Nowy program Unii ma dać Polsce 70 mld euro, ale w długim terminie to bez znaczenia.

opublikowano: 04 czerwca 2020

Gdy Komisja Europejska ogłosiła dumnie swój plan stymulacyjny o wartości 750 miliardów euro w ramach funduszu odbudowy nazwanego „Nowe Pokolenie UE”, na rynkach wybuchł szalony optymizm. Dodatkowa gotówka ma zostać pozyskana przez emisję euroobligacji, z których 500 miliardów ma zostać przekazane członkom UE w formie bezzwrotnych dotacji, a dodatkowe 250 miliardów w ramach pożyczek. Koncepcja, w której to UE jako podmiot pożycza gotówkę na rynkach finansowych, nie należy do głupich. Nie dość, że nie wzrasta narodowe zadłużenie krajów członkowskich to i oprocentowanie UE uzyska o wiele korzystniejsze niż chociażby Węgry czy nawet Polska.

Nic dziwnego, że polska waluta na te wieści zaliczyła najsilniejsze jednodniowe umocnienie od blisko 8 lat, a rynek akcji dostał kolejny impuls do odbicia po marcowej wyprzedaży. Według pierwotnych propozycji mamy w formie bezzwrotnego grantu otrzymać blisko 38 miliardów euro, a niemal drugie tyle w formie nisko oprocentowanych pożyczek. Ponad 70 miliardów euro w bonusie w ciągu najbliższych 4 lat to dla naszej gospodarki silny zastrzyk przekraczający 10% PKB. Teoretycznie mamy więc co świętować, o ile oczywiście program przejdzie do realizacji w proponowanej formie.

Wysokość środków środków bezzwrotnych z nowego pakietu stymulacyjnego dla poszczególnych krajów (w mld eur)

Wysokość środków środków bezzwrotnych z nowego pakietu stymulacyjnego dla poszczególnych krajów (w mld eur)
Źródło: Komisja Europejska

Nawołując do jego realizacji, szef Europejskiej Partii Ludowej, Manfred Weber przekonywał najbardziej sceptyczne kraje tzw. „oszczędnej czwórki”, tj. Szwecję, Austrię, Niderlandy i Danię, że „Po kryzysie lat 2008-2010 mieliśmy w Europie stracone pokolenie. Nie możemy pozwolić sobie na kolejne”. To prawda, średnioroczny wzrost PKB całej Strefy Euro za lata 2010-2019 wyniósł ok. 1.4% (dane Banku Światowego). W tym samym okresie Wielka Brytania rozwijała się w średniorocznym tempie ~2%, USA w tempie ~2,3%, a Australia ~2,7%. Dynamika wzrostu Strefy Euro jest porównywalna jedynie z Japonią. Problem w tym, że po kryzysie lat 2008-2010, Unia również wystąpiła z planem naprawczym. Niestety historia tego typu stymulacji nie jest w Europie korzystna. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

Średnia krocząca wzrostu PKB dla wybranych krajów za ostatnie 10 lat w latach 2010-2019

Średnia krocząca wzrostu PKB dla wybranych krajów za ostatnie 10 lat w latach 2010-2019
Opracowanie: DNA Rynków

Pompowanie gotówki bez większych efektów

W lipcu 2009 roku Unia Europejska zainicjowała tzw. Europejski Plan Naprawy Gospodarczej, który miał działać na rzecz wzrostu gospodarczego i ochrony rynku pracy po kryzysie finansowym lat 2008-2009. Tamtejszy pakiet miał wartość ok. 1,5% PKB ówczesnej UE (tj. ok. 200 miliardów euro), a jego nadrzędnym celem było „stworzenie milionów miejsc pracy w strategicznych sektorach”.

Europa miała wtedy wstać z kolan silniejsza, niż Stany Zjednoczone! John M. Keynes miał szeroko uśmiechać się w grobie, że oto jego koncepcja walki z kryzysami polegająca na silnych wystrzałach z fiskalnych armat sprawdziła się w praktyce jak nigdy wcześniej. Niestety coś ewidentnie poszło nie tak, bo Strefa Euro rozwijała się w tempie zauważalnie wolniejszym niż porównywalne gospodarki, a deficyt publiczny w całym okresie rósł jak szalony. Zwiększeniu dynamiki wzrostu gospodarczego nie pomógł też Europejski Bank Centralny. Pomimo że nawet podczas kryzysu w 2008 odpalił ogromne (jak na tamte czasy) programy skupu obligacji, obniżył stopy procentowe z 4,25% do 1% i wykupił obligacje państwowe za ponad 115 miliardów euro – nic się nie zmieniło. Pod koniec 2011 roku był nawet największym posiadaczem hiszpańskiego długu i wiesz co? Nic to nie zmieniło. Hiszpania w latach 2010-2019 rozwijała się w średniorocznym tempie niższym niż 1%.

Szelmowsko uśmiechający się John M. Keynes gdy słyszy ratowaniu gospodarek stymulacją fiskalną (poważnie)

Próby kolejnych bodźców do szybszego wzrostu nigdy od 2009 roku nie ustały. Płynnościowe programy TLTRO, wykupienie prawie 20% całkowitego zadłużenia głównych państw Strefy Euro i kolejne stymulacje na przestrzeni lat 2010-2019 nic nie zmieniły. Ich wpływ na wzrost wydajności i zatrudnienie był co najmniej rozczarowujący. Kulminacją tego rozczarowania była końcówka 2019 roku, kiedy to Francja i Włochy znajdowały się w ekonomicznej stagnacji, Hiszpania walczyła ze spowolnieniem, a Niemcy byli na skraju recesji. Pandemia zrobiła swoje, ale odnoszę wrażenie, że była jedynie silnym kopnięciem tych, którzy już stali nad przepaścią. Dość przypomnieć, że ten brak wzrostowej dynamiki w gospodarce odbył się przy nieustannych działaniach EBC, którego saldo w relacji do PKB było non stop większe niż w przypadku amerykańskiego FED-u. Nawet w maju 2020, gdy amerykański bank centralny kupuje i drukuje na potęgę, relacja bilansu EBC do PKB wynosi 44%, a USA… 30%. Widać, kto jest w swoim programach stymulujących efektywniejszy.

Relacja bilansu banków centralnych do PKB od 2008 roku do maja 2020 (EBC – fiolet, FED – niebieski)

Relacja bilansu EBC oraz FED do PKB na przestrzeni lat
Źródło: Bloomberg

Warto przy tym pamiętać, że Europejski Plan Naprawy Gospodarczej z 2010 nie był jedynym, który miał pobudzić Unię w ostatniej dekadzie. W 2015 był też tzw. „plan Junckera” lub „Plan Inwestycyjny dla Europy”. Plan Junckera zmobilizował nawet więcej gotówki, bo ponad 330 miliardów euro. Trzy lata, 330 miliardów euro wpompowane w gospodarki na przestrzeni lat 2015-2018, jednak realne efekty pomimo ogłoszenia wielkiego sukcesu są dalekie od oczekiwań, czego najlepszym dowodem będzie cały 2019 rok.

Gdzie leży problem w europejskiej stymulacji?

Problemem europejskich planów stymulacyjnych jest przede wszystkim ich centralne planowanie. Każdy z nich ma w sobie silny składnik decyzji politycznej dotyczącej tego, gdzie i jak będą inwestowane pieniądze. To taka forma podejmowania decyzji inwestycyjnych generuje słaby wzrost i marne rezultaty. Sektory, które mają problemy z nadpodażą, nie są tego świadome, bo programy stymulujące generują fałszywy, sztuczny popyt. W efekcie każda z takich sztucznie podtrzymywanych firm ma później ogromny problem ze swoim kapitałem obrotowym i nie jest w stanie funkcjonować bez dalszej stymulacji. Według Banku Rozliczeń Międzynarodowych liczba firm „zombie” eksplodowała w czasie trwania pakietów stymulujących. Firma zombie funkcjonuje i działa, ale jej zyski operacyjne wystarczają maksymalnie jedynie na spłatę odsetek od zadłużenia, a nie na spłatę kapitału. W efekcie jej rozwój jest niemożliwy, a jakiekolwiek problemy są rozwiązywane rządową pomocą. Według badań z 2018 roku udział firm zombie w spółkach notowanych na giełdzie dla całej Europy wynosił prawie 30%

Europa ma też wielki problem z dotowaniem niewłaściwych sektorów. Rozwój najbardziej innowacyjnych firm jest mocno utrudniony i to nie jest przypadek, że Europa nie ma swojego Apple’a, Netflixa, Alphabetu. Naprawdę mam problem, żeby na szybko wymienić giganta innowacji czy technologii, który nie pochodzi z USA lub Azji. Po głębszym namyśle i pomocy od google wpadłem na szwedzki Spotify, ale wyceną na poziomie 30 mld USD daleko mu do prawdziwych gigantów, zatrudnieniem na poziomie 3000 pracowników również.

Skąd pochodzą największe firmy technologiczne świata

Skąd pochodzą największe firmy technologiczne świata
Źródło: Forbes

Unia ma też obsesję na punkcie redystrybucji, za wszelką cenę utrzymując wydatki publiczne powyżej 40% PKB, jednocześnie nie mając problemów z subsydiowaniem sektorów niskiej wydajności. Podtrzymując egzystencję przemęczonych i starych krajowych mistrzów skutecznie odstrasza pretendentów. Czy ten gigantyczny pakiet za 750 miliardów euro zachowa się inaczej? Zdecydowana jego większość trafi najpewniej do branż motoryzacyjnych, linii lotniczych czy rafinerii. Każdemu z tych sektorów daleko dziś do słowa innowacja, a to właśnie ona jest niezbędna do tego, żeby w długim terminie UE mogło faktycznie czerpać korzyści ze swoich planów stymulujących, którym nie brakuje pompy ani pomysłu, ale skuteczności w realizacji. Niestety wielu z nas zapomina, że w przypadku niektórych sektorów gospodarki lepszy dla przyszłości jest bolesny koniec niż ból bez końca. Warto o tym pamiętać przy decyzjach, co subsydiować. Zakładam, że jednak zapomnimy.

Do zarobienia!
Piotr Cymcyk

29

Powiedz nam czy podobał Ci się ten materiał

29
0


Może Cię zainteresować również:

Ankieta

Czy w 2020 roku odczułeś na sobie skutki inflacji?

  • Tak, czuję że jest drożej
  • Nie, nie dotknęło mnie to
  • Nie zwracałem na to uwagi

Zobacz wynik

Loading ... Loading ...

Polecane wpisy: