największe absurdy podatkowe polskiego rynku kapitałowego

opublikowano: 15 czerwca 2021

Pomimo, że już w pierwszym swoim wpisie („Największe absurdy podatkowe polskiego rynku kapitałowego”) opisałem sporo absurdów z jakimi styka się nasz rodzimy inwestor, to jednak uznałem, że warto Czytelnikowi uzmysłowić, że jest… jeszcze gorzej, niż mogło się wydawać. Wieloletnie starania państwa polskiego, aby zamotać przepisy podatkowe regulujące pobieranie danin od dochodów kapitałowych sprawiły, że dziś żadna „Strategia rozwoju…” nie jest w stanie zainicjować zmiany tego stanu rzeczy. Zresztą nieliczne obietnice uproszczenia (a w zasadzie naprawienia) istniejącej sytuacji, padające od czasu do czasu podczas wizyt oficjeli na warszawskim parkiecie, nigdy nie zostały zrealizowane.

Koszty uzyskania – w zasadzie nie ma nic pewnego

Koszty uzyskania przychodów to tematyka – z punktu widzenia inwestora – bardzo ważna, żeby nie powiedzieć kluczowa. W końcu od odpowiedzi na pytanie „co jest kosztem?” zależy nie tylko wysokość podatku, ale również nasze poczucie sprawiedliwości. Inwestując chcemy zapłacić podatek od takiej korzyści czy przysporzenia majątkowego, jakie realnie osiągamy, a nie od zysku, który nie dość, że niejasny do sprecyzowania, to często odbiega wartością od wyniku finansowego inwestycji.

Przepis przesądzający o całym ciągu problemów zawarty jest w art. 30b ust. 1 pkt 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Ta regulacja odnosi się co prawda wyłącznie do ustalania dochodu z odpłatnego zbycia papierów wartościowych, ale jej istota została skopiowana w dalszych punktach art. 30b ust. 1 wymienionej ustawy, opisujących ustalanie dochodu np. ze zbycia czy realizacji instrumentów pochodnych. Z uwagi na ograniczenia tekstowe i niebezgraniczną cierpliwość Czytelników skoncentruję się na objaśnianiu sensu problemu tylko dla papierów wartościowych, gwarantując Państwu, że tak samo odnosi się on do pozostałych instrumentów finansowych.

Zadajmy sobie na wstępie pytanie czysto teoretyczne: co powinno podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym? Odpowiedź wydaje się prosta – nadwyżka wszystkich otrzymanych przychodów nad wszystkimi kosztami, które ponieśliśmy w celu osiągnięcia tych przychodów. Jeśli chcielibyśmy zdefiniować te koszty, to nawet dla laika wyda się właściwe by do ich zestawienia wrzucić wydatki celowe, uzasadnione, niewątpliwe i logiczne, w określonych wymaganiach danej działalności zarobkowej.

Tymczasem art. 30b ust. 1 pkt 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych stanowi, że (odrzucając, to co w tym przepisie nieistotne) dochodem m.in. z odpłatnego zbycia papierów wartościowych jest różnica między sumą przychodów uzyskanych z tytułu tego odpłatnego zbycia a kosztami uzyskania przychodów, określonymi w art. 23 ust. 1 pkt 38, czyli – jak się wczytać dokładnie w ten ostatni przepis – wydatkami poniesionymi na nabycie papierów wartościowych. „Gdzie tu wątpliwość?” – zapyta ktoś nieufny… Przecież o wydatki „poniesione na nabycie papierów wartościowych” w głównej mierze chodzi. Jakie inne wydatki może ponosić inwestor?

Zacznijmy od tego, czym jest wydatek poniesiony na nabycie papieru wartościowego? Cena papieru – tak. Prowizja zapłacona przy nabyciu – raczej tak, choć prowizja nie jest wydatkiem „na nabycie” ale raczej „w związku” z tym nabyciem. A opłata za prowadzenie rachunku inwestycyjnego? Opłata za przechowywanie papierów? Opłata za zarządzane tym rachunkiem? Opłata za doradztwo? Opłata za analizy? Opłata za dostęp do notowań? Itd., itp… Przecież wszystkie dodatkowe wydatki nie dość, że nie są związane wyłącznie z nabywaniem papierów wartościowych (mogą dotyczyć przechowywania, tworzenia strategii, budowania portfela), to czasem są związane z ich „zbywaniem”, a nawet z „przetrzymywaniem” (ściśle: przechowywaniem). Największa wątpliwość nie dotyczy jednak takich wydatków ogólnych, które ponosimy „w związku z nabywaniem” papierów wartościowych, lecz wydatku, który ponosimy wyłącznie i ściśle „w związku ze zbyciem”. Chodzi o prowizję zapłaconą przy sprzedaży – a ponieważ nie ma ona nic wspólnego z „nabyciem” instrumentu, więc w świetle powołanych przepisów kosztem uzyskania być nie powinna.

Czy tak jest w rzeczywistości? No właśnie, ale o jakiej rzeczywistości mówimy? Ktoś, kto przeczyta przepisy wprost, jak to się mówi fachowym żargonem – „dokonując wykładni językowej”, nie będzie miał wątpliwości, że przepis nie pozwala zaliczyć do kosztów wydatków związanych ze zbyciem instrumentów. Ale ktoś inny, kto czyta interpretacje i śledzi praktykę zauważy, że nikt nigdy nie zakwestionował zaliczenia w koszty prowizji maklerskiej pobranej od sprzedaży papierów wartościowych. Czyli istnieje jeszcze jakaś inna rzeczywistość…

Tak, istnieje. Jeśli chodzi o koszty podatkowe, to mamy do czynienia z typową rzeczywistością „gumową”, polegającą w teorii na stosowaniu wykładni rozszerzającej, a w praktyce, na naciąganiu wadliwego przepisu na złożone realia polskiego rynku kapitałowego. Nie można przecież oficjalnie powiedzieć „nie” wszystkim wątpliwym kosztom, tym bardziej za pośrednictwem instytucji finansowych w ten rynek zaangażowanych. Lepiej powiedzieć „zależy”…

Skoro jednak „zależy”, to nie ma nic pewnego. Bardziej dociekliwi inwestorzy składają wnioski o interpretację indywidualną, wyliczając w swoim piśmie kierowanym do administracji skarbowej wszystkie możliwe koszty, jakie zdołali ponieść w procesie inwestowania. Mniej dociekliwi pokładają ufność w wykładnię doradców podatkowych, ale ci w ostateczności i tak zalecają… wniosek o interpretację. Ja zaś w ramach anegdoty przypominam sobie taką historię sprzed lat – moja zaprzyjaźniona Gazeta Giełdy „Parkiet” wystąpiła bodaj w 2004 lub 2005 roku z pismem do Ministerstwa Finansów z pytaniem, czy koszt prenumeraty takiego specjalistycznego czasopisma jak wymieniony dziennik, może być kosztem podatkowym. I oto na pierwszej stronie pojawia się artykuł – ministerstwo potwierdza, że prenumerata „Parkietu” jest kosztem w podatku giełdowym. Kilka miesięcy później, już bez specjalnych starań gazety, Ministerstwo Finansów swoje stanowisko odwołuje. Problem w zasadzie jest nierozwiązany do dziś (poczytajcie w Internecie). Zaś wszystkie strony sporu próbują używać argumentów, które można by spokojnie pominąć, gdyby omawiany na wstępie przepis po prostu poprawiono.

W praktyce te wszystkie wątpliwości sprowadzają się do tego, że wystawcy informacji PIT-8C (duże instytucje finansowe), czyli podstawowego dokumentu, który służy do rozliczenia inwestora z podatku, ograniczają się do pójścia na łatwiznę i wykazania w tej informacji tylko kilku podstawowych wydatków. A skoro tak, to ciężar dociekania, co jest kosztem i odpowiedzialność za prawidłową kwalifikację poniesionych wydatków przerzucono na inwestorów-podatników, którym trudno w tej kwestii coś doradzić. Chociaż… Jeśliby naprawdę chcieliby rozliczać w kosztach każdy uzasadniony wydatek, proponowałbym im założenie działalności gospodarczej. Definicja kosztów z art. 22 ust. 1 ustawy PIT dla działalności gospodarczej jest wystarczająco elastyczna i tak ogólna, że nie ma problemów z jej praktyczną wykładnią. Podobnie zresztą powiedział jeden z pracowników wspomnianego Ministerstwa Finansów, gdy na szkoleniu z opodatkowania podatkiem giełdowym inwestor zapytał się, czy może zaliczyć do kosztów wydatki na dojazd pociągiem na GPW w Warszawie – „niech pan założy działalność!”.

FIFO – niby jest ale…

Z tematyką kosztów ściśle związana jest tzw. zasada FIFO (z ang. – first in, first out), która pozwala ustalić dochód do opodatkowania jednoznacznie, wobec faktu, że nabywane przez nas instrumenty finansowe mogą się różnić jedynie czasem i ceną nabycia (kosztem). Skoro zdarza się, że później zbywamy tylko część z całej puli tych samych papierów wartościowych, nabywanych w różnym czasie i po różnej cenie, zasada FIFO narzuca pewien logiczny schemat, pozornie bardzo łatwy do zastosowania. Dlaczego pozornie? Ano dlatego, że w polskiej ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych – chyba, żeby było trudniej – nie ma jednej zasady FIFO. Są dwie, a każda inna…

Najważniejsza jest (o dziwo!) zasada FIFO, sformułowana dla potrzeb… jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych (FIO) i certyfikatów FIZ. Przepisy regulujące opodatkowanie tzw. podatkiem giełdowym odsyłają bowiem do art. 30a ust. 3 ustawy PIT, który stanowi, że jeżeli nie jest możliwa identyfikacja umarzanych albo wykupywanych lub w inny sposób unicestwianych tytułów uczestnictwa w funduszach kapitałowych, przyjmuje się, że kolejno są to tytuły uczestnictwa począwszy od nabytych przez podatnika najwcześniej (FIFO).

W tej zasadzie uderza kluczowa kwestia – powinno się ją stosować (analogicznie dla innych instrumentów finansowych), w przypadku gdy nie jest możliwa identyfikacja zbywanych akcji, obligacji lub innych instrumentów, będących w obrocie na rynku finansowym. Dlatego w pierwszych latach funkcjonowania podatku giełdowego, wielu inwestorów nie mogło zrozumieć sensu istnienia tak sformułowanej zasady FIFO. Przecież oni byli w stanie wskazać papiery, które sprzedawali. Sam widziałem, jak w papierowych zleceniach dopisywali długopisem, że chcą najpierw sprzedać „akcje, które nie są zwolnione” albo „akcje nabyte w dniu…”, czyli dla nich bardzo konkretnie zidentyfikowane.

Ale czy o taką identyfikację ustawodawcy chodziło? Zapewne nie, ponieważ tak naprawdę nie o identyfikację papierów chodzi ale o ich cenę, czyli koszt. I dlatego w ustawie PIT, zanim jeszcze ktokolwiek pomyślał o podatku giełdowym, zapisano właściwą i adekwatną do sytuacji każdej sprzedaży papierów wartościowych zasadę FIFO – w art. 24 ust. 10. Stanowi ona, że jeżeli podatnik dokonuje odpłatnego zbycia papierów wartościowych nabytych po różnych cenach i nie jest możliwe określenie ceny nabycia zbywanych papierów wartościowych, przy ustalaniu dochodu z takiego zbycia stosuje się zasadę, że każdorazowo zbycie dotyczy kolejno papierów wartościowych nabytych najwcześniej.

Jak widać nie o identyfikację papieru tu chodzi, ale o identyfikację kosztów, albowiem zasada FIFO służy przede wszystkim do ustalenia jaki był koszt uzyskania przychodu sprzedawanej akcji, obligacji, prawa poboru, PDA itd., jeśli walor nabyliśmy w kilku pakietach, a każdy pakiet był zakupiony po innej cenie. Oczywiście jest ona potrzebna tylko wtedy, gdy nie sprzedajemy wszystkich posiadanych papierów, ale ich część, ponieważ przy sprzedaży wszystkich instrumentów finansowych cały koszt nabycia jest kosztem podatkowym.

Jako osoba rozumiejąca praktykę rynku kapitałowego buntuję się przeciwko istnieniu dwóch zasad FIFO w ustawie, ale jednocześnie mam świadomość, że nawet obie przytoczone tu zasady nie dają odpowiedzi na wszystkie pytania związane z prawidłowym ustalaniem kosztów. Co prawda, gdy się je czyta jednocześnie, „wyciskając” z sensu i treści obu wszystko co możliwe, można jeszcze uzyskać odpowiedź na inne pytania, takie jak np. czy zasadę FIFO da się stosować do rolowania obligacji albo czy przy splicie akcji, pomaga ona ustalić koszt podatkowy jednej akcji po podziale?

Nie będę Czytelników zanudzał wszystkimi rozważaniami na temat FIFO, ponieważ są one tak złożone jak algorytmy matematyczne stosowane przez domy maklerskie do segregowania kosztów na rachunkach inwestycyjnych. A propos… A czy wiecie, że jedna z opisanych tu zasad FIFO jest stosowana wyłącznie do rachunków inwestycyjnych a druga do rachunków papierów wartościowych? Może to niepojęte, ale właśnie tak jest: ta pierwsza z zasad, teoretycznie ważniejsza, jest stosowana do rachunków papierów wartościowych, choć większość wie, że nie każdy rachunek papierów wartościowych jest rachunkiem inwestycyjnym. Ale każdy rachunek inwestycyjny jest poniekąd rachunkiem papierów wartościowych. I tu ustawodawca poległ podwójnie. Nie dość, że pokazał swoją niekompetencję, myląc podstawowe pojęcia, to jeszcze stworzył Wam, Szanowni Inwestorzy, furtkę. Zasadę FIFO łatwo obejść, uruchamiając drugi rachunek inwestycyjny (lub papierów wartościowych – jak kto woli), co udowodnię na prostym przykładzie.

Podatnik kupił akcje spółki A realizując dwa zlecenia na rachunku inwestycyjnym: w jednym nabył 100 szt. po cenie 10,00 zł za sztukę, a w drugim również 100 szt. po cenie 10,10 zł, za sztukę. Następnie podatnik postanowił sprzedać 100 sztuk opisanych akcji za cenę 10,20 zł za sztukę, wiedział jednak, że jeśli zlecenie złoży na tym rachunku, do wyliczenia dochodu zostanie przyporządkowany koszt 10,00 z akcji nabytych wcześniej („first in” – pamiętacie?). Ponieważ podatnik posiadał drugi rachunek inwestycyjny w innym domu maklerskim, przed sprzedażą 100 szt. akcji A złożył dyspozycję transferu takiej samej ilości akcji na ten drugi rachunek i w ten sposób na rachunku, na którym złożył zlecenie sprzedaży ”zostały mu” akcje droższe. Łączne koszty więc wzrosły, dochód spadł i podatek też. Kto znającemu przepisy zabroni?

I na koniec zagadka, związana z absurdalnością istnienia dwóch zasad FIFO oraz stosowania ich do odrębnych rachunków (mniejsza o to jakich): po co to wszystko? Z tego co sam wiem na temat procesu legislacyjnego oraz uzasadniania późniejszych poprawek w ustawie – „żeby było łatwiej”! Uwierzycie?

Spadki i darowizny – niespójności ciąg dalszy

Na koniec tego artykułu napiszę kilka słów na temat przepisów, które dotyczą dziedziczenia papierów wartościowych lub ich darowizny. Wbrew pozorom są to tematy ważne, choć nie tak powszechnie występujące, zwłaszcza, że na ich tle widać całkowitą niemoc legislatorów w porządkowaniu całego pakietu przepisów regulujących definiowanie dochodów z instrumentów finansowych.

Na początku spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, w której z jednej strony możemy zakupić akcje lub obligacje, a z drugiej zastanawiamy się, czy lepiej je podarować jednemu z naszych bliskich, czy zostawić do śmierci, aby weszły do masy spadkowej. Teoretycznie i tu papier wartościowy, i tu papier wartościowy, a zgodnie z przepisami o podatku od spadków i darowizn, wartość darowanych czy dziedziczonych instrumentów powinno się wyznaczać w ten sam sposób. Tymczasem w podatku dochodowym od osób fizycznych wszystko jest zagmatwane.

Zanim jednak postaram się to jakoś opisać, wyjaśnię jedną kwestię. Wiele osób uważa, że jeśli coś jest opodatkowane podatkiem od spadków i darowizn, to nie powinno być opodatkowywane podatkiem dochodowym, ponieważ państwo pobiera jakby dwa razy podatek od – często – zbliżonej wartości. I faktycznie w skrajnych przypadkach tak jest – odziedziczony (lub podarowany) obraz olejny, od którego wartości w dniu zgonu naszego przodka (lub darowizny) policzymy podatek od spadku (lub darowizny), sprzedany tydzień po tym dniu, będzie podlegał opodatkowaniu ponownie, tym razem podatkiem dochodowym liczonym praktycznie od całej ceny sprzedaży. Tu ciekawostka – wystarczy jednak, że zawiśnie na naszej ścianie na ponad 6 miesięcy, a już w PIT pojawia się zwolnienie, dla rzeczy używanych (w tym obrazów olejnych) i podatku nie ma.

Od tych reguł ustawodawca spróbował jednak ustanowić wyjątki dla papierów wartościowych, aby zlikwidować lukę wynikającą z tego, że papiery wartościowe nie są rzeczami, więc nie można ich „poużywać” w taki lub inny sposób i skorzystać ze zwolnienia. A może nikt żadnej luki nie chciał zlikwidować, tylko „cerowano” doraźnie regulacje na skutek licznych skarg podatników? Sam takie czytałem…

Podstawowy przepis, którego zadaniem jest „porządkowanie” tematu został umieszczony w art. 22 ust. 1m ustawy PIT. Stanowi on (w skrócie), że w przypadku odpłatnego zbycia papierów wartościowych (itp.), wykupu przez emitenta papierów wartościowych albo odkupienia (umorzenia) tytułów uczestnictwa w funduszach kapitałowych, nabytych przez podatnika w drodze spadku, kosztami uzyskania przychodu są wydatki poniesione przez spadkodawcę w celu objęcia lub nabycia (…) papierów wartościowych, (…) a także na nabycie tych tytułów uczestnictwa w funduszach kapitałowych. Oznacza więc, że jeśli nabywamy w spadku np. papiery wartościowe będziemy, jako podatnik, mieli prawo zaliczyć do naszych kosztów uzyskania koszty poniesione przez spadkodawcę. Niestety reguła ta odnosi się wyłącznie do sytuacji dziedziczenia i z niezrozumiałych powodów nie ma zastosowania do czynności obdarowania bliskiego papierami wartościowymi. Tu nasz dylemat, postawiony na wstępie tej części rozważań, staje się rozstrzygnięty za przyczyną czarodziejskiej „podatkowej”różdżki – żadnych darowizn papierów wartościowych!

Dlaczego napisałem wyżej o niezrozumiałych powodach opisanej regulacji? Ano dlatego, że ustawodawca „nie zapomniał” o obdarowanych papierami wartościowymi podatnikach w innych szczególnych sytuacjach, a mianowicie:

  • poprzez definicję dyskonta zawartą w art. 5a pkt 12 ustawy, pozwolił zaliczyć do kosztów nabycia papierów wartościowych o charakterze dłużnym (np. obligacji) obdarowanego, wydatki poniesione przez darczyńcę (ma to znaczenie przy wykupie obligacji otrzymanych przez obdarowanego  – czynności  analogicznej w skutkach do sprzedaży obligacji),
  • w przypadku umorzenia udziałów lub akcji (opodatkowanego razem ze sprzedażą udziałów lub akcji tym samym 19% podatkiem liniowym), pozwolił zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów wydatki poniesione przez darczyńcę, jeśli udziały lub akcje umarza się obdarowanemu (patrz: art. 24 ust. 5 pkt 1 w zw. z art. 24 ust. 5d ustawy PIT).

A więc warto czasem darować papiery wartościowe.. Trzeba tylko znać wyjątki.

Czy muszę więc jeszcze udowadniać, że w przepisach panuje chaos? Czy trzeba dowodzić, że różnicują one sytuację nieświadomych podatników w taki sposób, że jedni stają przed obowiązkiem zapłaty maksymalnie wysokiego podatku, a inni korzystają z przywilejów? Cała tematyka kosztów takimi przywilejami jest usiana i powiem więcej: objętość tego tekstu nie pozwala mi na czytelne opisanie wszystkich pułapek, składających się na „kosztowe” pole minowe, rozciągające się od katalogu wydatków, poprzez FIFO, na spadkach i darowiznach kończąc. Wnioski znów nasuwają się te same, jak na koniec poprzedniego materiału.

Do zarobienia,
Robert Morawski

23
0

Powiedz nam czy podobał Ci się ten materiał

23
0


Przeczytaj również:

Ankieta

Co jest bardziej prawdopodobne w 2021 roku?

  • Bitcoin po 100 tys. USD
  • Złoto po 2 tys. USD
  • Nasdaq po 15000 pkt

Zobacz wynik

Loading ... Loading ...

Polecane wpisy: